poniedziałek, 8 lutego 2010

Flickr na nowo

Pamiętam bardzo dobrze, kiedy dostałem pierwszym cukierkiem od… Nie, jeszcze raz.

Pamiętam jak przez mgłę, jak odkryłem Flickra. Ot, skacząc po sieci (prawdopodobnie w poszukiwaniu obrazków o treściach niedozwolonych dla osób poniżej 18 roku życia) trafiłem na niesamowite składowisko zdjęć i grafik tworzonych przez ludzi z całego świata. Zdjęcia były na różnym poziomie, ale można było je przeszukiwać po tagach, miejscu zrobienia, modelu aparatu. Do tego można było się nimi chwalić przed innymi – i choćby zdjęcie było niedoświetlone, rozmazane i przedstawiało martwą muchę, i tak znalazłby się ktoś, kto napisałby “beautiful shot”.

Stwierdziłem, że to coś dla mnie. Moja próżność może zostać mile połechtana.

Oczywiście nie jestem z tych, co płacą w sieci za cokolwiek, co można otrzymać za darmo, więc nie zawracałem sobie wykupieniem konta “pro” – nawet wtedy, gdy dolar był tani jak barszcz. W końcu – mieć 25 USD, a nie mieć 25 USD, to razem 50 USD.

A jest to płatne każdego roku.

Nie doczytałem niestety, że w takim wypadku ilość wyświetlanych zdjęć zostanie ograniczona do 200. Słabo. Tym bardziej, że planowałem wykorzystać Flickra do przechowywania zdjęć wyświetlanych w blogu. Ba, niektóre nawet użyłem.

No więc postanowiłem ostatnio nieco zmienić wykorzystanie Flickra. Wykasowałem wszystko, co tam było (dlatego prawdopodobnie sporo fotek w starszych notkach będzie niedostępne – zwłaszcza w notkach skopiowanych z bloga Wolne Miasto) i postanowiłem wrzucać jedno zdjęcie dziennie (z tym wrzucaniem codziennie to się zobaczy…różnie to bywa). Nie mówię, że to będzie zdjęcie zrobione danego dnia. Mam zamiar umieszczać wiele (bardzo wiele) zdjęć historycznych.

A zdjęcia na bloga planowałem przechowywać w usłudze Windows Live – 25 GB piechotą nie chodzi i niech się Picasa schowa… Była kiedyś jakaś usługa oferująca 1 TB, ale coś ją “znikło z sieci”.

A dodatkowo, żeby to “jedno zdjęcie dziennie” nie było tak bez sensu, z prawej strony, nad blogrollem, możecie znaleźć widget, wyświetlający pojedyncze zdjęcie, które ostatnio załadowałem. Nie ma sensu zakładanie jakiegoś osobnego fotobloga (no, może nie w tej chwili – może kiedyś pomyślimy), a że fotografowanie lubię, to się będę chwalić;) Początkowo będą to stare zdjęcia, które zrobiłem jeszcze w poprzedniej pracy, jak sporo podróżowałem po kraju. Teraz nie podróżuję prawie wcale, ale zdjęcia robię. Najwyżej będę monotematyczny i będę Was męczyć fotkami Gdańska i Sopotu…

[EDIT: ponieważ doszły mnie słuchy, że nie wszyscy wiedzą, jak trafić na mojego Flickra, aby zasypać mnie “komciami” jakie to “sweetaśne focie” robię, oto trzy sposoby trafienia tam, gdzie chlubię się swoimi kadrami:

  1. klikając na ową fotkę w widgecie po prawej
  2. klikając na logo Flickra z prawej strony pod wklejką Blipa

Pewnie można jeszcze jakoś trafić poprzez Facbooka albo Flakera, ale te trzy sposoby chyba są wystarczające…]

Zaczynamy od starej fotki z poznańskiego dworca. Brzydkie, odrapane, ale coś w sobie ma…

PS: niedawno odkryłem coś nowego…polski serwis fmix.pl – wszystko wskazuje na to, że nie ma w nim żadnych limitów. Może wykorzystam go do przechowywania kopii moich zdjęć? Póki co – zamieściłem tam kilka albumów. Jak przyjrzę się bliżej temu rozwiązaniu, może to właśnie tam będę trzymać zdjęcia blogowe? Bo aż mi się nie chce wierzyć, że tam nie ma żadnych limitów… Wtedy Windows Live byłby składnicą plików wszelakich, a fotki byłyby w niepublicznym katalogu na fmix.pl. Plus – na fmix.pl mógłbym trzymać katalogi zdjęć ze spotkań, wypraw itp. Macie jakieś doświadczenia z fmix.pl?

