Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relaks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relaks. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 października 2010

52 książki – 9 miesięcy

Brnąc dalej w zaszczytnej akcji podnoszenia średniej przeczytanych książek, warto rzucić okiem, co też ciekawego urodziło się po 9 miesiącach. Tempo całkiem niezłe, choć wszelkie spowolnienia tłumaczę zmianą stanu cywilnego. Tak, tak – nie jestem już najlepszą partią nad Wisłą, ożeniłem się, a to przełożyło się na spadek czytelnictwa. W końcu ślub i wesele to masa spraw do organizacji. Kto nie wierzy, niech sam spróbuje:) No a druga połowa września to podróż poślubna – i jakoś na czytanie nie było czasu… Zresztą na pisanie bloga, jak widać, również.

Ale dzięki mojemu ożenkowi wreszcie pojawiło się w temacie książkowym zdjęcie z książką! Dociekliwym tłumaczę – to traktat “O wojnie” von Clausewitza. Wybrany wyłącznie ze względu na szerokie marginesy. Pozycja na liście “do przeczytania”, swoją drogą – tymczasem leży sobie na półce z innymi książkami dla biznesu.

Zanim jednak przedstawię tradycyjną listę – wyznanie. W tym kwartale po raz pierwszy zacząłem czytać książkę i jej nie skończyłem. Ba, odrzuciła mnie ona od książek papierowych (tak, jak kiedyś “Pokaż, na co cię stać” zabiło we mnie miłość do audiobooków). Tą pozycją był “Wędrujący świat” Kołodki. Do dziś nie rozumiem, dlaczego zacząłem to czytać. W skrócie – narcyzm, prywata i niesamowicie trudny język (to o książce, nie o moich powodach). A przebrnąłem ledwo przez szesnaście stron. Odradzam gorąco, kupić tylko wtedy, jeśli ktoś ma w komodzie jedną nóżkę krótszą. I to znacznie krótszą, bo “Świat” jest sporą cegłą. Przypominam przy okazji żart, że stopnie miłości do siebie określamy następująco: normalny, narcystyczny, bufonada, Kołodko.

Ale nie ma sensu przeciągać w nieskończoność, skoro i tak pragniecie jedynie dowiedzieć się, z czym przyszło mi się zmagać w tym kwartale. I czy warto było?

  • D. Glukhowsky “Metro 2033”

Pierwsza z apokaliptycznych książek w tym kwartale. Gruba cegła, mocno wciągająca, rysująca bardzo spójny świat. A co to jest za świat? Tradycyjnie, jak to w tego typu produkcjach – mamy świat po wojnie atomowej. A właściwie – po zagładzie. Całkowitej. Na powierzchni nie pozostał już nikt. Piszę na powierzchni, ponieważ powieść dotyczy grupki kilkunastu tysięcy moskwiczan, którym w chwili ataku udało się zbiec do metra. Przypadkiem chwycili nieco trzody i drobiu, jakiś podstawowy sprzęt, broń… a to, czego zabrakło, zrobili sami. Lub przynoszą im stalkerzy – zawodowcy, odpowiednio wyposażeni na wyprawy na powierzchnię. Nie tylko w stroje ochronne, ale i w broń. Dużo broni. Bo na powierzchni czają się potwory. Zresztą na stacjach też nie jest lepiej – frakcje, wojny, wielka polityka, faszyści, komuniści, fanatycy religijni. Do wyboru, do koloru. A z okolic zapomnianej stacji zaczynają jeszcze przybywać “czarni” – zmutowane stwory, żądne krwi… A to dopiero początek. Warto dotrwać do zakończenia, bo ma w sobie to coś. Czy przeczytać? Bez wahania, nawet, jeśli do powieści tego typu podchodzimy łukiem.

