Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podpatrzone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podpatrzone. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 sierpnia 2010

Zaobserwowane – ogłoszenia (z bonusem na początku)

Kontynuujemy cykl wpisów pokazujących cuda i dziwy tego świata. Patrzyliśmy już na tabliczki, podziwialiśmy zmagania z językiem polskim, docenilismy poczucie humoru dziennikarzy, a także zetknęliśmy się z książeczkami dla dzieci…świadomych wszystkiego.

Dziś popatrzymy sobie na…

…ale wpierw zapowiedziany bonus. Jak być może wiecie – mieszkam w falowcu. Szybki konkurs – co jest przedstawione na poniższym zdjęciu?

Ci z Was, którzy powiedzieli “grzejniki” – mają tylko część racji. Owszem, są to instalacje do ogrzewania powietrza (klatka schodowa w falowcu jest przeszklona, a do tego wyjścia na galerie nie są zbyt szczelne). Ale pomysłowy naród zrobił z grzejników wielce efektywny…stojak na kapsle.

Taka mała instalacja artystyczna. Nazwałbym ta “Choinką postindustrialną” – albo “Wszechświatem kontemplującym samego siebie” (ale tylko dlatego, że jest to moim zdaniem najlepszy tytuł dowolnej rzeźby współczesnej).

Wróćmy jednak do tematu dzisiejszego spotkania z obrazem – do ogłoszeń. Ogłoszenia powinny mieć jakąś funkcję – najczęściej informacyjną. Mogą więc propagować istotne z punktu widzenia społeczeństwa akcje uświadamiające.

Jak łatwo się domyślić – w okolicy nie dopilnowano, aby akcja “Myślę – nie niszczę” miała odpowiedni rozgłos. Niemniej jest coś szalenie przewrotnego w takim właśnie mazaniu po murach. Można było napisać “HWDP” albo “Lechia pany”, a tu proszę…

Ale nadal jest to wandalizm na peronie SKM. Ogólnie wydawało mi się, że na terenie peronów niemożliwe jest umieszczanie jakichkolwiek ogłoszeń. A już zwłaszcza na kasowniku.

Ale jak widać – myliłem się. Nie rozumiem tylko celu tego ogłoszenia…

…zapewne osoby interesujące się żywo rynkiem kapitałowym potrafiłyby mi to wyjaśnić. Czyżby wrogie przejęcie? Pewnie nie dowiemy się tego jeszcze przez jakiś czas.

Jak jednak sugeruje nam poprzednie zdjęcie – na peronie SKM można umieścić ogłoszenie informujące, że ów peron w jakiejś niewielkiej części przeszedł remont. Napis “świeżo malowane” pozwala nam wszystkim sporo zaoszczędzić na pralni. Tak więc kiedy pomalujemy np. tablicę z rozkładem jazdy…

…należy tym faktem pochwalić się wszem i wobec. A że w Gdańsku wycieczek zza Odry nie brakuje, należy zawsze ustawić się frontem do klienta.

Że co? Że i tak nie zrozumie? Nie musi – musi wiedzieć, że ma się mieć na baczności (tu dygresja – w młodości niebywale śmieszyły mnie tabliczki “Baczność – przewody pod napięciem”: przecież jeśli stanę na baczność, to będę wyższy, a więc jest większa szansa, że o owe przewody zahaczę…).

W Gdańsku wykosztowano się także na system elektronicznej informacji o komunikacji miejskiej. Chciałoby się zakrzyknąć “Nareszcie!”, ale system od kilku miesięcy jest w fazie testów. I dlatego czasem trafiają się takie kwiatki.

Jeśli ktoś nie widzi, to niech porówna sobie godzinę pokazywaną na wyświetlaczu (i jasne niebo) z godzinami odjazdów najbliższych tramwajów.

Niedowiarków odsyłam na stronę gdańskiego ZTM. Można sprawdzić, że pomiędzy 18:48 a 1:05 powinien jechać przynajmniej jeden tramwaj.

