Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacerkiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacerkiem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 października 2010

Spacery – część I: Sopot wzdłuż plaży

Aparat noszę przy sobie codziennie. Wprawdzie to tylko zwykła “małpka” (swoją drogą – niesamowicie pojemne słowo), z porażająco niewielkim zoomem, ale do utrwalania życia codziennego – jak znalazł. Postanowiłem, że raz na jakiś czas wrzucać tak po prostu zdjęcia z różnej maści spacerów, a czasem z codziennej drogi do pracy. Ewentualnie do domu. Od czasu do czasu może udam się na jakiś spacer celowo, tylko po to, aby zrobić zdjęcia na bloga. Ale wtedy z pewnością wezmę lepszy aparat:)

Warto – moim zdaniem – uwieczniać to, jak dziś wygląda nasze otoczenie. Nawet, jeśli to nie są artystyczne zdjęcia, a zwykłe fotki dokumentujące ruch uliczny. Gdy rozejrzeć się dokoła – widać wyraźnie, że nie tylko Trójmiasto, ale cała Polska dość dynamicznie się zmienia. Tam, gdzie wczoraj stały kamienice, jutro może być biurowiec, autostrada, stadion albo galeria handlowa. Warto zachować więc widok stanu obecnego. Kto wie, może za kolejne sto, dwieście lat następcy panów Tuska i Fortuny zechcą wydać kolejny album “Był sobie Gdańsk” – i wtedy takie zdjęcia będą jak znalazł:)

Dziś nieco powspominamy wakacje, piękną, słoneczną pogodę w sierpniu i wysokie temperatury nad Zatoką Gdańską. W końcu za oknem nieuchronnie zmierza do jesieni, coraz zimniej, dni coraz krótsze – nie ma sensu dołować się patrzeniem za okno. Lepiej spojrzeć w ekran i przypomnieć sobie, jak to w wakacje bywało. Zapraszam na spacer z Sopotu w stronę Gdańska.

Kto nie ma nastroju na przeglądanie wszystkich zdjęć na moim blogu, albo ma ochotę pobrać któreś z nich, to zapraszam do mojej galerii na fmix.pl – przypominam tylko o zasadach licencyjnych tego bloga:)

Spacer zaczynamy na Placu Zdrojowym, obok świeżego budynku Domu Zdrojowego. Dużo szkła, jasny budynek – fajnie wpisuje się w klimat Sopotu.

Następnie budynek Zakładu Balneologicznego – to już starszy budynek…

…z elegancko zdobionym wejściem.

Przed Zakładem stoi grzybek inhalacyjny, dzięki któremu można skorzystać z uzdrowiskowych mocy Sopotu:)

Grzybek jest zwieńczony ptakiem – na moje oko to sopocka mewa.

Wchodzimy do Parku Marii i Lecha Kaczyńskich, a tam czeka na nas już kościół ewangelicko – augsburski. Schowany pomiędzy drzewami parku, fajnie wpisuje się w sopocki styl architektoniczny.

A po drodze do kościoła mijamy taki stylowy barometr.

Rzut oka za siebie – widać wejścia na molo, latarnię morską i nowy hotel Sheraton. Oraz tłumy na deptaku. Choć to na zdjęciu to i tak skromna próbka.

Idąc w stronę Gdańska po lewej stronie mijamy chiński hotel i restaurację. Obiekt umieszczony jest w Łazienkach Północnych i wygląda całkiem sympatycznie. Na temat hotelu czy jedzenia nie mogę się wypowiedzieć, ale jak szukaliśmy sali na wesele, to ich oferta była całkiem rozsądna.

Dalej wzdłuż deptaka…

Aż docieramy do tawerny o wdzięcznej nazwie “Złota Rybka”. Całkiem łatwo ją rozpoznać, bo ma w logo złotego krokodyla (który zapewne zjadł tę rybkę).

A po prawej co chwilę mijamy takie urokliwe wille. Niestety, żadna z nich nie jest na sprzedaż i pewnie długo nie będzie, więc marzenia o mieszkaniu z klasą i widokiem na morze (za bajońskie sumy) trzeba odłożyć na półkę.

Tuż za Wojskowym Domem Wypoczynkowym, a przed Tawerną Rybaki, widać wreszcie nieco więcej plaży niż tylko w wąskim przejściu między wydmami:)

Nadciągające chmury najwyraźniej przegoniły nieco plażowiczów. Ale zawsze można się posilić czy napoić w takiej małej, różowej budce…

I tak kończymy krótki spacer wzdłuż plaży. Kilka wspominkowych albumów z wakacji jeszcze mam, ale potem postaram się dorzucić coś aktualniejszego… A może jest coś w Trójmieście co Wy, goście z daleka, chcielibyście zobaczyć?

piątek, 2 lipca 2010

Co robić w wakacje?

OK, wiem, że większość moich Czytelników nie ma wakacji, najwyżej urlop, niemniej mam nadzieję, że przesłanie jest jasne – latem nie wolno siedzieć w murach własnego domu! Należy wyjść, wyjechać – i zobaczyć coś, czego nie zobaczylibyśmy w domu, oglądając w telewizji naszych polityków.

Ale co takiego można zobaczyć? Dokąd pojechać? W co się bawić?

Te pytania mogłyby wisieć groźnie w powietrzu, na szczęście z odpowiedzią przychodzi Wasz ulubiony (jak mniemam) blog. Bazując na własnym, kilkuletnim doświadczeniu w odwiedzaniu pewnego rodzaju imprez, pokusiłem się o przegląd czterech niezłych (moim zdaniem) wydarzeń. Mam nadzieję, że lubicie rycerskie klimaty, bo szczęk oręża i faceci zakuci w blachy będą nam towarzyszyć do końca tej wbrew pozorom nie takiej długiej, za to pełnej zdjęć i filmów, notki. No, z jednym odstępstwem:)

Zaczynamy od klasyki, bitwy bitew i inscenizacji nad inscenizacjami, czyli na tapecie ląduje…

Grunwald

Sześćset lat temu połączone wojska polskie, litewskie i tatarskie wycięły w pień kwiat rycerstwa europejskiego, walczącego pod kierownictwem Krzyżaków. Historia znana, opisana i sfilmowana – a od wielu lat także dość widowiskowo odtwarzana. Widowiskowo – bo z zabawy w bitwę zrobiono faktyczne widowisko, oglądane przez kilkaset tysięcy widzów. W tym roku, z racji okrągłej rocznicy, ma paść rekord widzów.