  • R. Allen, M. Hansen “Jednominutowy milioner”

Książka będąca podobno biblią tych, którzy chcą się szybko wzbogacić. Polecana przez Cebulskiego w jego książce “Efekt motyla” (przeczytanej w poprzednim kwartale). Kompletny opis narzędzi niezbędnych do stania się milionerem. A konkretnie – światłym milionerem. Ci z Was, którym zapaliła się ostrzegawcza lampka na hasło “światły”, mogą ją zgasić. Żadnego werbunku do sekty nie stwierdzono. Ale wszelkiej maści pozytywne wizualizacje są tu na porządku dziennym. Podstawowe pytanie brzmi – czy minuta wystarczy, aby stać się milionerem? Autorzy odpowiadają dość wcześnie, nie trzymając nas w niepewności. Oczywiście, że wystarczy. Musimy mieć tylko bardzo wiele minut. A mówiąc serio: książka zasadza się na dwóch pytaniach. Pierwsze brzmi – czy umiałbyś zdobyć milion dolarów w miesiąc, kwartał albo rok? Tu zapewne większość odpowie sobie uczciwie, że nie. W tym momencie pada drugie pytanie – a gdyby od tego zależało życie Twoich najbliższych? Podchwytliwe, ale skuteczne. Książka dodatkowo jest ciekawie skomponowana – strony parzyste to poradnik z krwi i kości, a nieparzyste – opowieść o kobiecie, która miała tylko 90 dni na zdobycie miliona. Inaczej musiałaby na zawsze pożegnać się ze swoimi dziećmi. Jeśli lubisz książki motywacyjne – rzuć okiem.

  • M. Kozak “Renegat”

Ciąg dalszy przygód Vespera, bohatera książki “Nocarz” (również przeczytanej w poprzednim kwartale). Po tytule można się domyślić, co się stało. Tym razem sympatycznemu wampirowi z legitymacją ABW przyjdzie być “tym złym” (dajcie spokój, żaden “spoiler alert”, to było bardziej niż oczywiste). Mamy więc cały wachlarz duchowych rozterek – czy robię słusznie, co zrobić, jak zrobić, komu służyć, czemu być wiernym i tak w kółko. Plus tradycyjnie jedna scena seksu opisana ze szczegółami. Tym razem rozdziały układają się w dość spójny serial, a nie oderwane epizody, więc i lektura przykuwa skuteczniej. No i to zakończenie… Tak, można się domyślić, ale i tak chcę przeczytać ostatnią część, zatytułowaną “Nikt” (cóż za przewrotny tytuł). Książka jest znakomitym wypełniaczem podróży, nic więcej. Jeśli podobał Ci się “Nocarz”, to w klimatach z “Renegata” poczujesz się jak u siebie w domu.

  • A. Christie “Morderstwo w Orient Expresie”

Królowa kryminału znowu w moich rękach. Klasyczna sytuacja – zamknięta przestrzeń (tym razem luksusowe wagony pewnego kultowego pociągu, uwięzione w zamieci śnieżnej), trup, zagadka, coraz większy krąg podejrzanych, coraz mniej czasu. I na tym wszystkim, niczym wisienka na torcie, jeden wkurzający Belg, w randze detektywa. Hercules Poirot, bo o nim mowa, ma zwyczaj zjawiania się tam, gdzie akurat jest potrzebny. Albo – patrząc inaczej – ludzie z jego otoczenia mają brzydki zwyczaj umierać. I to niekoniecznie w naturalny sposób. Na szczęście błyskotliwy umysł detektywa poradzi sobie z każdą zbrodnią. Polecać chyba nie muszę, bo to książka równie specyficzna, jak wszystkie kryminały. Zwłaszcza te klasyczne. A ja jeden z elementów powieści zrozumiałem dopiero po przejażdżce nocnym pociągiem podczas podróży poślubnej (sypialne wagony w Polsce nie mają przejść między przedziałami).

  • M. Kozak “Fiolet”

