sobota, 19 czerwca 2010

“Drużyna A” – bajka tysiąca efektów specjalnych

Każdy, kto dorastał w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku (jak to brzmi…), z pewnością kojarzy serial o grupie najemników, byłych żołnierzy, skazanych przez sąd wojskowy za przestępstwo, którego nie popełnili. A nawet, jeśli jakimś cudem nie przypomina sobie tej kultowej już produkcji telewizyjnej, to musi (absolutnie MUSI) rozpoznać choć fragment melodii użytej w czołówce:

Plotki o tym, że “Drużyna A” zostanie przeniesiona na ekran kinowy to podobno jeden z najstarszych internetowych żartów. Ten żart w 2010 roku stał się faktem. Wasz ulubiony bloger wybrał się do gdańskiego kina “Krewetka” (środy z Orange rządzą), aby przy chrupaniu popcornu i siorbaniu coli obejrzeć to arcydzieło.

Tu uwaga – w dziecięctwie swym nie byłem jakimś wielkim fanem “Drużyna A”. Jeżeli wszystkiego obejrzałem dwa czy trzy odcinki, to maks – a i tak ich nie pamiętam. Po prostu wolałem MacGyvera (a dziś, po latach, mam nawet taki scyzoryk, jak on).

Cóż można powiedzieć o takim filmie? Jeśli spodziewacie się niespodziewanych zwrotów akcji, drugiego dna, głębokiego rysu psychologicznego postaci czy zaskakującego zakończenia – to chyba nie uważaliście od początku tej notki. Nie lubię umieszczać podsumowań w środku, więc nadmienię tylko, że “Drużyna A” to typowa, efektowna guma do żucia dla oczu, cudownie odrywająca letnim popołudniem zwoje mózgowe od zużywania produkowanej przez nas energii i przestawiająca je na tryb “stand by”. Z drugiej strony – ile można oglądać ambitne kino irańskie?

Pokrótce przybliżę Wam fabułę, bo konstrukcja filmu jest dość ciekawa. Tym razem nie mamy lat 70. XX wieku i Wietnamu – jest początek naszego millenium, gdzieś pośrodku Meksyku. Członkowie drużyny (jeszcze nie będącej Drużyną) dopiero się poznają – bądź to zrządzeniem losu, bądź to dzięki akcji przeciwko złemu, meksykańskiemu wojskowemu, zorganizowanej przez najlepszego eksportera demokracji. Bohaterowie się poznają, pojawia się między nimi nić sympatii, rysują się pierwsze konflikty (z cyklu tych budzących śmiech, kiedy zwariowany pilot swoim zachowaniem budzi w spadochroniarzu lęk przed lataniem). I kiedy wydaje nam się, że niesamowita ucieczka i zawiązanie akcji to jakaś jedna trzecia filmu, a jego resztę zły, meksykański wojskowy będzie ścigał naszych bohaterów – zza horyzontu wyłania się myśliwiec, a do nas dociera, że to koniec…czołówki. Magia kina przenosi nas osiem lat w przód, do Wietnamu XXI wieku. Nasi herosi wiodą sobie spokojne życie w bazie wojskowej w Iraku, od czasu do czasu wyłapując przyjaciół Saddama. Wtedy to, pragnąc pomóc własnej ojczyźnie (ten fragment filmu sponsorują złowrogie literki C, I oraz A), wplątują się w niezłą aferę, w wyniku której “wojskowy sąd skazuje ich za przestępstwo, którego nie popełnili”.

Jeśli obawiacie się, że opowiedziałem jakieś 80% filmu – spokojnie, pilnuję się. Dopiero teraz Drużyna może uciec z więzienia o zaostrzonym rygorze (każdy członek z własnego) i wyruszą na Misję (celem pomocy ojczyźnie, oczyszczenia własnego imienia i dokonania najzupełniej prywatnej zemsty). Natomiast – podobnie jak w “Casino Royal” – najbardziej charakterystyczny tekst (ten z serialowej czołówki) usłyszymy dopiero na końcu (eee…spoiler alert).

Nie będę Wam opowiadał o historii, bo jest ona równie prawdopodobna jak 460 w pełni kompetentnych posłów. Gra aktorska – jest. Efekty specjalne…tak, jakieś są. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że nawet cygaro pułkownika Smitha zostało wygenerowane komputerowo. Ale dzięki temu na ekranie co chwilę coś wybucha, strzela, spada, leci albo robi to wszystko równocześnie. Dwa słowa: scena z czołgiem. Kto to widział, ten wie i może spokojnie oczekiwać roku 2012.

Zapewne rodzi się po Waszej stronie internetów jedno pytanie – czy warto iść do kina? Przyznam szczerze, że – cytując komiks Wilq – nie masz na to odpowiedzi. Wiecie bardzo dobrze, czego można się po tym filmie spodziewać. Jeśli chcecie wyłączyć myślenie na trochę – czemu nie. Jeśli musicie je wyłączyć, a skończył Wam się prozac i ritalin – iść koniecznie. Jeśli jesteście wiernymi fanami wersji telewizyjnej – tu zalecam ostrożność. Spotkałem się z przypadkiem ostrego zdegustowania, wiec choć de gustibus, to jednak lojalnie uprzedzam.

Ja bawiłem się świetnie. I cały czas nucę wiadomą melodyjkę.

Na zakończenie tradycyjnie zwiastun.

W zwiastunie widać scenę z czołgiem, więc jeśli nie chcecie psuć sobie niespodzianki… Czy ja nie powinienem tego napisać POWYŻEJ filmu?

9 komentarzy do przeczytania:

Beata pisze...

o, mamusiu...tyle aktywności (oglądanej) z rana...straszne:)

Mariusz pisze...

No way... ja tego nie obejrzę, nawet z niezdrowej ciekawości :)

A tak na marginesie, zdradź mi jak zrobić taką fajną belkę z odnośnikami do Twoich stron? :)

Cichy pisze...

@Beata: OK, poczekam na Twoją reakcję wieczorną:)

Cichy pisze...

@Mariusz: też tak myślałem, a tu proszę...no, ale może jesteś miłośnikiem ambitnego kina irańskiego, wtedy OK:)

Yyy...belkę? Jeśli masz na myśli to pomiędzy wklejką Blipa i widgetem chce.to, czyli rząd ikonek: zwykły kod html, linki podpięte pod małe ikonki. Jeśli pytasz o coś innego, to nie wiem, o co pytasz:)

Mariusz pisze...

@Cichy: aaa, myślałem że to widget, tak ładnie zrobione :))

Cichy pisze...

Podlizujesz się, ale cóż mogę na to poradzić...nawet gdybym chciał, to i tak nie przestaniesz:)

W tajemnicy powiem Ci, że myślę, jak to można zmienić:)

Verónica pisze...

przyznam się, że drużynę A tylko kojarzę- w sensie, że było cos takiego.

osobiście byłam i pozostałam wierną fanką makgajwera :-)
mam takie okularki słoneczne jak on, i taką kurtkę, o scyzorku nie wspominając ;-)

Darek pisze...

Serial "Drużyna A" to było coś, bawił mnie bardziej niż ALF :) taśmą klejącą potrafili zrobić wszystko, nawet skleić helikopter :)

Cichy pisze...

@Darek: witam serdecznie:) Ja właśnie przebijam się przez oryginalny serial na DVD - jest to równie urocze, co naiwne:)

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com