Na sam koniec – coś dla ludzi o mocnych nerwach. Zaczęliśmy od kampanii społecznej, na kampanii społecznej skończymy. I to zupełnie na poważenie. Zastanawiałem się, czy temu ogłoszeniu nie poświęcić osobnego wpisu…

Takie tablice, będące efektem konkursu plastycznego w szkołach, stoją sobie w nadmorskim parku. Przesłanie słuszne – nie zakopuj martwych zwierząt w parku, bo niedaleko znajdują się ujęcia wody. Niemniej dziecko, które stworzyło ten rysunek, powinno chyba z kimś porozmawiać. Na obrazku mamy zapłakaną dziewczynkę, która pogrzebała…same kości (nie wiem, co zrobiła z mięsem swojego pieska czy kotka). Aby jednak nie było wątpliwości, że rozmawiamy o rzeczach ostatecznych, nad bohaterką unoszą się dusze, czy też raczej zwierzęce anioły. Jest anioł psa, świnki morskiej oraz demona z piekła rodem.

Zakopane kości (co z mięsem, serio?) oczywiście wpływają na sieć wodociągową. Siwy staruszek nie ma innego wyjścia, jak podlewać niepokruszonymi kośćmi swoją działeczkę. To jednak nic. Tu wkraczamy na grunt najkrwawszych horrorów, bowiem pewna blondynka z przerażeniem stwierdza, że kąpiel, którą sobie przygotowała, ma masę niespodziewanych dodatków.

Nie słyszała, że coś jej o wannę dudni? Nie lepiej ma jej koleżanka, która chce umyć zęby (wnioskuję po  czymś, co mogłoby być lustrem).

Tu już nie chodzi o kostkę w kubeczku z wodą. Tu chodzi o zbolałą minę i to, co w owym lusterku się odbiło. Stawiam osobiście na skrzydlatego demona.

piątek, 21 maja 2010

Zaobserwowane – magia tabliczek

Szybkie pytanie – jak często zwracacie uwagę na jakieś tabliczki informacyjne? Ręka w górę!

OK, a ile razy uwieczniliście jakąś na zdjęciu? O, tu już takiego lasu rąk nie widzę. A warto czasem to robić, aby móc puścić w świat prawdziwe perełki.

Jak choćby ten plakat – wisiał dość dawno temu w specjalnym miejscu. Do dziś nie wiem, co reklamował.

Co w nim niezwykłego? To specjalne miejsce, w którym się znajdował. Te plakaty wiszą wzdłuż muru aresztu śledczego w Gdańsku. Choć w sumie – niezła lokalizacja. Z drugiej strony muru byłaby bardziej niefortunna.

A teraz w magiczny sposób przenieśmy się w miejsce oddalone o kilkaset metrów. Miejsce, które przechodzi powoli do historii. Gdańska Gildia i jedno ze stoisk odzieżowych.

Kto powiedział, że nie ma już uczciwych sprzedawców? Jednocześnie emotikonka na końcu może sugerować, że to wszystko jest jednym przezabawnym żartem. Tylko co konkretnie? Samo lustro czy jego właściwości?

A teraz przenosimy się o kilka kilometrów, na Zaspę – do lokalnego sklepu BOMI. Delikatesy zawsze frontem do klienta.

I tylko nie wiem – czy tak uspokajają niezadowolonych, czy może to sugestia, w jaki sposób załatwiać reklamacje?

Znowu skaczemy o kilka kilometrów – znowu do sklepu. Dużego. Takiego z materiałami do budowania, remontowania, majsterkowania. Tylko powiedzcie mi – jak mogę robić cokolwiek, co wymaga np. mierzenia, jeśli mam problem z podstawami matematyki. Czyli z dzieleniem i mnożeniem.

Hipermarkety są zobowiązane podawać cenę za kilogram, aby ich specjalni klienci (czy też raczej klienci specjalnej troski) mogli porównać poszczególne towary.

Ale nonszalancja tego typu to już chyba lekka przesada. Rozumiem – zaokrąglenia do jednego miejsca po przecinku. Ale zaokrąglać do liczb całkowitych?

Choć pewnych rzeczy nie da się wyjaśnić żadnym zaokrągleniem. Tym bardziej, że widać wyraźnie, że go nie ma.

To nie był dzień Praktikera, inaczej nie umiem tego wyjaśnić.

A teraz – perełka. Przenosimy się nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. I to sporo… Oto zemsta prowizorki na oszczędnościach w SKM. Oraz dekomunizacji.