Foto: msc-ρңσtσđєѕіg� � na licencji CC.

wtorek, 2 lutego 2010

52ksiazki.pl

Dzięki wpisowi na blogu Pawła “Fanatyka” Lipca poznałem ciekawą akcję społeczną pod nazwą “52 książki”. Ponieważ akcja warta jest rozpropagowania, pozwalam sobie skrobnąć o niej słów kilka

Pomysł został zapożyczony z podobnej akcji przeprowadzonej za granicą. Kanadyjski bloger, Julien Smith, pochwalił się, że w 2009 udało mu się przeczytać jedną książkę tygodniowo – i w bieżącym roku postanawia dokonać tego samego. Podstawową motywacją dla tego czynu był fakt, że świadomość pochłonięcia takiej ilości literatury jest niesamowicie radosnym odczuciem. Dodatkowo daje szerszy pogląd na świat, pozwala poznać nowe idee – ale przede wszystkim: jest super.

Dlaczego akurat 52 – czyli jedną tygodniowo? Julien twierdzi, że ustawienie sobie takiego dużego, nierealnego wręcz celu, pomimo że na początku przerazi, z czasem zmotywuje do czytania. Nie wiem, na ile ma się takie podejście do zasady SMART przy wyznaczaniu celów, ale widać u niego podziałało:) Przeciętnie jego książki miały 250 – 300 stron, co daje około 40 stron dziennie. Czyli, jeśli dobrze liczę, mniej więcej godzina dziennie. Tę godzinę można znaleźć przy odrobinie dobrej woli – w autobusie, pociągu, na przerwie, przed snem… Cała Polska czyta sobie – godzinę dziennie. Proste?

Oczywiście – czasem nie uda nam się skończyć książki w tydzień. Ale w takiej sytuacji Julien zaleca małe oszustwo – chwyćmy jakąś cienką książkę i przeczytajmy ją tak, aby statystyce stało się zadość. No i to jest coś, co niekoniecznie mi się podoba, bo odchodzimy tu od czytania dla przyjemności obcowania z literaturą, a robimy z tego jakiś konkurs.

Ale takie prawo pomysłodawcy, aby ustalać takie reguły. A naszym prawem jest te reguły omijać:)

W Polsce pomysł podchwycił Przemysław Komorowski i założył stronę 52ksiazki.pl – na której informuje o całej akcji. Trzymam kciuki za powodzenie, bo propagowanie czytelnictwa wśród Polaków jest rzeczą ważną. A jeśli przy okazji uda się ich odciągnąć od “M jak miłość”…rozmarzyłem się.

Jedyne, co do mnie nie trafia, to ten pęd ku statystykom – dlatego na własne potrzeby zmieniłbym to: na liczbę przeczytanych stron, albo ilość książek w miesiącu. Bo przy tempie jednej książki tygodniowo nigdy nie poznałbym “Lodu” Dukaja, który przeczytałem w minionym roku (1000 stron). Dlatego jeśli widzimy, że nie przeczytamy książki przed poniedziałkiem, to nic nie szkodzi – czytajmy dalej. Ale najważniejsze – nie przestawajmy. I miejmy już gotową następną lekturę, gdy zobaczymy biel ostatniej strony.

Ale na stronie 52ksiazki.pl jest jedne dobry patent – 50 stron. Jeśli książka przez 50 stron (czyli przez pierwszą godzinę) Was nie porwie – odłóżcie ją. Łatwo to sprawdzić – jeśli zaczynacie czytać i czujecie, że minęła już godzina, to chyba lepiej odłożyć książkę na półkę. Może to nie jest pozycja dla Was, a może jeszcze musi poczekać na swoją kolej (u mnie tak czekał Lem, do którego właśnie siadam). Jest to świetna zasada niekończenia, o której wspominał Ferris w “Czterogodzinnym tygodniu pracy” (polecam) – nauczmy się odkładać niedokończone te z naszych działań, które nic nam nie dają.

52ksiazki.pl są na tyle liberalne, ze dopuszczają każdy rodzaj książki: papierową, e-booka, m-booka, podręcznik, poradnik, beletrystykę. Dlatego chciałbym Was zachęcić do czegoś, co sam odkryłem niedawno – czytania kilku książek równolegle. W autobusie np. m-booka na komórce, wieczorem papierową cegłę do poduszki. To zdaje egzamin! Może każdą książkę czyta się przez to nieco wolniej, ale – jeśli czytamy np. jakiś podręcznik, który może nie mieć porywajacych fragmentów – pozwala nam to na oderwanie się od jednej lektury i zanurzenie się w inną, dla umysłowego relaksu.

