czwartek, 17 września 2009

Bękarty wojny – rewelacyjny film Quentina Tarantino

Uwaga – poniższy tekst zawiera fragmenty fabuły i może zdradzać zakończenie. Jeśli nie chcesz popsuć sobie zabawy, wiedz tylko tyle, że gorąco polecam pójście do kina na najnowszy film Tarantino.

Inglorious Bastards (2009) Movie PosterJedno z haseł w zapowiedziach tego filmu mówiło "nie widziałeś wojny, jeśli nie widziałeś jej oczami Quentina Tarantino". I to jest stuprocentowa prawda. II WŚ w wykonaniu (tak, w wykonaniu - bo to nie jest relacja, a kreacja) Tarantino to przednia zabawa przetykana jatką. A do tego, dla nas, siedzących po tej stronie ekranu, gdzie nie ma stosu klisz filmowych i operatora z zapalniczką, dodatkowa zabawa w wyszukiwanie WSZYSTKICH możliwych nawiązań do kina. Czasem to drobiazgi, jak Pola Negri czy fajka oficera SS, czasem coś większego. Zauważyłem, że Tarantino pozwala sobie na cytowanie samego siebie. Scena negocjacji z żołnierzem w piwnicy bardzo przypomina scenę z Kill Bill, gdzie Beatrix negocjuje z płatną morderczynią (nawet argument o rodzicielstwie jest podobny!), albo długie ujęcie w kinie, gdy przybywają goście - czy nie widzieliśmy tego tuż przed masakrą w Domu Błękitnych Liści? Albo Pitt wycinający wycinający swastykę na czole niemieckiego oficera, łącznie z pięknym dialogiem tuż przed tym - czy nie chciałoby się włożyć w usta Jankesa słów "ja jestem tyranią złych ludzi"?

Tarantino znakomicie pokazuje wojnę - ale tylko te jej części, które widzi w swojej głowie. Dlatego jego postacie - bez względu na narodowość - mogą mówić po angielsku tylko wtedy, gdy wszyscy się na to zgodzą, w przeciwnym wypadku pięknie mówią po francusku, niemiecku, włosku. Jeżeli na wojnie Tarantino jest krew - to wylewa się z ekranu wiadrami. Jeśli jest przemoc - to tylko w najlepszym gatunku. Jeśli śmiech - to przerysowany do granic możliwości. Ale przede wszystkim jest tam - jak to u Quentina - rozmowa. Dużo rozmowy. II WŚ to chyba najbardziej przegadany konflikt w historii - tu przed każdym zabójstwem obie strony delektowały się długimi, błyskotliwymi dialogami. Dziwi jedynie mała ilość stóp (jak na Quentina Tarantino), ale widocznie Francuzi i Niemcy nie mają odpowiedniego rozmiaru buta, aby poświęcać na to taśmę filmową.

Jak zwykle u Tarantino - choć w teorii wiemy, co może się wydarzyć - nigdy nie mamy pewności, z której strony zaskoczy nas reżyser, kto strzeli, co wybuchnie, kto zginie, a komu będzie dane przeżyć - choć niekoniecznie w jednym kawałku. Także to sprawia, że nie możesz oderwać wzroku od ekranu - bo przecież w każdej chwili może zdarzyć się coś, czego nie możesz przegapić. Albo ktoś zginie, albo sam twórca podpisze ważną postać za pomocą małej strzałki. Wszystko będzie podane jak na tacy - widz ma za zadanie jedynie chłonąć. I oniemieć z zachwytu.

A że historia potoczyła się inaczej, niż tego chcą "Bękarty"? No cóż, widocznie nie umiała inaczej.

Dla mnie film świetny. Nie, przepraszam - rewelacyjny. Tarantino po zakończeniu musiał powiedzieć tak, jak Pitt po wycięciu ostatniej swastyki na niemieckim czole: "chyba wyszło mi arcydzieło".

Tekst ten ukazał się też w serwisie Filmaster.

A tu – zwiastun filmu. Pytanie do tych, co już byli w kinie – ile scen ze zwiastuna wypadło z wersji kinowej?:)

11 komentarzy do przeczytania:

szpiegowsky pisze...

bardzo (!) podobał mi się kill bill.
albo jeszcze bardziej :-)

sama nie wiem co myśleć o bękartach- dużo osób zachwala i zachęca.
a ja mam uraz do pitta po buttonie.

i mimo tego, że byłam chyba jedyną dziewczyną w grupie na specjalizacji z historii wojen i wojskowości- ostatnimi czasy mam przesyt na filmy gdzie krew się leje strumieniami...

ale wstępnie rozważam bękarty- next week.

Cichy pisze...

A ja polecam, polecam - i polecać będę. Ale ja jestem Tarantinofilem, więc możesz wziąć na to poprawkę.

Historia wojen i wojskowości? Co studiowałaś?

szpiegowsky pisze...

m.in. historię. na Uwr.
praca mgr miała być z wojny amerykancko-japońskiej.
dokładnie z midway.

Cichy pisze...

Wow, ciekawe... No to nie dziwi mnie ta historia wojen. Brzmi interesująco...

szpiegowsky pisze...

no bo na historii- to jest moim zdaniem jedyna słuszna specjalizacja.
archiwistyka w ogóle nie wchodziła w grę.

a odnośnie midway- marzyło mi się zrobienie mapy z rozrysowanymi ruchami wojsk. bo zaprawdę to była bitwa wyjątkowa w swoim rodzaju.

Cichy pisze...

Kurczę, ciekawie to brzmi...ale ja już tak mam, że podoba mi się to, co inni robili na studiach:)

szpiegowsky pisze...

no ja też mam podobnie :-)

fascynowało mnie np. sama intencja kierunku rybołówstwa.

nie fascynują mnie tylko marketingi i akademie ekonomiczne :-)

Cichy pisze...

Heh, to może nie będę Ci opowiadać o moich studiach (Wydział Zarządzania, kierunek Finanse i Bankowość, specjalizacja Rachunkowość), bo to nie brzmi aż tak ciekawie jak rybołówstwo. Ale też miałem jakieś ciekawe przedmioty, serio:)

szpiegowsky pisze...

jakie mogą być ciekawe na zarządzaniu?

Cichy pisze...

No wiesz, zależy co kogo interesuje. Dla mnie coś takiego jak project management albo psychologia w reklamie były interesujące. Albo nauka o przedsiębiorstwie. Zawsze coś się znajdzie:)

szpiegowsky pisze...

psychologia w reklamie naprawdę brzmi.
no, teraz to ci zazdroszczę :-)

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com