Kto żyw – pędzi na Grunwald!

Co czeka nas na miejscu? Przemarsze dzielnych rycerzy, wioska rycerska, spory targ ze wszystkim, co można nabyć (od drewnianych mieczy i tarcz po baloniki). No i oczywiście samą bitwa – poczynając od dwóch nagich mieczy, poprzez spalenie stogu siana (wtedy na pole bitwy wkraczają strażacy), wszystkie ważniejsze fazy bitwy, aż do ostatecznego zwycięstwa, odniesionego przez…nie, nie będę psuć niespodzianki.

Widowiskowość ma jednak swoje wady. Pamiętacie, jak przyszliście kiedyś do kina za późno i zostały już tylko najgorsze miejsca? Tutaj jest tak samo – im później przyjdziemy, tym dalej od pola bitwy siedzimy. Plus tego jest taki, że nie trafi nas żadna zabłąkana strzała, niemniej nie wiem, o której należałoby się pojawić na miejscu, aby siedzieć w pierwszym rzędzie. Podejrzewam, że miejsca są rezerwowane w grudniu. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że bitwa dla nas będzie wyglądać tak:

 

Czy ten z krzywym nosem to Złamana Strzałą? Nie, to Ulryk von Jungingen” (Kabaret Potem)

Dodatkowo Grunwald nie jest otoczony siecią wielopasmowych autostrad, a te setki tysięcy widzów nie pielgrzymują na bitwę pieszo. Korki, korki, korki – i problem z parkowaniem: tak najkrócej można opisać podstawowe wrażenia poza bitwą.

Nie wiem, jak jest obecnie, ale kilka lat temu Grunwald – jak i inne miejsca, gdzie pokazywano zalety dawnego wojowania – to świetne miejsce do werbowania do armii. Wojsko Polskie miało swoje stoisko, gdzie przekonywali, że za mundurem panny sznurem, ale poza tym to zawód jak każdy inny. Wiadomo, że najlepiej przekonywać dzieci. A dzieci najbardziej lubią zabawki.

 

Więc są zabawki dla dużych chłopców

Malbork

Naturalną konsekwencją Grunwaldu jest ruszenie na Malbork. Wprawdzie to obleganie, które możemy oglądać, to nie jest to, które zgotował Jagiełło, ale nie bądźmy drobiazgowi. Najważniejsze, że znowu są rycerze, walka i – dodatkowo – wielki zamek.

Oraz ponownie masa ludzi. Na szczęście dojazd do Malborka możliwy jest pociągiem (jeśli ktoś lubi stać w tłoku), ale zasada oglądania jest taka sama. Przychodzisz późno – patrzysz z daleka. Zza fosy, konkretnie. Niemniej przyznaję bez bicia, że o oblężeniu wypowiadać się nie powinienem, bo gdy byliśmy w Malborku, zaczęło lać. Potem przestało, ale potem lunęło znowu. Stwierdziliśmy, że oblężenie nie jest tego warte i wróciliśmy do Gdańska.

Ale mogę opowiadać o tym, co działo się przed oblężeniem. A działo się…to, co pod Grunwaldem. Te same odpustowe kramy z gumami do żucia i aluminiowymi hełmami.  Całość zaczyna się od wielkiego przemarszu wszystkich wojsk ulicami miasta.

Król też maszeruje – ino konno

Następnie rozpoczynają się przygotowania – można w tym czasie pozwiedzać, popatrzeć, zjeść coś dość dobrego i kupić coś rycerskiego. Kramiki wciśnięte między mury zamkowe sprawiają bardzo przyjemne wrażenie, więc snuć się między kupcami można długo. Gdy my byliśmy pod zamkiem, można było też trafić na wykłady i prezentacje, zorganizowane przez Discovery TVN Historia (tak się chyba ten kanał nazywa).

Kolejną wielką atrakcją było… OK, zabawmy się w skojarzenia. Zamek. Smok. To może nie była najdłuższa zabawa, ale skoro już temat wypłynął, to muszę napisać, że koło zamku było stoisko pewnej duńskiej firmy, produkującej klocki. I tamże, oprócz prezentacji takich rzeczy jak małe boisko do kosza z Lego czy małe boisko do piłki nożnej (jeszcze bez wuwuzeli), stał klockowy smok.

 

Zbudowany wspólnymi siłami przez dzieci

Smok był fajny. Wprawdzie może bardziej na miejscu byłby zakonnik albo przynajmniej armata, ale od biedy smok też pasował. No i wyglądał imponująco. Aby jednak nie rozwodzić się zbytnio nad pobocznymi tematami, powiem tylko, że przed oblężeniem można było też obejrzeć konne pojedynki rycerzy.

Niestety, grunt rozmokły po deszcze stwarzał ryzyko poślizgu konia, więc pojedynki zawieszono. Być może planowano też jakieś inne atrakcje, ale duża ilość wody w powietrzu sprawiła, że trzeba było z nich zrezygnować. A szkoda. No i żałuję, że nie dane mi było doczekać do oblężenia, bo następny przykład pokazuje, jak można zrobić fajną inscenizację w murach zamku – i to mając zdecydowanie mniejszy obiekt.

Gniew

W Gniewie świeciło słońce, więc nic nie trzeba było odwoływać. I bardzo dobrze, bo tylu atrakcji upakowanych na tak małej przestrzeni nie spodziewałem się ani przez chwilę. Gniew nie dorobił się jeszcze swoich kramów odpustowych, więc możliwości wydania ostatnich pieniędzy na ukochane maleństwo (“mama, ja chcę kuszę!”) są zdecydowanie mniejsze. Sam zamek też nie jest tak rozbudowany jak ten w Malborku. A sam Gniew to małe, ciche miasto.

 

Z takim czymś przy Rynku

Natomiast wydarzenie pod nazwą “Bitwa dwóch Wazów” to wielkie przedstawienie, zrealizowane z niesamowitym rozmachem. Wszystko zaczyna się od prezentacji poszczególnych oddziałów tuż pod zamkiem. Można więc popatrzeć na wojaków, wprawiających się w sztuce władania szablą czy też naszych braci Czechów, jak walą z muszkietów prosto w zachwycony tłum.