Pani Kozak znowu pojawia się na liście, ale tym razem bez wampirów. Za to z kosmiczną inwazją. Tak wiec mamy kolejną książkową apokalipsę. Na naszej spokojnej planecie zupełnie nagle zaczynają wyrastać Fiołki. Wielkie rośliny (nie zgadniecie, jakiego koloru…), emitujące najprawdziwszy cyjanek. Draństwo upodobało sobie centra wielkich miast, wyrasta podstępnie, atakuje szybko i zabija wszystkich w pewnym promieniu. Gdy świat orientuje się, że fioletowe zło przybyło do nas z gwiazd, a “nasionka” regularnie wchodzą w naszą atmosferę, zaczyna się kombinowanie. Zarodniki można zniszczyć – ale tylko w powietrzu, zanim dotkną gruntu. Dlatego na całym świecie tworzone są jednostki spadochroniarzy, którzy mają jedno zadanie – podlecieć do namierzonego przez radary zarodnika i wytruć wszystko, co może zagrażać ludziom na dole. Nierzadko misje takie są samobójcze, bo truciznę do nasionka udaje się tłoczyć zbyt późno. Kiedy w centrum Warszawy wyrasta Fiołek, życie w stolicy zmienia się nie do poznania. W ścisłym centrum jest strefa śmierci. Na niebie królują spadochroniarze, przechwytujący zarodniki. A do tego mafia, służby, polityka – czyli polska rzeczywistość w sosie apokaliptycznym. Polecam, bo dość szybko się czyta i choć postacie są dość płaskie, to historia ma w sobie “to coś”.

  • A, Ziemiański “Wojny urojone”

Apokalipsa inaczej. Na orbitę ziemską wraca po długiej podróży wielki statek kosmiczny, właściwie – dwa statki. Na ich pokładach: kilka tysięcy mężczyzn. I jeden problem – ze starej planety nie docierają żadne oznaki ludzkiej bytności. A w każdym razie w takim jej stadium rozwoju, jakiej można się było spodziewać. Ludzie na planecie żyją w dziwnych miastach, z technologią jakby żywcem wyjętą ze średniowiecza. Kosmiczni podróżnicy postanawiają wyjaśnić zagadkę – główny bohater, wraz z kolegą, zostają wysłani przez dowódcę do zbadania sprawy. Z każdym kolejnym krokiem będą brnąć w nierealny świat. A my wraz z nimi. “Wojny urojone” to bardzo dobra książka, nie jest tak naiwna jak “Dziennik czasu plagi”, choć bazuje na tych samych ogranych schematach. Pomysł na scenariusz filmu – praktycznie gotowy. Bohaterowie – dokładnie tacy, jacy być powinni. Lektura lekka, łatwa i przyjemna, choć można dopatrzeć się drugiego dna. Oraz kilku niezłych tekstów. Zdecydowanie warto.

  • A. MacLean “Stacja arktyczna “Zebra””

Powieści sensacyjne MacLeana mają swój urok. I nie mówię tu tylko o tych, które dzieją się podczas ostatniej wojny światowej. “Zebra” to historia z czasów Zimnej Wojny – więc przy czytaniu ma się świadomość, że dziś pewne sprawy załatwia się inaczej. Niemniej opowieść wciąga – i tak być powinno. Do samego końca kombinowałem, kto jest tym złym, a kto jest tym dobrym. A do tego otrzymujemy niesamowicie realistyczny opis niegościnnej, lodowej pustyni. Jeśli tam faktycznie tak wygląda, to za wycieczkę w okolice Bieguna Północnego chyba podziękuję. Kronikarsko o fabule – stacja meteorologiczna na gigantycznej, dryfującej krze lodowej, w wyniku pożaru traci łączność ze światem. Dzielna marynarka spod znaku gwiazd i pasków wysyła dzielnych marynarzy na dzielnej łodzi podwodnej o napędzie atomowym, aby uratować polarników. Ale nie wszystko idzie gładko, co prowadzi do wniosków, że może ktoś, gdzieś, jakoś – maczał w tej całej sprawie brudne paluchy. Pomimo arktycznego wiatru, wiejącego ze stron książki, gorąco polecam.

  • J. Clarkson “Świat wg Clarksona 3”

Zbiór felietonów autorstwa najbardziej rozpoznawalnego dziennikarza motoryzacyjnego z Wielkiej Brytanii. Choć felietony napisano kilka lat temu, dotykają dość uniwersalnych tematów, jak relacje międzyludzkie, polityka na Wyspach czy ekologia. Znając styl Clarksona nietrudno się domyślić, że będzie miał zdanie odmienne niż politycznie poprawna większość. Płetwale błękitne? Można je wybić. Ekolodzy? Zacznijmy do nich strzelać. Dzieci? Demony z piekła rodem. I tak w kółko. Barwne metafory, przewrotne logika i wyrazisty autor – to się może podobać. Warto poznać, nawet jako “sztukę dla sztuki” – nie trzeba się zgadzać z Clarksonem, aby docenić jego kunszt felietonisty. I tylko felietonisty, bo pisarzem to on chyba nie jest. Krótka, treściwa i zabawna forma – oto jego powołanie.

