czwartek, 1 lipca 2010

52 książki – półrocze

Ani się człowiek obejrzał, a minął kolejny kwartał. Pora więc na drugie podsumowanie akcji 52 książki w moim wykonaniu. Półmetek już za nami, więc można mniej więcej szacować, jak mi idzie. Oczywiście są szanse, że ostro przyspieszę na finiszu, ale z drugiej strony trzeci kwartał upłynie mi pod znakiem nowej drogi życia, więc zapewne i czytania będzie mniej. Choć widzę, że nieznacznie przyspieszyłem w tym kwartale (zarówno patrząc na liczbę książek, jak i na liczbę stron, którą skrzętnie notuję i ujawnię po zakończeniu roku), to i tak mi daleko do pewnej wpływowej blogerki, która wręcz połyka książki:)

W tym kwartale znalazło się kilka pozycji klasycznych, obowiązkowych z samego faktu istnienia. Niemniej przy każdym tytule zamieszczam miniaturową recenzję z rekomendacją.

Nie przedłużajmy więc bez sensu tego wstępu (który swój sens ma) – oto książki, które skończyłem czytać w ciągu minionych trzech miesięcy.

  • J. Clavell “Król szczurów"

Bardzo dobra lektura. Dla nas w Polsce II WŚ to głównie działania w Europie – wiedza o wojnie na Pacyfiku nie jest chyba zbyt powszechna. A zwłaszcza wiedza o japońskich obozach jenieckich. “Król szczurów” to obraz życia w jednym z takich obozów – obraz ponury, pełen śmierci, strachu, brudu, smrodu i chorób. A jednocześnie pokazujący, że nawet w tak trudnych warunkach można sobie radzić. Czasem działając na granicy moralności, często poza granicami obowiązujących przepisów – ale człowiek zawsze będzie chciał przeżyć. I ta wola przeżycia może go zmotywować do robienia rzeczy niesamowitych. Opowieść o przedsiębiorczym Amerykaninie, ścigającym go angielskim żandarmie i całej obozowej rzeczywistości – to coś, co przeczytać warto. Choćby dla samego spojrzenia na kwestię obozów wojennych inaczej niż po seansie “Wielkiej ucieczki” czy przygód Franka Dolasa.

  • G. Friedman “Następne 100 lat”

Amerykański politolog opisuje XXI wiek. Cały. Z tej książki możemy się spokojnie przekonać, jak będzie wyglądać najbliższe 90 lat – a weryfikacja owych prognoz jest utrudniona faktem, że całość zaczyna się właśnie około 2010 roku. W Polsce ta książka dostała dodatkową reklamę, bo zdaniem Friedmana w najbliższym stuleciu Polska zostanie jednym ze światowych mocarstw. Oczywiście, jeśli wczytać się dokładnie, okaże się, że nie mocarstwem, a silnym krajem, nie sama, a z pomocą Wujka Sama, i nie na długo, bo główny eksporter demokracji będzie miał swoje plany – ale nie warto zdradzać zakończenia, prawda? Dość powiedzieć, że dzięki ścisłemu sojuszowi z USA możemy zyskać więcej niż dzięki mistrzostwom w 2012. A co jeszcze będzie się działo ze światem? Tu już odsyłam do książki, po którą warto sięgnąć dla poznania mechanizmów konstruowania tego typu prognoz – oraz ku pokrzepieniu serc. No i żeby wiedzieć, kiedy zacząć gromadzić konserwy na wojnę z… Turcją.

  • A. Pilipiuk “Kroniki Jakuba Wędrowycza”

W pierwszych klasach liceum (a może ostatnich podstawówki) w drugim obiegu (tak, żeby nauczyciel nie widział) krążył zbiór opowiadań pod nazwą “Magiczne przygody Kubusia Puchatka”. Chętni mogą zapytać Wujka Google, a z pewnością dotrą do pełnego tekstu. W “Magicznych przygodach…” znani i lubiani bohaterowie ze Stumilowego Lasu wiedli życie pełne alkoholu, narkotyków, ostrej muzyki, przekleństw, przygodnego seksu w różnych konfiguracjach i losowo popełnianych aktów przemocy (głównie przeciwko dresiarzom i klerowi). Ot, taka opowiastka w sam raz dla nastolatków. Dlaczego o tym wspominam? Bo “Kroniki Jakuba Wędrowycza” to ten sam poziom, minus przekleństwa, seks i narkotyki. Wersja nieco ugrzeczniona. Opowieści o zmaganiach najpotężniejszego świeckiego egzorcysty w Polsce z siłami mniej lub bardziej czystymi jakoś do mnie nie przemówiły. No, może poza ostatnim rozdziałem, który z jakiegoś powodu przypadł mi do gustu – ale i tak już nie pamiętam, o czym był. Może to i jest zabawne, a ja nie mam poczucia humoru. A może nie jestem już w liceum. Takim starym koniom jak ja – raczej odradzam. Młodsi ciałem i duchem mogą sięgnąć.