Święty Maksymilianie – take that!

Jak chcecie pozachwycać się innymi tabliczkami, których nie znalazłem, a które istnieją, to zapraszam jeszcze na stronę WszystkoZle.pl – można się pośmiać…

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Zaobserwowane - wielka księga wszystkiego, głównie głupoty

UWAGA – WPIS ZAWIERA TREŚCI MOGĄCE WZBURZAĆ, OBRAŻAĆ, GORSZYĆ. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Nie tak dawno wybraliśmy się do Empiku (pełna kultura) w Galerii Bałtyckiej, aby kupić kilka książeczek dla mojej siostrzenicy. Mała podobno szaleje na punkcie książek, więc co może kupić dobry wujek, jeśli nie kilka pozycji, które bawią i uczą (tu uprzedzam moją siostrę, jeśli będzie to czytać – spoko, książek, o których za chwilę napiszę, nie kupiłem).

Wybierając pomiędzy książkami z serii “Reksio uczy” (Reksio rządzi!) a klasycznymi bajkami Brzechwy (“na straganie leży leń”, czy jakoś tak…) trafiliśmy na regał oznaczony jako “kolorowanki | edukacja”. No cóż, na edukację nigdy nie jest za wcześnie. Regał, jak możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu, wygląda zwyczajnie, wręcz niepozornie.

Poszukując dobrej książki dla małej dziewczynki znalazłem pozycję, która mnie nieco zszokowała. Tytuł pasowałby doskonale do jakiegoś horroru z przymrużeniem oka.

Ale w sumie – dzieci są ciekawe świata. Przypomniałem sobie, że kilka lat temu słyszałem o pozycji “Książka o kupie” – o ile dobrze kojarzyłem fabułę, książka opowiadała o przygodach krecika, któremu jakieś zwierze zabrudziło norkę, albo czubek głowy (bo krecik nierozsądnie z norki wyjrzał). Mały krecik ruszył więc na poszukiwania sprawcy, podglądając zwierzęta w czasie…gdy były nieosiągalne. Książka zaspokajająca ciekawość, tłumacząca świat, z nutką detektywistyczną. W sumie – czemu nie? Robale wpisują się w ten nurt – a dziś dzieci pytają o wszystko.

Potem przypomniałem sobie, że nie tak dawno słyszałem o książce “Wielka księga siusiaków”. W sumie zakładałem, że treść będzie podobna – znowu krecikowi coś wpadło do norki, znowu musi znaleźć winnego. Klasyk. Perwersyjny, ale klasyk. Uśmiechnąłem się do swoich myśli (często mi się to zdarza) i powiedziałem do Ukochanej:

- Szkoda, że nie ma tu “Wielkiej księgi siusiaków”.

- Ależ jest, zobacz tutaj – powiedziała moja Narzeczona, a ja pochyliłem się nad półką. Faktycznie, taka książka dumnie stała na regale.

Razem z koleżankami.

Tak, dobrze widzicie tytuły. “Nocnik nad nocnikami”, “Wielka księga cipek” czy “Boga przecież nie ma”. A do tego obok jeszcze coś dla nieco starszych dziewczynek.

Jak widać, tu mamy do czynienia z “Małą książką”, a nie “Wielką księgą” – najwyraźniej temat nie wymaga aż takiej uwagi.

Zaintrygowany tytułem książki o Bogu (może się tu zabłąkała, może przenieśli ją z działu o religiach) otworzyłem małą książeczkę na losowej stronie.

Czy książka dla dzieci operuje takimi słowami jak “dowód ontologiczny”? Swoją drogą – rozumiem, że nie ma obowiązku wychowywania dzieci w jakiejkolwiek wierze, ale pewien agresywny ton w tej książce budzi jednak mój niepokój.

Na teologii znam się raczej słabo, może to nie jest książka dla mnie. Ale ponieważ nawet z książek dla dzieci można się czegoś dowiedzieć, postanowiłem sięgnąć po tę, z której faktycznie mógłbym coś wynieść. Znowu otworzyłem na losowej stronie i…

…zdębiałem. Jeżeli ktoś nie widzi zbyt dokładnie, oto fragment strony 31.