Kusiło mnie, aby umieścić w tym zestawieniu jeszcze jedną, rewelacyjną książkę, którą skończyłem czytać po powrocie z podróży (czyli na początku października), a której we wrześniu najzwyczajniej nie zdążyłem doczytać (nie chciało mi się zabierać książki, gdzie zostało mi około 30 stron). Ale skoro ustaliłem sobie na początku twarde zasady, że opisuję wyłącznie książki, które skończyłem czytać w danym kwartale, to będę zasadniczy. Ową książką zacznę więc zestawienie za czwarty kwartał – opublikowane na początku stycznia. Wtedy też podsumujemy całą akcję i zobaczymy, co z niej wyszło. Trzymajcie kciuki, bo droga wciąż daleka, a czasu coraz mniej!

poniedziałek, 26 lipca 2010

Shrek Forever – and never again

Byłem, widziałem. Ponoć to ostatni film z tej serii. Narzeczona przezornie dodaje “w tym roku”, ale faktycznie – jeśli historia będzie dalej szła w tę stronę, to więcej się z zielonego ogra nie wyciśnie.

Pamiętacie, jakim szokiem był pierwszy “Shrek”? Kiedy poszliśmy do kina na bajkę, a trafiliśmy na ostrą parodię, przeznaczoną dla dorosłych? To była jazda! Te aluzje, odwołania, żarty z podwójnym dnem. No i rewelacyjna polska wersja językowa, ze Stuhrem kradnącym cały show. Świat zwariował na punkcie zielonego stwora i nie było w tym nic dziwnego. Potem przyszła dość dobra część druga i trzecia, też nie od macochy. Owszem, to już nie była ta świeżość, ale to nadal były świetne żarty, rozrywka dla młodych i starych – no i genialny dubbing.

Dziś możemy oglądać część czwartą. Shrek ma dość nudnego życia na łonie rodziny i z pewnym kurduplowatym czarnoksiężnikiem podpisuje pakt – jeden dzień z jego przeszłości w zamian za jeden dzień starego, dobrego życia ogra – odludka. Niewyrośnięty mag bierze dzień narodzin ogra, w związku z czym tworzy się pewien paradoks – Shrek nigdy się nie narodził, a więc gdy skończy się doba, nie będzie miał do czego wracać. Musi więc naprawić to co popsuł – najlepiej z pomocą sprawdzonych przyjaciół. Ale jak ich do siebie przekonać, skoro oni ni mogą znać kogoś, kto nie istnieje?

Całkiem niezły punkt wyjścia, prawda? Zwłaszcza dla antybajki, jaką były filmu o ogrze. Piszę “były”, bo to, co dostajemy tym razem to typowy, disnejowski lukier. Bohater w kłopotach, walka o swoje, wielka miłość i – no chyba nie spodziewacie się niczego innego – szczęśliwe zakończenie. Jakaś przewrotność? Zapomnijcie. Złamanie schematu? Nic z tego. Wysublimowane żarty z drugim dnem? Ani jednego. To może genialne tłumaczenie z nawiązaniami do polskich realiów? Cóż, najwyraźniej krajowa ekipa odpowiedzialna za czwartą część też stwierdziła “robimy cokolwiek, bo i tak tłumy przyjdą”.

OK, przesadzam, na upartego można się dopatrzyć jednego odwołania do polskich realiów. Ale słabego.

Trochę to smutne, że zamiast z wielkimi fajerwerkami i zaskakującym zakończeniem, przychodzi nam się żegnać (ale czy rzeczywiście pożegnać?) ze Shrekiem, Osłem, Fioną, Kotem, Ciastkiem i resztą ferajny w tak oklepany sposób. A mogło być tak pięknie.

Poniżej tradycyjnie – zwiastun.