 

Myślicie, że to tak pięknie wygląda? I macie rację, to jest piękne – tylko uwaga na bębenki uszne!

Obserwować prezentację można z murów zamku, można z przygotowanych trybun, a można się też pokręcić dokoła wojsk. Tłumów na szczęście nie ma (duży plus), więc wszędzie można podejść, wszystko zobaczyć z bliska i zawsze jest szansa, że zobaczymy coś więcej, niż plecy grubego łysola przed nami.

Po prezentacjach, w godzinach popołudniowych, trafiamy na inscenizację rozmowy polskiego króla ze swoimi dowódcami – rozmowa ta będzie mieć bezpośrednie przełożenie nie tylko na wielką bitwę następnego dnia, ale i na wieczorne oblężenie. Bowiem gdy zapadnie zmrok, wszystkie oddziały przystąpią do inscenizowania szturmu na gród. Na zamkowym podwórzu stoi kawałek palisady, chata drewniana i jest dość miejsca, aby dać widzom choć namiastkę nocnego oblegania.

A czym byłoby nocne obleganie bez puszczenia chaty z dymem?

Przyznaję, że tak widowiskowej bitwy, choć zrealizowanej z dużo mniejszym rozmachem niż ta pod Grunwaldem, nie widziałem. Zewsząd słychać wystrzały, szczęk szabel i groźne okrzyki. Pięknie to wygląda – no i strażacy nie pchają się natychmiast między rycerzy, aby ugasić chatę. Pozwalają jej spokojnie płonąć, dzięki czemu starcia mają piękne tło.

Następnego dnia na błoniach koło zamku odbywa się wielka bitwa. Dużym plusem jest to, że można podejść bardzo, bardzo blisko (brak tłumów daje znać o sobie), można też obserwować całość z oddalenia, z zamkowego wzgórza. Tu znowu czekają nas wystrzały, przemarsze wojsk, natchniony narrator i widomy wynik. Niemniej Gniew ma coś, czego Grunwald siłą rzeczy mieć nie może. W Gniewie pojawia się najgroźniejsza, najbardziej chwalebna i najpiękniejsza formacja w dziejach polskiego oręża.

 

Hell yeah!

Okazuje się, że po szalenie romantycznych czasach średniowiecza, gdzie mieliśmy szlachetnych rycerzy na swych zakutych w zbroje rumakach, pojawiła się formacja, która budzi dumę i zachwyt po dziś dzień. Co z tego, że nie mają legendarnych skrzydeł? Gdy tak stałem naprzeciw nich, gdy widziałem, jak ruszają do ataku – to zrozumiałem, że wieki temu każdy, kto miał do czynienia z husarią mógł zrobić tylko jedno. Umrzeć.

Wolin

Kompletna zmiana klimatu. To już nie rycerze, nie konnica. To Festiwal Słowian i Wikingów.

“Prison break” jest dla dziewczyn

Przez trzy dni na wyspie pośrodku Zalewu Szczecińskiego w Skansenie Słowian i Wikingów możemy pooddychać atmosferą wioski skandynawskich wojowników. I nie mówię tu tylko o walce, ale o zwykłym codziennym życiu. Nie tylko skosztujemy tradycyjnych potraw, ale też zobaczymy, jak są przygotowywane. Przyjrzymy się, jak tworzono sprzęt codziennego i jak go używano. Wszystkiego można dotknąć, o wszystkim porozmawiać z wojami z całej Europy. To są ludzie, którzy żyją tamtą epoką.

Ze wszystkimi tego konsekwencjami

Jest też możliwość posłuchania średniowiecznej muzyki – i muszę przyznać, że jest ona dość skoczna. Pewnie dałoby radę zatańczyć kilka kroków do tych przebojów.

A jeśli ktoś gra na dudach, to nie może być złym człowiekiem

Ale przede wszystkim widać to, co było sensem życia wikinga. Walkę. Na każdym kroku widać uzbrojonych mężczyzn, którzy albo się biją, albo będą się bili. Bo dla prawdziwego wikinga walka jest czasem przeszłym dopiero po śmierci. Dlatego co chwilę widać jakiś trening, jakiś pokaz, a czasem uda się trafić na pojedynek.

I muszę Wam powiedzieć, że ten pojedynek powyżej zakończył się krwawo. Jednemu z walczących miecz przeciwnika niechcący rozciął czoło. Ale gwoździem programu jest wielka bitwa morska. Koło wioski cumuje kilka łodzi z epoki, w tym słynne drakkary. I nie służą one tylko ozdobie. Gdy przyjdzie czas, łodzie odbijają od brzegu, aby na środku wody stoczyć prawdziwą walkę. Podejść blisko trudno, chyba, że ktoś umie chodzić po wodzie – ale na szczęście wojownicy nie odpływają zbyt daleko, więc sporo widać.

Poza tym – czy serio trzeba opisywać wszystkie te atrakcje? Wystarczyłoby powiedzieć, że jest to porządnie przygotowany festiwal z wikingami. Wikingami! Goście, którzy podpalili ćwierć Europy, a wyobraźnię milionów rozpalają do dziś, którzy niczego się nie bali, którzy byli najlepszymi imprezowiczami średniowiecza (jeśli przez imprezę rozumieć palenie wiosek, gwałcenie wieśniaczek i rabowanie klasztorów). Banda facetów ze stali i granitu – z bliska i na żywo. Trudno byłoby dodać do nich coś, co uczyniłoby tę imprezę lepszą.

Bo trudno wpleść w ten obrazek dinozaury, ninja i żołnierzy GROM.

Do tego bliskość plaży, Międzyzdrojów i tłumy turystów jakoś tak nie przeszkadzają. Impreza bardzo udana.

Podsumowanie

Co wybrać? Najlepiej wszystko. Gdybym musiał polecić coś z przedstawionego zestawu, miałbym spory problem. Najsłabiej w moich oczach wypada Grunwald, ale już Malbork ma te urokliwe stragany, Gniew – świetną inscenizację, a Wolin – całą wioskę. Najchętniej połączyłbym Wolin z Gniewem. Nie tylko dlatego, że byłaby to prawdopodobnie najlepsza impreza po tej stronie osi czasu. Z chęcią zobaczyłbym starcie wikingów z husarią.