Wygląda jak skrzyżowanie “Cosmo” z “Hustlerem”. W wersji dla dzieci, oczywiście. Pobieżne przekartkowanie reszty książeczki pozostawiło mnie z uczuciem głębokiego zniesmaczenia. Wszystko to w pobliżu kącika dla dzieci, na jednej z najniższych półek, w zasięgu małych rączek.

Nie wiem, może jestem zbyt konserwatywny, może nie nadaję się na te nowe, wspaniałe czasy. Rozumiem, że dzieci są ciekawe świata. Że tę ciekawość należy zaspokajać. Że poczytaj mi mamo i że książka najlepszą zabawką. Że sam nie mam dzieci, więc co ja się wypowiadam, nie znam się, porozmawiamy za kilka lat. Ale to już chyba przesada. To, co znajdowało się w tych książeczkach, nie nadaje się tu nawet do cytowania, abym nie miał potem wejść z wyszukiwarek jakichś napaleńców, wpisujących dziwne zapytania.

Zastanawiam się, co będzie następne - “Kamasutra dla najmłodszych” czy może “Zrób to sam”? No i czemu nie ma “Wielkiej księgi pośladków, biustów i skórzanych pejczy”? Co znamienne – wszystkie książeczki poruszające tematykę “bez tabu” napisane zostały przez autorów o skandynawskich nazwiskach. Ziemia, która dała nam wikingów, Lego oraz tanie meble do samodzielnego montażu, teraz rodzi autorów tego typu “dzieł”. Coś im do wody sypią czy jak?

wtorek, 9 marca 2010

Okno na podwórze

Nie, nie będę pisał o klasyce filmowej mistrza Alfreda. Zresztą i tak wolę “Psychozę” i “Ptaki”. Ale rozważania na temat “dlaczego Norman Bates jest fajnym człowiekiem” zostawmy może na inną notkę.

Dziś będzie jak najbardziej dosłownie. A dodatkowo mam zamiar zmusić Was nieco do myślenia. I odrobiny refleksji.

Pamiętam, jak jeszcze dziecięciem będąc, przeglądałem stary podręcznik do PO dla szkół licealnych. Podręcznik z czasów poprzedniego reżimu, a więc było tam dużo o Układzie Warszawskim, interesach imperialistów w destabilizowaniu państw rozwijających się – oraz ogólnie o tym, że socjalizm równa się pokój (ale bez konkluzji, że kapitalizm równa się dwa pokoje z kuchnią).

Podręcznik ten, oprócz wielu przydatnych informacji dotyczących przeżycia wybuchu atomowego (a nawet zwykłego granatu – do dziś pamiętam, że po usłyszeniu okrzyku “granat” należy wykonać pad i zalegnąć), miał też części poświęcone konkretnej walce. O, przepraszam – obronie. Oczywiście w podręcznikach dla licealistów nikt słowem nie wspominał o planach polskiego blitzkriegu na Danię

Ale do rzeczy, bo te wspominkowe dygresje jeszcze mi rozłożą całą notkę.

Z elementów praktycznej obrony była np. budowa granatów (różnych, to pamiętam), kbks-u oraz prowadzenie obserwacji. Na dość prostym rysunku pokazane było, jak daleko powinien sięgać wzrok porządnego obrońcy – oraz co z tej odległości powinien móc rozpoznać. Nie pamiętam, czy tabelka dotyczyła oka nieuzbrojonego, czy też może uzbrojonego w lornetkę, nie pamiętam też, czy słupy telegraficzne widać z odległości kilku kilometrów, czy też kilkuset metrów. To, co utkwiło mi w pamięci, to odległość 100 metrów – oraz możliwość rozpoznania większych szczegółów ubioru czy rysów twarzy.

Do dziś jest to dla mnie niemałym szokiem, ale jako krótkowidz miałbym problemy z rysami twarzy z kilkunastu metrów, a co dopiero mówić o stu metrach. Niemniej – podręcznik tak twierdził, z mądrą książką polemizować nie zamierzam.

Z czasem odkrywałem, że faktycznie – jestem w stanie dostrzec sporo. A to ptaki, szybujące wysoko, a to poszczególne smugi kondensacyjne, wytwarzane przez każdy z silników przelatującego nad Gdańskiem samolotu pasażerskiego, a to Hel, stojąc na plaży w Gdańsku – i tak dalej, i tak dalej.