Aha, gdybyście dali się skusić na wersję 3D – szału nie ma. Filmy trójwymiarowe najlepsze są na ekranach sferycznych. Ale tak to już chyba będzie, że większość filmów będzie w 3D, a kina pozostaną 2D.

piątek, 2 lipca 2010

Co robić w wakacje?

OK, wiem, że większość moich Czytelników nie ma wakacji, najwyżej urlop, niemniej mam nadzieję, że przesłanie jest jasne – latem nie wolno siedzieć w murach własnego domu! Należy wyjść, wyjechać – i zobaczyć coś, czego nie zobaczylibyśmy w domu, oglądając w telewizji naszych polityków.

Ale co takiego można zobaczyć? Dokąd pojechać? W co się bawić?

Te pytania mogłyby wisieć groźnie w powietrzu, na szczęście z odpowiedzią przychodzi Wasz ulubiony (jak mniemam) blog. Bazując na własnym, kilkuletnim doświadczeniu w odwiedzaniu pewnego rodzaju imprez, pokusiłem się o przegląd czterech niezłych (moim zdaniem) wydarzeń. Mam nadzieję, że lubicie rycerskie klimaty, bo szczęk oręża i faceci zakuci w blachy będą nam towarzyszyć do końca tej wbrew pozorom nie takiej długiej, za to pełnej zdjęć i filmów, notki. No, z jednym odstępstwem:)

Zaczynamy od klasyki, bitwy bitew i inscenizacji nad inscenizacjami, czyli na tapecie ląduje…

Grunwald

Sześćset lat temu połączone wojska polskie, litewskie i tatarskie wycięły w pień kwiat rycerstwa europejskiego, walczącego pod kierownictwem Krzyżaków. Historia znana, opisana i sfilmowana – a od wielu lat także dość widowiskowo odtwarzana. Widowiskowo – bo z zabawy w bitwę zrobiono faktyczne widowisko, oglądane przez kilkaset tysięcy widzów. W tym roku, z racji okrągłej rocznicy, ma paść rekord widzów.

Kto żyw – pędzi na Grunwald!

Co czeka nas na miejscu? Przemarsze dzielnych rycerzy, wioska rycerska, spory targ ze wszystkim, co można nabyć (od drewnianych mieczy i tarcz po baloniki). No i oczywiście samą bitwa – poczynając od dwóch nagich mieczy, poprzez spalenie stogu siana (wtedy na pole bitwy wkraczają strażacy), wszystkie ważniejsze fazy bitwy, aż do ostatecznego zwycięstwa, odniesionego przez…nie, nie będę psuć niespodzianki.

Widowiskowość ma jednak swoje wady. Pamiętacie, jak przyszliście kiedyś do kina za późno i zostały już tylko najgorsze miejsca? Tutaj jest tak samo – im później przyjdziemy, tym dalej od pola bitwy siedzimy. Plus tego jest taki, że nie trafi nas żadna zabłąkana strzała, niemniej nie wiem, o której należałoby się pojawić na miejscu, aby siedzieć w pierwszym rzędzie. Podejrzewam, że miejsca są rezerwowane w grudniu. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że bitwa dla nas będzie wyglądać tak:

 

Czy ten z krzywym nosem to Złamana Strzałą? Nie, to Ulryk von Jungingen” (Kabaret Potem)

Dodatkowo Grunwald nie jest otoczony siecią wielopasmowych autostrad, a te setki tysięcy widzów nie pielgrzymują na bitwę pieszo. Korki, korki, korki – i problem z parkowaniem: tak najkrócej można opisać podstawowe wrażenia poza bitwą.

Nie wiem, jak jest obecnie, ale kilka lat temu Grunwald – jak i inne miejsca, gdzie pokazywano zalety dawnego wojowania – to świetne miejsce do werbowania do armii. Wojsko Polskie miało swoje stoisko, gdzie przekonywali, że za mundurem panny sznurem, ale poza tym to zawód jak każdy inny. Wiadomo, że najlepiej przekonywać dzieci. A dzieci najbardziej lubią zabawki.

 

Więc są zabawki dla dużych chłopców

Malbork

Naturalną konsekwencją Grunwaldu jest ruszenie na Malbork. Wprawdzie to obleganie, które możemy oglądać, to nie jest to, które zgotował Jagiełło, ale nie bądźmy drobiazgowi. Najważniejsze, że znowu są rycerze, walka i – dodatkowo – wielki zamek.

