poniedziałek, 26 lipca 2010

Shrek Forever – and never again

Byłem, widziałem. Ponoć to ostatni film z tej serii. Narzeczona przezornie dodaje “w tym roku”, ale faktycznie – jeśli historia będzie dalej szła w tę stronę, to więcej się z zielonego ogra nie wyciśnie.

Pamiętacie, jakim szokiem był pierwszy “Shrek”? Kiedy poszliśmy do kina na bajkę, a trafiliśmy na ostrą parodię, przeznaczoną dla dorosłych? To była jazda! Te aluzje, odwołania, żarty z podwójnym dnem. No i rewelacyjna polska wersja językowa, ze Stuhrem kradnącym cały show. Świat zwariował na punkcie zielonego stwora i nie było w tym nic dziwnego. Potem przyszła dość dobra część druga i trzecia, też nie od macochy. Owszem, to już nie była ta świeżość, ale to nadal były świetne żarty, rozrywka dla młodych i starych – no i genialny dubbing.

Dziś możemy oglądać część czwartą. Shrek ma dość nudnego życia na łonie rodziny i z pewnym kurduplowatym czarnoksiężnikiem podpisuje pakt – jeden dzień z jego przeszłości w zamian za jeden dzień starego, dobrego życia ogra – odludka. Niewyrośnięty mag bierze dzień narodzin ogra, w związku z czym tworzy się pewien paradoks – Shrek nigdy się nie narodził, a więc gdy skończy się doba, nie będzie miał do czego wracać. Musi więc naprawić to co popsuł – najlepiej z pomocą sprawdzonych przyjaciół. Ale jak ich do siebie przekonać, skoro oni ni mogą znać kogoś, kto nie istnieje?

Całkiem niezły punkt wyjścia, prawda? Zwłaszcza dla antybajki, jaką były filmu o ogrze. Piszę “były”, bo to, co dostajemy tym razem to typowy, disnejowski lukier. Bohater w kłopotach, walka o swoje, wielka miłość i – no chyba nie spodziewacie się niczego innego – szczęśliwe zakończenie. Jakaś przewrotność? Zapomnijcie. Złamanie schematu? Nic z tego. Wysublimowane żarty z drugim dnem? Ani jednego. To może genialne tłumaczenie z nawiązaniami do polskich realiów? Cóż, najwyraźniej krajowa ekipa odpowiedzialna za czwartą część też stwierdziła “robimy cokolwiek, bo i tak tłumy przyjdą”.

OK, przesadzam, na upartego można się dopatrzyć jednego odwołania do polskich realiów. Ale słabego.

Trochę to smutne, że zamiast z wielkimi fajerwerkami i zaskakującym zakończeniem, przychodzi nam się żegnać (ale czy rzeczywiście pożegnać?) ze Shrekiem, Osłem, Fioną, Kotem, Ciastkiem i resztą ferajny w tak oklepany sposób. A mogło być tak pięknie.

Poniżej tradycyjnie – zwiastun.

Aha, gdybyście dali się skusić na wersję 3D – szału nie ma. Filmy trójwymiarowe najlepsze są na ekranach sferycznych. Ale tak to już chyba będzie, że większość filmów będzie w 3D, a kina pozostaną 2D.

13 komentarzy do przeczytania:

Beata pisze...

Będę tam! w tym tygodniu, liznę koteczka:)

Verónica pisze...

no to właśnie odebrałeś mi ochotę na pójście....

Cichy pisze...

@Veronica: taka paskudna rola recenzji...

Cichy pisze...

@Beata: napisz, jak Ci się podobało:)

matipl pisze...

" a trafiliśmy na ostrą parodię, przeznaczoną dla dorosłych?"
Nie zgodzę się. Shrek i Shrek 2 były jak najbardziej dla WSZYSTKICH. I to był ich fantastyczny urok.
Z odpowiednich gagów śmiali się dorośli, z innych dzieciaki.
Już Shrek 3 był skopany, a obecnego wydania nie obejrzę bo szkoda mi czasu

Verónica pisze...

trochę przychylam się do opinii matiego, że już 3 była średnia.
ale w sumie nadal trzymała jakiś poziom.

w ostatni łikend straszna mnie naszła ochota na 4, ale po tej recenzji się zdecydowanie nie wybiorę.

szkoda, że nie recenzowałeś szklanej pułapki 4.0 zanim ją obejrzałam.
bo mimo całej mojej sympatii do johna mcclane'a - wersja 4.0 jest czymś, co BARDZO chcę zapomnieć.
( nadal pozostają fanką pułapki 1-3)

Cichy pisze...

@Matipl: fakt, nieprecyzyjnie się wyraziłem:) Poza bajką otrzymaliśmy wtedy ostrą parodię dla dorosłych. Trójka miała jeszcze przebłyski, ale czwórka - nic z tych rzeczy.

Ale jako bajka - rewelacja.

Cichy pisze...

@Vero: mi wystarczyło, że jest to reklamowane jako "Szklana pułapka 4.0":)

Verónica pisze...

@cichy co strasznego jest w 4.0?
jako tytule?

Cichy pisze...

@Vero: jest różnica między 4.0 a 4:)

slawkas pisze...

Wymieniłbym jeszcze jednego twórcę, chyba najprawdziwszego autora sukcesu polskiej wersji Szreka, czyli tłumacza. Nazywa się chyba Wierzbięta. Zdaje się, żeto od tego filmu zaczęła się jego prawdziwa kariera. Cenię go za to, co sam chciałbym mieć - jego siłą jako tłumacza nie była, IMHO, biegła znajomość angielskiego. Ten gość fantastycznie zna język polski.

Cichy pisze...

Bartosz (piękne imię:)) Wierzbięta robił dialogi już przed "Shrekiem", ogr to był jego szczyt - i wypłynięcie na szerokie wody. Potem trzymał poziom, a na niektóre filmy można było iść w ciemno, bo liste do dubbingu pisał Wierzbięta. Przy "Shrek Forever" nie chcę nawet sprawdzać, czy to on to tłumaczył, aby nie zniechęcić się do gościa.

Ale wirtuozerii językowej można mu szczerze pozazdrościć.

Verónica pisze...

@cichy
tytuł to jedno,
mnie umknęło, że to już nie te czasy, i raczej trudno by było o dobrą sensację w klimacie lat 90...

@sławkas
no tak, wierzbięta dał czadu.
ale także genialnie zostali dobrani aktorzy do tego dubbingu.
jak dla mnie - takie genialne tłumaczenie to mix znajomości obu języków- ORAZ kultury kraju docelowego- tutaj polski.

np. kiedyś zdarzyło mi się oglądać serię kargula i pawlaka w gronie niemców doskonale mówiących po polsku- a mimo znajomości języka nie łapali tego humoru.

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com