Zdziwiłem się jednak niedawno, gdy uświadomiłem sobie, że z okien mieszkania widzę Kościół Mariacki w Gdańsku. A mieszkam na Przymorzu. Wiedziałem, że widzę Zieleniak, hotel Hevelius czy Organikę – ale żeby aż Kościół Mariacki? Krótka sonda (w domu i na Blipie) pokazała, że taka informacja może być zaskoczeniem nawet dla tych, którzy mieszkają tam o wiele dłużej.

Ostatnio więc urządziliśmy sobie małe zgadywanie – i staraliśmy się dostrzec jak najwięcej. Tak więc widzimy jeszcze jakiś kościół w Gdańsku (nie mam pojęcia jaki), dźwigi stoczni, kominy elektrociepłowni, minaret meczetu i dach kościoła św. Stanisława Kostki, bibliotekę uniwersytecką, przejeżdżające kolejki… Całkiem sporo, jak na jedno okno. I to bez lornetki. Jeśli kiedyś kupię sobie jakąś (a kupię…), to dopiero się zdziwię!

Ale, tak jak mówię, to widok tylko z jednego okna. Z jednej strony. Z drugiej strony, poza fragmentem morza, widok jest zdominowany przez najpopularniejszą bryłę architektoniczną tej dzielnicy. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, że mówię o falowcu, niech rzuci okiem na zdjęcie na początku artykułu (można kliknąć, powinno pojawić się w powiększeniu)

Drugie zdjęcie (z którego jestem dość dumny, bo ma ładne kolory bez żadnej obróbki) zostało zrobione z okna mojej poprzedniej pracy. To też był niesamowity widok i można było sporo zobaczyć. Stocznię, krzyż na Górze Gradowej…

Oba zdjęcia wkrótce wrzucę na Flickra.

I tu właśnie pytanie do Was, moi drodzy Czytelnicy. Czy potraficie teraz, bez zastanawiania się i podglądania, napisać, co widzicie z okna? W domu, pracy, na uczelni – nieistotne. A potem rzućcie okiem i sprawdźcie, czy mieliście rację. Oraz o czym zapomnieliście…

Swój widok opiszcie w komentarzach, albo na swoich blogach.

EDIT: napisałem to już niżej w komentarzu, ale piszę jeszcze tutaj. To nie chodzi o wymienienie tego, co akurat widzimy. Chciałbym, abyśmy się zastanowili nad tym, czy zwracamy uwagę na to, co mamy za oknem. Czy też po prostu patrzymy przez nie, aby wiedzieć, jaka jest pogoda… Jeżeli patrzymy przez okno tak dla relaksu, odprężenia, to z pewnością potrafimy od ręki wymienić każde drzewo, które widzimy. I to dobrze. Gorzej, jeśli nie wiemy, co jest za oknem – może to świadczyć o braku czasu dla siebie. A to nigdy nie jest dobre.

wtorek, 16 lutego 2010

Zaobserwowane – polska język trudna

Nie od dziś wiadomo, że polski język do najłatwiejszych nie należy. Te wszystkie przypadki, wypadki, czasy, pasy…kto by to spamiętał? Zwłaszcza, jak jest się Chińczykiem, który ma za zadanie napisać coś na opakowaniu sprzętu AGD. Można się zakręcić – te wszystkie litery brzmią tak podobnie…

W ten sposób klasyczna tarka kpi sobie z kanonów językowych. Klasyka klasyką, ale nutka awangardy musi być.

Podobnie jest z nami, Polakami – gdy stykamy się z wyrazem pochodzącym z obcego języka, panikujemy. To wszystko można zapisać na kilka sposobów – i kazdy będzie pewnie znaczył coś innego! Co robić? Użyć mocy. chwycić w dłoń markera i wypisać najpiękniejsze menu po tej stronie ulicy!

Grunt, że tanie. Od 1,40. I czynne w niedzielę. Czyż róża pod innym imieniem mniej by pachniała? To samo dotyczy też słonych przekąsek. Oraz ciepłych bułek z mięsem:

Choć tu znajduję wyjaśnienie takie, że to nie jest kurczak, a szczęka lub policzek. Jedliście kiedyś kanapkę z policzkiem? A w Oliwie możecie…

Inna przerażająca kwestia to wszelkiej maści skróty. Z kropką, czy bez? Używać wielkich liter? I po co nam bez?