“Gdy ruszała w bój husaria, to wróg krzyczał “Jezus Maria”” (T-Raperzy znad Wisły)

A teraz zastanówcie się dobrze, czy znacie jakieś inne, podobne imprezy? Bo jeśli tak, to powinniście się podzielić tymi informacjami. Aby Was zachęcić, już w poniedziałek ogłoszę konkurs, gdzie warto będzie wykazać się znajomością różnych wielkich imprez plenerowych. Warto będzie z pewnością, bo zapewniam Was, że nagroda będzie wartościowa. I związana z tematem urlopowym. Ale szczegóły będą w poniedziałek. Zapraszam już dziś. I zapowiedzią konkursu kończę ten długi, obrazkowy wpis…

…zaraz, zapomniałbym o bonusie.

Bonus – Zombie Walk w Warszawie

To nie jest inscenizacja historyczna. To nie jest nawet żadna inicjatywa organizowana przy współudziale władz czy sponsorów. To flash mob. Tradycyjnie co roku grupa (spora) ludzi pozytywnie zakręconych ([c] Teleexpress) umawia się przez sieć, aby przebrać się za głodnych zombie i z okrzykami “mózg” ruszyć przez miasto.

Przyznaję, że kreatywność niektórych uczestników marszu jest przeogromna. A niektóre przebrania potrafią faktycznie przestraszyć.

Z drugiej strony mamy do małą grupkę żołnierzy, dzielnie broniących niczego nieświadomych cywilów.

Pomiędzy zombiakami i wojskowymi kręci się masa osób z aparatami i kamerami, przechodnie patrzą zdziwieni (ale najczęściej uśmiechają się życzliwie), a zabawa na ulicach trwa w najlepsze. Oczywiście wszystko jest szalenie kulturalne, zombie poruszają się chodnikami i nigdy nie przechodzą na czerwonym świetle. Tegoroczna edycja już się odbyła, ale może warto zaplanować jeden weekend w Warszawie w przyszłym roku? Oto, jak to wyglądało dwa lata temu:

Całkiem przyjemnie, prawda? Choć mam takie dziwne wrażenie, gdy mogę słyszeć na żywo żołnierskie okrzyki i wystrzały na ulicach Warszawy. Podobne wrażenie miałem dawno temu, podczas Dni Hanzy, gdy z okazji prezentacji jednego z niemieckich miast można było znowu na Długim Targu usłyszeć dźwięki marsza… Ale pewnie przewrażliwiony jestem:)

Dziękuję N. za użyczenie jej własnych zdjęć i możliwość skorzystania z nich w tym wpisie. Jak widzisz, przydały się:)

PS: dziś dominują zdjęcia, ale powiedzcie szczerze – co sądzicie o takich długich wpisach? Mogłyby się pojawiać częściej? Bo mam parę pomysłów, niektóre i tak zrealizuję, ale czy chcielibyście więcej takich tekstów? Byłyby wtedy nieco rzadziej, bo napisanie takiego tekstu zajmuje więcej czasu…ale mogę je przeplatać z tymi krótkimi.

środa, 23 czerwca 2010

Przedwojenne lotnicze zdjęcia Gdańska

Otrzymaliśmy przepiękny album “Gdańsk na fotografii lotniczej z okresu międzywojennego”. Albumy mają niestety to do siebie, że po kilkukrotnym obejrzeniu pozwala im się zbierać kurz na półce. Tym razem jednak mam silne przeczucie, że będzie inaczej. Jako osoba zafascynowana tym, jak moje miasto wyglądało przed zrujnowaniem wyzwoleniem przez czerwonoarmistów, planuję zaglądać do niego bardzo często.

W albumie umieszczono blisko połowę zbioru lotniczych fotografii Gdańska z czasów pruskich, będących obecnie w posiadaniu Instytutu Herdera. Tu mała uwaga dla tych, którzy okres Wolnego Miasta i jakąkolwiek nim fascynację automatycznie łączą z gloryfikowaniem nazizmu – zdjęcia zostały zrobione pod koniec lat 20., a więc zanim na berlińskich salonach pojawił się pewien sfrustrowany malarz z Austrii. Gdańsk był miastem, jakich wiele…

i w tym tkwi urok tych zdjęć.

To album różny od tych z serii “Był sobie Gdańsk…” autorstwa Donalda Tuska i Grzegorza Fortuny (nie mam żadnego z nich, niestety, ale przeglądałem je kilkukrotnie). Tam mogliśmy obserwować wszystko z poziomu ulicy, dostrzegać detale, porównywać fasady budynków przed dziesiątkami lat z tym, co dotrwało do dziś. W przypadku zdjęć lotniczych mamy do czynienia z taką inną mapą. Inną, bo rozrysowaną pod kątem oraz prezentującą budynki.

Można więc pokusić się o nieco szersze spojrzenie, porównanie już nie tylko budynków czy ulic, ale całych kwartałów, dzielnic – ba! Miasta! Jednym zdjęciem udało się objąć całe Główne Miasto – i choć nie jest to może fotografia w najwyższej jakości, to sporo można zaobserwować. Pusty plac w miejscu Urzędu Wojewódzkiego. Wielką Synagogę, rozebraną w latach trzydziestych, aby nie wpadła w ręce hitlerowców. Zwartą zabudowę na Targu Węglowym i stary budynek teatru. Liczne budynki na Wyspie Spichrzów, po których do dziś pozostały tylko straszące ruiny. I wiele, wiele innych różnic.

Ten album to dla mnie podwójna frajda. Maniak Gdańska i maniak latania może połączyć obie manie w jednym wydawnictwie.

Patrzę na te zdjęcia i widzę, jak żywe to było miasto przed wojną. Jaką miało piękną zabudowę. I jak fajnie można było je rozwinąć – to w Gdańsku planowano budowę w latach 20. XX w. pierwszego w Niemczech drapacza chmur. Zresztą – wszystkie zdjęcia (nawet te, które nie załapały się do albumu) można obejrzeć na stronie Instytutu Herdera.

Jedno zdjęcie zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Wstawiam je tu ze znakiem wodnym, ale mam nadzieję, że sporo i tak widać:

Obszar na fotografii to Dolny Wrzeszcz. Widać dzisiejszy Plac Komorowskiego, Plac Wybickiego. Jasne pole po lewej, poza zabudowaniami – to lotnisko na dzisiejszej Zaspie. Natomiast te puste pola, ciągnące się aż do morza i w stronę Sopotu – to dzisiejsze dzielnice Zaspa i Przymorze. 90 lat po zrobieniu zdjęcia pola zamieniły się w betonową, miejską dżunglę.