  • A. Christie “Czarna kawa”

Królowa kryminału. Coś trzeba dodawać? Mamy trupa, mamy podejrzenie kto jest mordercą – pojawia się genialny detektyw Poirot – a potem mamy mieszanie tropów. Już wiemy, kto zabił, a potem okazuje się, że jednak ktoś inny, a potem, że znowu ktoś inny miał motyw, ale nie miał możliwości. I tak w kółko, aż do samego końca. Kogo zabito i dlaczego jest mniej istotne niż to kto, kiedy i jak tego dokonał. Jeśli ktoś lubi kryminały, to może sięgać w ciemno – o ile już jej nie zna. Ta książka to miał być mój pierwszy kontakt z twórczością Christie – bo w młodości czytałem głównie Joe Aleksa. I muszę przyznać, że ów pierwszy kontakt był bardzo udany…

  • A. Christie “Dom przestępców”

…do czasu, jak sięgnąłem po “Dom przestępców”. Nie, żebym nagle stracił przyjemność. Po prostu przypomniałem sobie, że tę książkę już kiedyś czytałem. Tak więc “Czarna kawa” straciła palmę pierwszeństwa. No i mniej więcej od drugiego, trzeciego rozdziału wiedziałem z całą pewnością, kto zabił. O co chodzi tym razem? A czy to istotne? Nie ma Poirota – to jedno. Nadal mamy trupa, podejrzenie, zmyłkę, kolejnego trupa, dalszy ciąg zmyłek – i tak do ostatniej litery. Choć rozwiązanie zagadki jest dość ciekawe. Ale nic więcej już nie piszę, rekomendacja taka sama jak w przypadku “Czarnej kawy”.

  • J.D. Salinger “Buszujący w zbożu”

To podobno ulubiona książka wielkiego fana Jodie Foster, Johna Hinckleya – tego samego, który z miłości do młodej aktorki strzelił do Reagana. “Buszujący…” miał też niesamowity wpływ na Marka Chapmana – tego, który strzelił do Lennona. Książka inspirująca dwóch “samotnych strzelców” (co wykorzystano w dobrym filmie “Teoria spisku” z Melem Gibsonem) – coś takiego musiałem przeczytać (przesłuchałem też kiedyś “White Album” Beatlesów, który ponoć zainspirował Charlesa Mansona, nazwijmy to eksperymentowaniem). Po zakończeniu lektury nie miałem ochoty strzelać do nikogo znanego, więc na wyżej wspomnianych panów musiało wpłynąć coś jeszcze. Co do samej lektury – dziś ten tekst już tak nie gorszy, ale w momencie pierwszego wydania przekleństwa i seks wśród nastolatków musiały szokować. Historia chłopca, który błąka się po Nowym Jorku wciągnęła mnie na dobre – niby zwykła opowiastka, bez pościgów, morderstw i fajerwerków, a jednak ma w sobie coś pociągającego. Może dlatego że sam kiedyś chciałem się tak błąkać po mieście, aby przemyśleć swoje życie? “Buszujący w zbożu” to klasyka, ale nie tylko dlatego warto po niego sięgnąć. To kawał dobrej lektury (i pewnie dlatego jest klasyką).

  • F. Forsyth ”Dzień Szakala”

Pozostajemy w klimatach zamachowców i samotnych strzelców, ale zajmujemy się tematem nieco poważniej. Jeśli “Psy wojny” tego samego autora to podręcznik dla najemników i wszystkich planujących przewrót w małych państewkach afrykańskich, tak “Dzień Szakala” to instrukcja dla zamachowców – i to z serii “dla opornych”. Ciekawie czyta się o tych wszystkich przygotowaniach w realiach lat 60. ubiegłego wieku – człowiek zastanawia się, jak by to wyglądało dzisiaj, w dobie globalizacji (podobne przemyślenia miałem przy lekturze “Monachium”). Czy byłoby łatwiej, czy trudniej? Na to pytanie potrafiłby odpowiedzieć jedynie jakiś współczesny “cyngiel” pierwszej kategorii. Dla nas, niezaznajomionych z morderczym rzemiosłem (jak mniemam) “Dzień Szakala” to wartka akcja, dobrze zarysowane postacie, precyzyjne opisy mojego ulubionego Paryża i historia, która musi wciągnąć. Jeśli nie masz alergii na powieści sensacyjne – chwytaj książkę w dłoń.