Ale pewnie się czepiam. Po prostu ten sklep jest czynny tylko w weekendy… Ależ tam musi być obrót!

Tak sobie nieładnie szydzę, ale każdy może popełniać błędy. Chiński robotnik, gdyński najemca, właściciel budki z dobrym jedzeniem czy gdański sklepikarz. A nawet – i to będzie moje alibi, zanim dodam do listy “popularny bloger” – ogólnokrajowy dystrybutor filmowy. I to całkiem niezłego filmu. Znakomitego reżysera. Amerykańskiego, a jakże!

Jeszcze nic nie widać? No to przyjrzyjmy się opisowi filmu. A zwłaszcza cechom głównego bohatera…

Znaczy jak? Uspokaja je? Uzupełnia niedobory? Zazdrość przeze mnie przemawia – też chciałbym tak działać na płeć przeciwną do mojej…

Ale żebym nie wyszedł na wrednego malkontenta (nie postrzegacie mnie tak przecież!), to na koniec przykłady, jak można z finezją i polotem użyć polskiego języka. Na przykład można zastosować rzadko już spotykaną inwersję i w ten sposób zaintrygować klienta.

OK, z drugiej strony tabliczki napis już brzmiał normalnie.

A tutaj – moim skromnym zdaniem – geniusz. Perfekcyjne wykorzystanie języka angielskiego (poprawnie gramatycznie) oraz polskiej gry słownej.

Czapki z głów, oto mistrz! Nie pamiętam, w którym mieście zrobiłem to zdjęcie, ale życzę tej firmie kolejnych dwudziestu lat w świetnej formie!

poniedziałek, 1 lutego 2010

Zimowy spacer

Korzystając z pięknej, zimowej pogody, wybrałem się na spacer… No dobrze, musiałem kilka spraw załatwić:)

Oczywiście bez aparatu staram się nie ruszać, dzięki czemu mogę Wam zdać fotorelację z tego, jak pięknie w Gdańsku jest zimą – oraz na jakie cuda można się natknąć.

Zacznijmy od tego, że nie wszyscy uważają, że zwisające sople są zagrożeniem. Oczywiście teraz, gdy jest nieco cieplej – sople się topią, kapią ludziom na głowy – i mogą się w każdej chwili ułamać.

 

Ale i tak wyglądają malowniczo

Pomimo niewielkiego ocieplenia, połączonego z roztapianiem się śniegu, widać jeszcze w wielu miejscach niesamowite konstrukcje, jakie utworzył mróz.

 

Kra i nawisy śnieżne nad Strzyżą

A potem wyszło trochę promieni słonecznych i zrobiło się jasno, pogodnie. Jakoś tak radośniej – pomimo dość ciemnego nieba.

 

Wrzeszcz Dolny zimą

Potem zaś wyruszyłem na Przymorze, popatrzyłem sobie na bicie rekordu w grze na pianinie (nawet nakręciłem film, ale muszę go pociąć, bo blisko piętnastominutowe wykonanie “Yesterday” waży nieco za dużo dla YouTube), a potem ruszyłem dalej. Niedaleko kościoła, o którym już sporo pisałem, znalazłem… coś takiego:

Wygląda jak rzeźba

Zaciekawiony tą nietypową “instalacją” (wcześniej jej nie widziałem) podszedłem nieco bliżej i okazało się, że jest to rzeźba wykonana w całości z chrupek kukurydzianych!

Tego się nie spodziewaliście

No, może nie w całości – widać, że do konstrukcji użyto różnych wyszukanych technik. Na przykład wypełnienie zrobiono z papieru…

…a szkielet ręki z drucików…

Szczegóły pracy artysty

Niemniej całość jest pokryta chrupkami. No i nieco przysypana śniegiem. Niektóre z nich się już lekko rozpuszczają, ale rzeźba stoi. Abyście mieli pełen obraz pracy włożonej przez nieznanego mi artystę w to dzieło muszę dodać, że rzeźba jest naturalnej wielkości. Człowiek z chrupek jest nieco niższy ode mnie, ale stoi pochylony, więc może mieć około 170 – 180 cm wzrostu.