Niesamowite.

Dla zainteresowanych – na stronie HI znalazłem informację o podobnym albumie o Wrocławiu. A więc nie tylko Danzig, także Breslau może pokazać, jak pięknie kiedyś wyglądał z powietrza.

EDIT: na Blipie ^Norveg uzupełnił informację, że album o Wrocławiu był pierwszy, a za oba odpowiada to samo, wrocławskie wydawnictwo. A do tego podesłał mi zbiór kolejnych pięknych zdjęć lotniczych przedwojennego Gdańska, niektóre można całkiem nieźle powiększyć. Polecam.

piątek, 4 czerwca 2010

Spacer po Gdańsku – i nietypowa plaża

Przyznać trzeba jedno – przez ostatnie dwa weekendy pogoda w Trójmieście była przepiękna.

Więc nie pozostało nam nic innego, jak skorzystać z niej i wyruszyć wpierw na spacer po Parku Oliwskim, połączonym ze zwiedzaniem katedry. Jakby na to nie patrzeć – człowiek mieszka od urodzenia w Gdańsku, a niewiele wie o zabytkach, które ogląda cały świat (bo oliwskie organy to unikat, proszę Czytelników).

W parku, jak to w parku – dzieci się śmieją, rodzice biegają za dziećmi, ptaki szukają frajerów, którzy sypnęliby im nieco okruchów (pomimo tabliczek zabraniających dokarmiania ptaków). Zwykły dzień. Plus jakaś młoda para na zwyczajowym plenerze i mały tłumek, robiący sobie zdjęcia u wodospadu.

A jednak coś wydało mi się nieco dziwne w porównaniu z moimi poprzednimi wizytami w tym miejscu. Otóż niektórzy ludzie wchodzili na trawę, siadali na niej, a nawet – o zgrozo – kładli sie na niej. Rzecz wcześniej niespotykana nie tylko w Oliwie, ale i w wielu innych miejscach w całej Polsce.

Ale miało być o spacerach.

Tydzień później znowu wybraliśmy się na spacer. Tym razem do Muzeum Archeologicznego – korzystając z dobrodziejstwa darmowych biletów mogliśmy poznać dawne dzieje naszego regionu. Tu naszła mnie refleksja – jak wielką rolę w rozwoju społeczeństw odkrywa przypadek. Bo nie można inaczej określić faktu, że z dwóch podobnie startujących kultur, w dwóch odległych od siebie miejscach, wyrosły dwie mocno różniące się cywilizacje. Pasterze reniferów, żyjący pierwotnie w tych rejonach, po stopniowym ucywilizowaniu się i poddaniu się wpływom europejskim, przekształcili się w spory i dumny naród. Z kolei mieszkańcy Południowej Ameryki, choć samodzielnie utworzyli państwo porównywane zapewne z Rzymem, dali się zmarginalizować. Ale Majowie, Aztekowie i Inkowie nie mieli jednego – koła.

Porzucając zgubne dygresje – gorąco polecam wstąpienie do Muzeum Archeologicznego. Nawet, jeśli pogoda nie dopisuje, warto się tam wybrać. Można zobaczyć ciekawy przekrój przez epoki i szkielety…

Po odwiedzeniu Muzeum udaliśmy się na króbką wycieczkę z audioguidem. To nowy (jak podejrzewam) sposób zwiedzania Gdańska – bardzo przyjemny, dobry dla dorosłych i dla dzieci. I to właśnie podczas tego zwiedzania zauważyliśmy kolejny przykład Zmiany.

Tak, dobrze widzicie. To jest kawałek trawy, po którym wolno chodzić. Ba, jest to nawet wskazane. Na ten trawnik mają zakaz wstępu wszelkie psy – aby można było przejść po nim boso…

Te dwa znaki są niewątpliwym symbolem, że – wybaczcie nieelegancki zwrot – cywilizujemy się. W znanym mi świecie trawniki są dla ludzi. Do dziś mam w pamięci bosonogiego człowieka, ćwiczącego tai – chi na skrawku zieleni przed hotelem Four Seasons w Budaeszcie. W Polsce zawsze obowiązywała magiczna tablica “Nie deptać trawników”, spod jurysdykcji której wyjęte były psy pędzące za potrzebą.

Na szczęście to się zmienia. Może za kilka lat doczekamy się też w parkach publicznych grilli, jakie podobno są w Australii? Liczę na to.

A ze spaceru wróciliśmy z nową koleżanką…w końcu zbliżał się Dzień Dziecka!

A jak jest u Was? Trawniki są dla ludzi, czy dla miasta? Macie jakieś udogodnienia? Napiszcie w komentarzach.

PS: może nie znam Polski zbyt dobrze, ale nie wiem, czy jest drugie takie zielone miasto, jak Gdańsk. Ostatnio doszedłem do wniosku, że w Gdańsku z każdego prawie miejsca widać las. To dopiero odpoczynek dla oczu!

poniedziałek, 31 maja 2010

Jak posadzić drzewo?

Podobno prawdziwy mężczyzna musi w swoim życiu zrobić trzy rzeczy:

  • zbudować dom,
  • spłodzić syna,
  • posadzić drzewo.

W XXI wieku wszystko się nieco upraszcza, więc wystarczy córka, kredyt na mieszkanie i kupno bonsai. Niemniej są nadal zapaleńcy, którzy potrafią zasuwać na budowie własnego domu z taczkami pełnymi cegieł, szukają wszelkich możliwych sposobów na poczęcie chłopca i latają ze szpadlem po polu w jednej ręce, oraz pokręconą sadzonką w drugiej.

My, internety, wolimy sobie życie upraszczać.

Dzięki akcji “Moje silne drzewo” każdy z Was może posadzić drzewko nie ruszając się z domu. Wystarczy wejść na stronę www.mojesilnedrzewo.pl i dalej postępować zgodnie z zaleceniami. Wybieramy gatunek drzewa, jego lokalizację, podajemy swoje dane (można fikcyjne, wystarczy tylko imię) do wystawienia certyfikatu – i voila! Nasze drzewo zasadzą fachowcy, a my będziemy mogli kiedyś pojechać i popatrzeć na nie.