  • S. Johnson “Kto ukradł mój Ser?”

Podobno ta książka potrafi zmienić życie człowieka. Podobno na zawartych w niej treściach bazują liczne duże koncerny. Podobno po jej przeczytaniu nie ma siły – trzeba zacząć żyć inaczej i nie dać się zaskoczyć zmianom. Książka krótka, prosta, z jasnym przekazem – ale może właśnie dlatego tak dobrze trafia do ludzi? Historia dwóch myszek i dwóch ludzi, zamkniętych w tajemniczym labiryncie, poszukujących Sera – a potem znajdujących go. A potem, gdy cały Ser nagle znika – zaczynają się kłopoty. Jak poradzić sobie w nowej, bezserowej sytuacji? Siedzieć i narzekać? Pobiec przed siebie? Nieistotne, co dla Ciebie symbolizuje Ser. Miej świadomość, że kiedyś go stracisz. Przygotuj się na to – a ta książka, nawet jeśli powie Ci coś oczywistego, przygotuje Cię na rozstanie się ze swoim Serem. Warto przeczytać w jeden wieczór i pomyśleć, co ja robię ze swoim Serem.

  • A. Christie “Dziesięć małych murzyniątek”

…jadło obiad w Murzyniewie – jedno z nich się zakrztusiło i zostało tylko dziewięć. Zwykli obywatele są mordowani na tajemniczej wyspie wedle klucza z dziecięcej wyliczanki. Znowu Christie i znowu klasyk. Ta książka to matka wszelkiej maści horrorów dla nastolatków, choć sama jest pełnokrwistym kryminałem. Narastające z akapitu na akapit napięcie można kroić nożem. Czytelnik chce wiedzieć tylko jedno – jak to wszystko jest możliwe. Otóż jest możliwe, jak pokazuje zakończenie. Podobno polityczna poprawność nakazuje niektórym wydawcom zastępować małe murzyniątka odpowiednio marynarzami albo innymi osobami, ale zasada jest ta sama. Wyspa, wyliczanka, morderstwa. Nawet, jeśli nie lubicie kryminałów, to tę pozycję warto znać.

  • Z. Ryżak “Efekt jojo w motywacji”

Początkowo myślałem, że jest to świetny przykład jak napisać książkę motywacyjną bazując na cytatach z Marka Aureliusza. Jednak z czasem umacniałem się w swoim drugim przeświadczeniu – że “Efekt jojo…” to pochwała minimalizmu w życiu. Nam, ludziom postronnym, efekt jojo kojarzy się zapewne z odchudzaniem i najpopularniejszymi tematami z pism kobiecych (zaraz obok lepienia pierogów i tego długiego wyrazu na “c”). Tymczasem jojo działa w całym naszym życiu. Zawsze poruszamy się po czymś, co od biedy może przypominać sinusoidę – i trzeba to zaakceptować. Nauczyć się z tym żyć. I zrozumieć, że nie zawsze i nie wszystko trzeba zrobić. A motywacja przyjdzie sama, bez względu na to, ile szkoleń zaliczysz i książek przeczytasz. Jeśli masz problem z natłokiem spraw w życiu – przeczytaj (albo przesłuchaj, tak jak ja). Pointa? Po prostu weź się do roboty.

  • K. Cebulski “Efekt motyla”

Znacie tę historię – trzepot skrzydeł motyla w jednym miejscu świata spowoduje burzę w zupełnie innym miejscu. Jak się człowiek nad tym dokładniej zastanowi, to powinien tym małym draniom wyrwać wszystkie skrzydełka, żeby nie było już żadnych klęsk żywiołowych. Tu jednak mamy historię młodego polskiego milionera. Twórcy np. księgarni internetowej Aragorn.pl – oraz właściciela kilku innych biznesów. Jeśli ktoś, kto zaczął pracę w wieku lat szesnastu, a w wieku lat dwudziestu dwóch jest milionerem, pisze książkę o sobie – to warto ją przeczytać. Ów efekt motyla w życiu sprowadza się do tego, że nie warto siedzieć przed telewizorem i wylegiwać się w łóżku – trzeba rzucać się w wir życia, bo nigdy nie wiemy, co wyniknie z poszczególnych zdarzeń. Może właśnie uda nam się trafić na tego motyla, który przyniesie nam bogactwo, miłość i szczęście? Historia Cebulskiego jest mocno inspirująca – aż chce się samemu coś zdziałać. I o to chodziło. Jeśli potrzebujesz przykładu, aby mieć kopa do działania – tu masz drogę.