Uwielbiam takie pozytywnie zakręcone prace i mam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej o tej rzeźbie i jej twórcy. A wtedy z pewnością dam Wam znać.

piątek, 29 stycznia 2010

Trudne słowo - odśnieżanie

Globalne ocieplenie – albo, jak twierdzą niektórzy, bardzo słaba aktywność słońca – sprawiły, że tegoroczna zima w Polsce jest, jaka jest. Pada śnieg, są mrozy, a na koniec – pada jeszcze więcej śniegu. Wspominałem już o tym, jak z humorem na atak zimy reagują media (jedne faktycznie z humorem, drugie z humorem z torebki), pisałem też o tym, ze taka pogoda w połączeniu z “inteligentnymi” chodnikami może skutkować wielkim “bum”.

Dziś porozmawiamy o kolejnym aspekcie strasznej zimy. O tym, co każdy zrobić powinien – i faktycznie robi. Ale czasem…

Ale nie uprzedzajmy faktów (© Bogusław Wołoszański).

Oto zdjęcie samochodów zaparkowanych tuż przed wejściem do mojej klatki w bloku. Czy potraficie wskazać elementy, które nie pasują do całości?

Podpowiem – trzy elementy.

Te trzy zaśnieżone samochody. Dziwnie wyglądają, prawda? Powiecie, że się czepiam – nie ma przecież obowiązku biegnięcia do samochodu po każdej śnieżycy, aby zgarnąć śnieg z dachu. Może właściciele po prostu tego dnia nigdzie nie wyjeżdżali? Ani wczoraj. Ani przedwczoraj…

W momencie, gdy robiłem to zdjęcie – śnieg nie padał od kilku dni. Coś około tygodnia. To oznacza, że te samochody tam stały bezczynnie przez tydzień. Pod samym wejściem do klatki. Właściciele zaparkowali je prawie pod drzwiami – pewnie po to, aby mieć blisko. Po czym nie korzystali z samochodów.

Na powyższym zdjęciu wyraźnie to widać – zobaczcie, że nie jest odśnieżone nawet wokół tych aut. Pomijam fakt, że pewnie utrudnia to przechodzenie między samochodami – ale jak to się ma do jakichś zasad współżycia? Te miejsca parkingowe nie są przypisane do mieszkań, są ogólnodostępne. Jeśli ktoś wie, że prawdopodobnie nie będzie nigdzie jeździć przez dłuższy czas – może zaparkować nieco dalej. Czy może to tylko moje złudzenie?

Ale parking pod moim blokiem to osobna historia. Wróćmy do odśnieżania.

Taką fotkę zrobiłem w Sopocie, na skrzyżowaniu ulic 3 Maja i Tadeusza Kościuszki. Czy widzicie coś nietypowego?

Przypatrzcie się słupkowi. Widać na nim taki przycisk do – hmmm, jak to ująć? Do przywoływania zielonego światła:) Standard na wielu przejściach. Co jest więc takiego niezwykłego w tym przycisku? A to, że jest trudno dostępny.

Tuż pod nim służby odśnieżające chodnik usypały piękną zaspę. Która to zaspa sprawiła, że nawet ja – a nie należę do osób niskich – musiałem się zdrowo przechylić, aby magiczny guzik wcisnąć.

Rozumiem, że przy odśnieżaniu całe to białe zło trzeba gdzieś zgarnąć. Rozumiem, że odśnieżając chodnik zgarnia się śnieg z możliwie najwęższego paska pośrodku (czasem o szerokości jednej stopy – tu chyba dla tych, co lubią sobie skakać na jednej nodze…) i usypuje po bokach z niego pryzmy. Ale czy to jest takie trudne, aby w tym wypadku machnąć szuflą nieco mocniej i usypać zaspę ZA słupkiem? Co mają robić np. osoby niepełnosprawne? Ot, kolejny przykład braku rozwagi przy zwykłych, codziennych czynnościach. A wystarczy drobna zmiana, “by żyło się lepiej”.

Tym wpisem kończę mały cykl obserwacji zimowej głupoty. Chyba, że jeszcze coś zobaczę – bądźcie czujni.

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com