Ja już posadziłem, oto certyfikat:

Akcja jest wspólnym przedsięwzięciem firmy Żywiec Zdrój S.A., Fundacji Nasza Ziemia i Regionalną Dyrekcją Lasów Państwowych. Drzewa sadzone będą w Beskidach, a łącznie ma być ich milion. Na dodatek mam nieodparte wrażenie, że jest to akcja cykliczna, więc nawet, jeśli ów milion już został posadzony, to pewnie wkrótce będzie można sadzić kolejne.

W ten oto sposób znowu jesteśmy o jedno kliknięcie od zrobienia czegoś pożytecznego. Klik – i jest drzewo. Klik – i karmimy dzieci. Klik – i dajemy chleb biednym. Klik – i budujemy domy bezdomnym. Mamy wrażenie, że nie siedzimy bezsensownie w sieci, świat się cieszy – wszyscy wygrywają.

Może kiedyś powstanie serwis, gdzie wystarczy klik – i rozbrajamy jedną minę. Albo klik – i odbieramy karabin jednemu dziecku.

Aha – posadziłem oczywiście modrzew.

Koordynaty, gdyby ktoś chciał odwiedzić moje drzewko, to 49°33'48"N, 19°10'6"E. Tylko żadnych wycinanych serduszek na korze proszę!

wtorek, 25 maja 2010

Jestem na pTAK!

Chciałbym móc zacząć tę notkę słowami reklamy “pamiętam bardzo dobrze, kiedy dostałem…” – ale nie pamiętam. Nie pamiętam, czy miałem lat kilka, czy kilkanaście, gdy dostałem od mojego Wujka ilustrowany atlas “Ptaki Europy”. W tej niewielkiej rozmiarami książce znajdowały się kolorowe rysunki wraz z opisami wielu gatunków (niewykluczone, że faktycznie wszystkich) ptaków europejskich.

To było to – nauczyłem się zauważać ptaki, starałem się nauczyć je rozróżniać, interesować ich życiem. A był to mniej więcej okres, gdy do miasta zaczęły napływać ptaki wcześniej w nim nieznane. We Wrzeszczu pierwsze gniazda zaczęły wić sroki (tak – moi Czytelnicy z Trójmiasta mogą przecierać oczy ze zdziwienia, ale kiedyś sroka w mieście nie była widoczna na każdym kroku), potem pojawiły się kawki, zniknęły gdzieś wróbelki (które teraz powoli powracają), wesoło ćwierkały sikorki. A nad wszystkimi tymi stworzeniami unosiły się stada gołębi (zwłaszcza jedno, z pobliskiego gołębnika) oraz rozwrzeszczanych mew.

Jakiś czas temu, idąc rano do pracy, na przystanku autobusowym zauważyłem plakat, który przykuł moją uwagę. Młoda kobieta, siedząca w kucki na poręczy fotela, bawiła się perłami – a podpis obok głosił “Sroka też człowiek”.

Tu mnie mieli, bo krukowate wprost uwielbiam.

Plakat reklamował Ogólnopolską Kampanię Wiedzy i Edukacji Przyrodniczej “pTAK!” – szalenie ciekawą inicjatywę, mającą zwrócić uwagę nas wszystkich na świat obok nas, na świat ptaków. Owszem, pewnie większość z nas ma świadomość istnienia ptaków, takich właśnie jak gołębie (zwłaszcza, gdy zaparkujemy nie pod tym gzymsem co trzeba) albo mew (gdy tak tupią i tupią…człowieku, jak one tupią!), ale czy zdajemy sobie sprawę, że ptaki też mają swoje życie – wypełnione pracą, przeciwnościami dnia codziennego, ale także namiętnościami i pasją?

W akcji będzie mowa o problemach ptaków, które – nie ma co ukrywać – najczęściej mają swój początek w nas, ludziach. Ale skoro my początkujemy te problemy, równie dobrze możemy znaleźć ich rozwiązanie. Dzięki kampanii “pTAK!” ludziom takim, jak my, zostanie przekazana rzetelna wiedza, także poprzez zabawę. Nie ma co ukrywać, że celem nadrzędnym jest obudzenie świadomości ekologicznej w ludziach, którzy zdają się nie dostrzegać, jak wiele wspólnego mamy z ptakami… A poznając ptaki, z ich problemami i radościami, będziemy mogli dowiedzieć się, jak dbać o całą otaczającą nas przyrodę, a nie tylko jej skrzydlatą część.

Tak więc zachęcam Was wszystkich do zajrzenia na stronę kampanii i głośne powiedzenie “Jestem na pTAK!” – ja tylko czekam, aż dostępne będą bannery, żeby umieścić je w swoim blogu w polecanych akcjach. Zwracam Waszą uwagę na Klub Ptaków Polskich, a więc pomysł zrzeszenia wszystkich tych, którzy mają nazwisko pochodzące od jakiegoś ptaka (choć nie tylko ich, spokojnie – przyjęty zostanie każdy ptasi przyjaciel…) – a we wrześniu będzie możliwość uczestniczenia w Zlocie Ptaków Polskich.

A jak najszybciej pokazać, że jesteśmy na pTAK?

  • Zaglądając na stronę www.jestemnaptak.pl i poznając cele kampanii.
  • Dowiadując się jak najwięcej o ptakach (z sieci, od znajomych).
  • Zmieniając swój ogród w Ogród na pTAK! – czyli miejsce przyjazne przyrodzie.
  • A następnie robiąc wszystkie inne małe kroki, poprawiające nasze współżycie z przyrodą:)

To jak – jesteście na pTAK?

wtorek, 27 kwietnia 2010

Photoday 10

Co tu dużo mówić – w końcu plener fotograficzny to nie jest coś, o czym się mówi. To jest coś, co się pokazuje, prawda? Niemniej pozwolę sobie na kilka słów…

Na dziesiątą edycję Photoday – imprezy organizowanej przez MM Trójmiasto – dostałem się w sposób nietypowy. Redakcja wysłała mi mailowe zaproszenie, w którym dawała mi możliwość wzięcia udziału w plenerze bez konieczności rejestracji. Jest to taka forma wyróżnienia dla zasłużonych współpracowników portalu oraz – że tak nieskromnie podkreślę – wpływowych blogerów (to fragment dla Ciebie, Veronica). Skoro ktoś docenia człowieka, niegrzecznością byłoby z takiego honoru nie skorzystać. Wyposażony w pożyczony aparat, prosto z pracy, stawiłem się pod halą widowiskowo – sportową na granicy Gdańska i Sopotu.