  • M. Szuba “Pokaż, na co cię stać”

Wydawać by się mogło, że to zbiór tekstów grupy Feel. Albo apel opublikowany przez urzędników kontroli skarbowej. Tymczasem to kolejna książka motywacyjna w tym zestawieniu. O ile jednak książki Ryżaka i Cebulskiego chłonąłem bez przerwy, o tyle pozycja autorstwa Szuby mnie rozczarowała. Do tego stopnia, że odpuściłem sobie na jakiś czas audiobooki. Po prostu bałem się, że trafię na kolejną tak ciągnącą się książkę… O czym jest ta książka? O tym, o czym podobne podręczniki do motywacji – jak się zmusić, gdy nam się nie chce, a chcielibyśmy chcieć. Niestety (dla mnie i tej recenzji) książka bazuje na NLP. A więc mamy garść porad jak się zaczarować. Mój problem polega na tym, że w NLP wierzę połowicznie – tzn. sądzę, że potrafiłbym kogoś w ten sposób poderwać, przekonać do siebie itp, ale nie wierzę, że to podziałałoby na mnie. Do tego mamy tu zupełne podstawy NLP. Jeśli dla kogoś kotwice, wizualizacje i tego typu zaklęcia to chleb powszedni – może sobie darować. Jeśli nie wie, o czym mówię – są lepsze pozycje. Dodatkowy minus za wplecenie w audiobooka fragmentów wykładu – z fatalnym nagłośnieniem.

  • S. Hawking “Krótka historia czasu”

Książka mająca w założeniu w prosty i klarowny sposób tłumaczyć to wszystko, co trudno przeciętnemu człowiekowi pojąć – fizyka, czas, podróże kosmiczne, czarne dziury… Książka napisana lekkim, fajnym stylem, choć nie znaczy to, że można ją czytać nieuważnie. Tu wszystko jest istotne dla zrozumienia tej czy innej kwestii. Jedna strona rozkojarzenia – i prawdopodobnie nie trafią do nas kolejne. Jeśli jednak poświęcimy tej klasycznej już pozycji odpowiednio dużo czasu i uwagi, cała ta magiczna teoria przyjdzie do nas sama. Najlepszą recenzją książki Hawkinga jest to, że napisał ją w latach osiemdziesiątych i nadal jest ona aktualna. W przypadku nauk przyrodniczych to spory sukces. Do tego postać samego autora, który żyje na przekór pierwotnym diagnozom lekarzy zachęcają, aby sięgnąć po książkę i odkryć, jak wielki umysł jest uwięziony w chorym i bezwładnym ciele. Przeczytać warto – choćby po to, aby nie wyjść na kompletnego w dyskusji. Oraz żeby z jeszcze większą przyjemnością czytać Cytadelę.

  • D. Spychalski ”Krzyżacki poker” t. I i II

Miałem tu problem natury technicznej – czy zaliczyć “Krzyżackiego pokera” jako jedną książkę (bo to w sumie jedna historia, rozbita na dwa tomy), czy jako dwie (bo to jednak dwa tomy, opisujące jedna historię). Nie wiem, tutaj umieszczam jako jedność, a przy końcu roku zobaczymy co i jak. No, chyba że pomysłodawcy akcji “52 książki” zechcą zabrać głos. Wróćmy jednak do lektury – książka Spychalskiego to opis historii alternatywnej (a to niespodzianka na moim blogu!) – i to dość nietypowej. Wyobraźmy sobie, że król Jan nie ruszył z odsieczą na Wiedeń. Że muzułmanie zajęli całą Europę. Całą? Nie, jest jedna mała wioska Galów jeden kraj, który oparł się nawale półksiężyca, a nawet stał się prawdziwym mocarstwem. To Rzeczpospolita – wielkie państwo, z własnymi koloniami w Afryce (gdzie ciemnoskórzy Polacy, z podgolonymi łbami i szablami przy kontuszach maja typowo polskie charaktery), stolicą we Lwowie oraz lennikiem – państwem krzyżackim. Zakonnicy, zmuszeni składać coroczny hołd w Toruniu, postanawiają uzyskać niepodległość. Z tej przyczyny wchodzą w posiadanie nowej, potężnej broni – bomby atomowej. Cała historia jest nieco nierówna i ma się wrażenie, że niektóre wątki upchnięto tylko po to, aby pokazać umiejętność autora w kreowaniu świata. Ale to drobiazg. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie. No i duma człowieka rozpiera, jak słyszy o najlepszej na świecie ciężarówce Żubr.