To jak – zachęciłem Was do czytania? Jakie cele sobie wyznaczacie na 2010 rok? Książka tygodniowo? Miesięcznie? 10.000 stron rocznie? Same nowości czy może wrócicie do czegoś po latach. Co już przeczytaliście, co zamierzacie? Ja postanowiłem spisywać tytuły książek, które czytam – i na koniec roku opublikuję zestawienie. Zobaczymy, ile tego wyszło. Na dziś mój wynik wygląda następująco:

  1. “Życie erotyczne wielkich dyktatorów” N. Cawthorne (zacząłem w 2009)
  2. “Dylematy historii…” P. Wieczorkiewicza (zacząłem w 2009)
  3. “Koniec człowieka” F. Fukuyamy
  4. “Dziennik czasu plagi” A. Ziemiańskiego

Obecnie czytam “Opowieści o plocie Pirxie” Lema (papier) oraz “Perfekcyjną niedoskonałość” Dukaja (m-book). No i wieczorami “Biblię Excela 2007”. A na horyzoncie już są “Następne 100 lat” Friedmana, “Buszujący w zbożu” Salingera, “Młody, bogaty rentier” Kiyosakiego i “Książę” Machiavellego… A jeśli motywują Was opowieści innych o tym, co przeczytali, to zachęcam do obserwowania tagu #52ksiazki na Blipie.

To teraz – książki w dłoń!

Foto: Flickr.com, autor: Dawn Endico, zdjęcie na licencji CC BY-SA 2.0

poniedziałek, 1 lutego 2010

Zimowy spacer

Korzystając z pięknej, zimowej pogody, wybrałem się na spacer… No dobrze, musiałem kilka spraw załatwić:)

Oczywiście bez aparatu staram się nie ruszać, dzięki czemu mogę Wam zdać fotorelację z tego, jak pięknie w Gdańsku jest zimą – oraz na jakie cuda można się natknąć.

Zacznijmy od tego, że nie wszyscy uważają, że zwisające sople są zagrożeniem. Oczywiście teraz, gdy jest nieco cieplej – sople się topią, kapią ludziom na głowy – i mogą się w każdej chwili ułamać.

 

Ale i tak wyglądają malowniczo

Pomimo niewielkiego ocieplenia, połączonego z roztapianiem się śniegu, widać jeszcze w wielu miejscach niesamowite konstrukcje, jakie utworzył mróz.

 

Kra i nawisy śnieżne nad Strzyżą

A potem wyszło trochę promieni słonecznych i zrobiło się jasno, pogodnie. Jakoś tak radośniej – pomimo dość ciemnego nieba.

 

Wrzeszcz Dolny zimą

Potem zaś wyruszyłem na Przymorze, popatrzyłem sobie na bicie rekordu w grze na pianinie (nawet nakręciłem film, ale muszę go pociąć, bo blisko piętnastominutowe wykonanie “Yesterday” waży nieco za dużo dla YouTube), a potem ruszyłem dalej. Niedaleko kościoła, o którym już sporo pisałem, znalazłem… coś takiego:

Wygląda jak rzeźba

Zaciekawiony tą nietypową “instalacją” (wcześniej jej nie widziałem) podszedłem nieco bliżej i okazało się, że jest to rzeźba wykonana w całości z chrupek kukurydzianych!

Tego się nie spodziewaliście

No, może nie w całości – widać, że do konstrukcji użyto różnych wyszukanych technik. Na przykład wypełnienie zrobiono z papieru…

…a szkielet ręki z drucików…

Szczegóły pracy artysty

Niemniej całość jest pokryta chrupkami. No i nieco przysypana śniegiem. Niektóre z nich się już lekko rozpuszczają, ale rzeźba stoi. Abyście mieli pełen obraz pracy włożonej przez nieznanego mi artystę w to dzieło muszę dodać, że rzeźba jest naturalnej wielkości. Człowiek z chrupek jest nieco niższy ode mnie, ale stoi pochylony, więc może mieć około 170 – 180 cm wzrostu.

Uwielbiam takie pozytywnie zakręcone prace i mam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej o tej rzeźbie i jej twórcy. A wtedy z pewnością dam Wam znać.

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com