I zacząłem robić zdjęcia…

Zachęcam do śledzenia zdjęć innych uczestników tego wydarzenia – podejrzewam, że jak zwykle powstanie całkiem ładna galeria.

Z tego miejsca chciałbym podziękować serdecznie MM Trójmiasto za możliwość uczestniczenia w Photoday’u bez stresu przy rejestracji i postaram się w przyszłości nadal tak pracować, aby zasłużyć na kolejne oferty z Waszej strony:)

środa, 21 kwietnia 2010

Nowy mieszkaniec w domu

Wpis osobisty, ale w końcu to blog osobisty…

Od jakiegoś czasu mieszka z nami pewne maleństwo. Od przeszło miesiąca mamy w domu pewien drobiazg, który trzeba karmić, poić – o który trzeba, mówiąc w skrócie, dbać. W połowie marca wróciliśmy do domu, przynosząc ze sobą małą, bezbronną istotkę.

Nie ma co ukrywać – od miesiąca w naszym domu słychać tupot małych nóżek…

I szelest granulatu. Panie i Panowie, oto Chrupka Svensson.

 

Dlaczego Chrupka? To dobre imię dla świnki morskiej, zwłaszcza takiej, która je wszystko. Łącznie ze swoim domkiem. Ktoś, kto zna dźwięk małych ząbków skrobiących po drewnie (albo suchej bułce – to dopiero odlot!), ten zgodzi się ze mną, że Chrupka jest znakomitym imieniem. Tu pewna uwaga – imię Chrupka wymyśliliśmy dość dawno temu i pierwotnie miało ono przypaść wiewiórce. Ale że o udomowioną wiewiórkę trudno, a imię nie mogło się zmarnować…sami rozumiecie.

Skąd Svensson? Przede wszystkim dzięki skeczowi pewnego polskiego kabaretu (akurat nie mogę znaleźć na YouTube) – historyjka opowiadała o wiosce Wikingów, gdzie każdy miał na nazwisko Svensson właśnie. A czemu nasza świnka dostała nazwisko w stylu skandynawskich wojowników? Bo sądziliśmy, że to ukształtuje jej charakter, że będzie odważna i waleczna. Cóż, nazwisko sobie, życie sobie – okazało się, że postąpiliśmy tak, jak ci rodzice, którzy mają na nazwisko Kapuściewicz, ale swojej córce z wpadki dają na imię Wanessa albo Andźelika. A synka nazywają Kewin. Chrupka z odwagą ma tyle wspólnego, co z pływaniem drakkarem po morzu i łupieniem angielskich opactw, więc zastanawiam się nad jakimś bardziej adekwatnym nazwiskiem. Może francuskim?

Nie patrząc jednak na jej ciągłe podskoki i zrywy w kierunku domku (wystarczy, że w sąsiednim pokoju skrzypnie krzesło) jedno trzeba przyznać. Jest to bardzo pocieszne zwierzątko. I – tu wyznanie – jest to mój pierwszy zwierzak w życiu. Więc poznaję smak odpowiedzialności.

Sądzę, że w krótkim czasie pani Svensson zostanie gwiazdą sieci, więc przed Wami – premiera. Pierwszy filmik z Chrupką, który pojawił się na YouTube.

Umiejętność wskakiwania na dach domku nie jest przejawem zwinności, ale niebywałego wręcz tchórzostwa. Ale co robić? Dodatkowo film ten pokazuj jedną z głównych cech Chrupki – siankoholizm. Planujemy dla niej jakiś mały odwyk…

PS: wszystkich tych, którzy po pierwszych zdaniach spodziewali się notki o niemowlaku, muszę przywołać do porządku. Gdyby zaszła taka sytuacja, z pewnością poinformowałbym o niej w nieco bardziej kreatywny sposób. Moim ideałem jest tekst z pewnego anglojęzycznego bloga o Excelu, gdzie autor poinformował o ciąży swojej partnerki słowami “stworzyliśmy nową komórkę” (“We’ve created a new cell”). Genialne:)

wtorek, 9 marca 2010

Okno na podwórze

Nie, nie będę pisał o klasyce filmowej mistrza Alfreda. Zresztą i tak wolę “Psychozę” i “Ptaki”. Ale rozważania na temat “dlaczego Norman Bates jest fajnym człowiekiem” zostawmy może na inną notkę.

Dziś będzie jak najbardziej dosłownie. A dodatkowo mam zamiar zmusić Was nieco do myślenia. I odrobiny refleksji.

Pamiętam, jak jeszcze dziecięciem będąc, przeglądałem stary podręcznik do PO dla szkół licealnych. Podręcznik z czasów poprzedniego reżimu, a więc było tam dużo o Układzie Warszawskim, interesach imperialistów w destabilizowaniu państw rozwijających się – oraz ogólnie o tym, że socjalizm równa się pokój (ale bez konkluzji, że kapitalizm równa się dwa pokoje z kuchnią).

Podręcznik ten, oprócz wielu przydatnych informacji dotyczących przeżycia wybuchu atomowego (a nawet zwykłego granatu – do dziś pamiętam, że po usłyszeniu okrzyku “granat” należy wykonać pad i zalegnąć), miał też części poświęcone konkretnej walce. O, przepraszam – obronie. Oczywiście w podręcznikach dla licealistów nikt słowem nie wspominał o planach polskiego blitzkriegu na Danię

Ale do rzeczy, bo te wspominkowe dygresje jeszcze mi rozłożą całą notkę.

Z elementów praktycznej obrony była np. budowa granatów (różnych, to pamiętam), kbks-u oraz prowadzenie obserwacji. Na dość prostym rysunku pokazane było, jak daleko powinien sięgać wzrok porządnego obrońcy – oraz co z tej odległości powinien móc rozpoznać. Nie pamiętam, czy tabelka dotyczyła oka nieuzbrojonego, czy też może uzbrojonego w lornetkę, nie pamiętam też, czy słupy telegraficzne widać z odległości kilku kilometrów, czy też kilkuset metrów. To, co utkwiło mi w pamięci, to odległość 100 metrów – oraz możliwość rozpoznania większych szczegółów ubioru czy rysów twarzy.