  • R. Kiyosaki “Młody, bogaty rentier”

Przyznaję bez bicia, że Kiyosakim (a raczej jego książkami) jestem zafascynowany od momentu gdy przeczytałem “Bogatego ojca, biednego ojca”. Wpierw z wypiekami na twarzy chłonąłem oczywiste oczywistości, odkrywane przede mną na nowo. Przyznaję bez bicia, że tamta lektura ukształtowała mój pogląd na wiele dziedzin finansów osobistych i – przykładowo – nigdy nie nazwę własnego mieszkania “inwestycją” czy “aktywem”. Kilka kolejnych książek otworzyło mi oczy na zakładanie firm i dochodzenie do bogactwa w ten sposób. Również niesamowite. Jednak od pewnego czasu jestem oczarowany umiejętnością Kiyosakiego do tworzenia grubych książek, obracając w kółko tymi samymi trzema zdaniami. Nie inaczej jest z “Rentierem” – niby to historia Kiyosakiego, jego drogi do finansowej niezależności, ale mamy tu to samo – nieruchomości, mocna wiara, tajemniczy mentor (który, jak udowodniono – prawdopodobnie nigdy nie istniał), opcje, magiczny świat bogatych i takie słowa klucze jak “dobry dług”, “kontekst” czy “rzeczywistość”. Nieco wkurza świadomość, ze najlepszym biznesem Kiyosakiego jest uczenie innych, jak robić biznesy, ale cóż – jest w tym skuteczny. Tym razem można sobie jednak odpuścić, jeśli się nie jest fanatykiem. Chwila lansu – mój egzemplarz jest z autografem autora.

  • M. Kozak “Nocarz”

Pierwsza część trylogii. Aż sam nie wiem, co o tym sądzić – bo z jednej strony wartka akcja, wybuchy, pościgi, strzelaniny, a z drugiej jakieś to wszystko oderwane od siebie. Jak serial, a nie jak film. Owszem, czyta się dobrze, czasem z wypiekami na twarzy, ale gdy kończy się rozdział, można swobodnie zamknąć książkę i pójść spać. O ile nie przyśni nam się nic z treści. Bo w książce mamy takie rzeczy, że hej – tajny ośrodek ABW, wampiry dobre, wampiry złe, zew natury (wampirzej, a jakże), sztuczną krew (dla tych dobrych), naturalną krew (dla tych złych – bo smaczniejsza), klany, lordów i jedną scenę seksu w barze (wspominam o niej, bo jest prawie jak z “Hustlera” – gdyby było ich więcej, to bym zrozumiał konwencję, ale jeśli jest tylko jedna, to nie widzę w niej żadnego celu). Ponieważ to dopiero pierwsza część trylogii, mógłbym spokojnie zdradzić zakończenie (zresztą trudno się go nie domyślać), ale taki wredny nie będę. “Nocarza” polecam, bo po pierwsze wspieramy polskie produkty, a po ostatnie – z literatury lekkiej, krwistej i nieco mrocznej mamy tu coś, co spokojnie można poczytać w pociągu. Wiem co mówię, czytałem.

I to tyle, jeśli chodzi o pierwsze półrocze moich 52 książek. Lada moment skończę dwie kolejne cegły, a w kolejce czekają następne. Trzymajcie kciuki, abym miał nadal czas na czytanie!

4 komentarzy do przeczytania:

Beata pisze...

czas na czytanie...musi sie znaleźć :) dzieki, Cichy, podnosisz srednią statystyczną:)

Cichy pisze...

Się staram:) Ale do Vero i tak mi daleko...:)

Verónica pisze...

vero znowu miała lekkie zastopowanie z uwagi na te nieszczęsne mazury ;-)
a potem na dodatek rozładowany palmtop i 9 h w pociągu się nudziła...

ale coś tam się książkowego dzieje w tle.

dodam, że mój pierwszy forsyth to właśnie dzień szakala, i wybitnie mi się wtedy nie spodobał. mialam potem dłuuugą forsythową przerwę, aż zachwycil mnie negocjator.
po pewnym czasie i dzień szakala mi się spodobał.

a z agathy chyba najbardziej lubię entliczek-pentliczek.

Cichy pisze...

No cóż, ale i tak jesteś na prowadzeniu. Christie będę czytał dalej, podobnie jak Forsytha. Ale teraz mam na tapecie co innego:)

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com