Do dziś jest to dla mnie niemałym szokiem, ale jako krótkowidz miałbym problemy z rysami twarzy z kilkunastu metrów, a co dopiero mówić o stu metrach. Niemniej – podręcznik tak twierdził, z mądrą książką polemizować nie zamierzam.

Z czasem odkrywałem, że faktycznie – jestem w stanie dostrzec sporo. A to ptaki, szybujące wysoko, a to poszczególne smugi kondensacyjne, wytwarzane przez każdy z silników przelatującego nad Gdańskiem samolotu pasażerskiego, a to Hel, stojąc na plaży w Gdańsku – i tak dalej, i tak dalej.

Zdziwiłem się jednak niedawno, gdy uświadomiłem sobie, że z okien mieszkania widzę Kościół Mariacki w Gdańsku. A mieszkam na Przymorzu. Wiedziałem, że widzę Zieleniak, hotel Hevelius czy Organikę – ale żeby aż Kościół Mariacki? Krótka sonda (w domu i na Blipie) pokazała, że taka informacja może być zaskoczeniem nawet dla tych, którzy mieszkają tam o wiele dłużej.

Ostatnio więc urządziliśmy sobie małe zgadywanie – i staraliśmy się dostrzec jak najwięcej. Tak więc widzimy jeszcze jakiś kościół w Gdańsku (nie mam pojęcia jaki), dźwigi stoczni, kominy elektrociepłowni, minaret meczetu i dach kościoła św. Stanisława Kostki, bibliotekę uniwersytecką, przejeżdżające kolejki… Całkiem sporo, jak na jedno okno. I to bez lornetki. Jeśli kiedyś kupię sobie jakąś (a kupię…), to dopiero się zdziwię!

Ale, tak jak mówię, to widok tylko z jednego okna. Z jednej strony. Z drugiej strony, poza fragmentem morza, widok jest zdominowany przez najpopularniejszą bryłę architektoniczną tej dzielnicy. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, że mówię o falowcu, niech rzuci okiem na zdjęcie na początku artykułu (można kliknąć, powinno pojawić się w powiększeniu)

Drugie zdjęcie (z którego jestem dość dumny, bo ma ładne kolory bez żadnej obróbki) zostało zrobione z okna mojej poprzedniej pracy. To też był niesamowity widok i można było sporo zobaczyć. Stocznię, krzyż na Górze Gradowej…

Oba zdjęcia wkrótce wrzucę na Flickra.

I tu właśnie pytanie do Was, moi drodzy Czytelnicy. Czy potraficie teraz, bez zastanawiania się i podglądania, napisać, co widzicie z okna? W domu, pracy, na uczelni – nieistotne. A potem rzućcie okiem i sprawdźcie, czy mieliście rację. Oraz o czym zapomnieliście…

Swój widok opiszcie w komentarzach, albo na swoich blogach.

EDIT: napisałem to już niżej w komentarzu, ale piszę jeszcze tutaj. To nie chodzi o wymienienie tego, co akurat widzimy. Chciałbym, abyśmy się zastanowili nad tym, czy zwracamy uwagę na to, co mamy za oknem. Czy też po prostu patrzymy przez nie, aby wiedzieć, jaka jest pogoda… Jeżeli patrzymy przez okno tak dla relaksu, odprężenia, to z pewnością potrafimy od ręki wymienić każde drzewo, które widzimy. I to dobrze. Gorzej, jeśli nie wiemy, co jest za oknem – może to świadczyć o braku czasu dla siebie. A to nigdy nie jest dobre.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Zimowy spacer

Korzystając z pięknej, zimowej pogody, wybrałem się na spacer… No dobrze, musiałem kilka spraw załatwić:)

Oczywiście bez aparatu staram się nie ruszać, dzięki czemu mogę Wam zdać fotorelację z tego, jak pięknie w Gdańsku jest zimą – oraz na jakie cuda można się natknąć.

Zacznijmy od tego, że nie wszyscy uważają, że zwisające sople są zagrożeniem. Oczywiście teraz, gdy jest nieco cieplej – sople się topią, kapią ludziom na głowy – i mogą się w każdej chwili ułamać.

 

Ale i tak wyglądają malowniczo

Pomimo niewielkiego ocieplenia, połączonego z roztapianiem się śniegu, widać jeszcze w wielu miejscach niesamowite konstrukcje, jakie utworzył mróz.

 

Kra i nawisy śnieżne nad Strzyżą

A potem wyszło trochę promieni słonecznych i zrobiło się jasno, pogodnie. Jakoś tak radośniej – pomimo dość ciemnego nieba.

 

Wrzeszcz Dolny zimą

Potem zaś wyruszyłem na Przymorze, popatrzyłem sobie na bicie rekordu w grze na pianinie (nawet nakręciłem film, ale muszę go pociąć, bo blisko piętnastominutowe wykonanie “Yesterday” waży nieco za dużo dla YouTube), a potem ruszyłem dalej. Niedaleko kościoła, o którym już sporo pisałem, znalazłem… coś takiego:

Wygląda jak rzeźba

Zaciekawiony tą nietypową “instalacją” (wcześniej jej nie widziałem) podszedłem nieco bliżej i okazało się, że jest to rzeźba wykonana w całości z chrupek kukurydzianych!

Tego się nie spodziewaliście

No, może nie w całości – widać, że do konstrukcji użyto różnych wyszukanych technik. Na przykład wypełnienie zrobiono z papieru…

…a szkielet ręki z drucików…

Szczegóły pracy artysty

Niemniej całość jest pokryta chrupkami. No i nieco przysypana śniegiem. Niektóre z nich się już lekko rozpuszczają, ale rzeźba stoi. Abyście mieli pełen obraz pracy włożonej przez nieznanego mi artystę w to dzieło muszę dodać, że rzeźba jest naturalnej wielkości. Człowiek z chrupek jest nieco niższy ode mnie, ale stoi pochylony, więc może mieć około 170 – 180 cm wzrostu.

Uwielbiam takie pozytywnie zakręcone prace i mam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej o tej rzeźbie i jej twórcy. A wtedy z pewnością dam Wam znać.

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com