Oraz ponownie masa ludzi. Na szczęście dojazd do Malborka możliwy jest pociągiem (jeśli ktoś lubi stać w tłoku), ale zasada oglądania jest taka sama. Przychodzisz późno – patrzysz z daleka. Zza fosy, konkretnie. Niemniej przyznaję bez bicia, że o oblężeniu wypowiadać się nie powinienem, bo gdy byliśmy w Malborku, zaczęło lać. Potem przestało, ale potem lunęło znowu. Stwierdziliśmy, że oblężenie nie jest tego warte i wróciliśmy do Gdańska.

Ale mogę opowiadać o tym, co działo się przed oblężeniem. A działo się…to, co pod Grunwaldem. Te same odpustowe kramy z gumami do żucia i aluminiowymi hełmami.  Całość zaczyna się od wielkiego przemarszu wszystkich wojsk ulicami miasta.

Król też maszeruje – ino konno

Następnie rozpoczynają się przygotowania – można w tym czasie pozwiedzać, popatrzeć, zjeść coś dość dobrego i kupić coś rycerskiego. Kramiki wciśnięte między mury zamkowe sprawiają bardzo przyjemne wrażenie, więc snuć się między kupcami można długo. Gdy my byliśmy pod zamkiem, można było też trafić na wykłady i prezentacje, zorganizowane przez Discovery TVN Historia (tak się chyba ten kanał nazywa).

Kolejną wielką atrakcją było… OK, zabawmy się w skojarzenia. Zamek. Smok. To może nie była najdłuższa zabawa, ale skoro już temat wypłynął, to muszę napisać, że koło zamku było stoisko pewnej duńskiej firmy, produkującej klocki. I tamże, oprócz prezentacji takich rzeczy jak małe boisko do kosza z Lego czy małe boisko do piłki nożnej (jeszcze bez wuwuzeli), stał klockowy smok.

 

Zbudowany wspólnymi siłami przez dzieci

Smok był fajny. Wprawdzie może bardziej na miejscu byłby zakonnik albo przynajmniej armata, ale od biedy smok też pasował. No i wyglądał imponująco. Aby jednak nie rozwodzić się zbytnio nad pobocznymi tematami, powiem tylko, że przed oblężeniem można było też obejrzeć konne pojedynki rycerzy.

Niestety, grunt rozmokły po deszcze stwarzał ryzyko poślizgu konia, więc pojedynki zawieszono. Być może planowano też jakieś inne atrakcje, ale duża ilość wody w powietrzu sprawiła, że trzeba było z nich zrezygnować. A szkoda. No i żałuję, że nie dane mi było doczekać do oblężenia, bo następny przykład pokazuje, jak można zrobić fajną inscenizację w murach zamku – i to mając zdecydowanie mniejszy obiekt.

Gniew

W Gniewie świeciło słońce, więc nic nie trzeba było odwoływać. I bardzo dobrze, bo tylu atrakcji upakowanych na tak małej przestrzeni nie spodziewałem się ani przez chwilę. Gniew nie dorobił się jeszcze swoich kramów odpustowych, więc możliwości wydania ostatnich pieniędzy na ukochane maleństwo (“mama, ja chcę kuszę!”) są zdecydowanie mniejsze. Sam zamek też nie jest tak rozbudowany jak ten w Malborku. A sam Gniew to małe, ciche miasto.

 

Z takim czymś przy Rynku

Natomiast wydarzenie pod nazwą “Bitwa dwóch Wazów” to wielkie przedstawienie, zrealizowane z niesamowitym rozmachem. Wszystko zaczyna się od prezentacji poszczególnych oddziałów tuż pod zamkiem. Można więc popatrzeć na wojaków, wprawiających się w sztuce władania szablą czy też naszych braci Czechów, jak walą z muszkietów prosto w zachwycony tłum.

 

Myślicie, że to tak pięknie wygląda? I macie rację, to jest piękne – tylko uwaga na bębenki uszne!

Obserwować prezentację można z murów zamku, można z przygotowanych trybun, a można się też pokręcić dokoła wojsk. Tłumów na szczęście nie ma (duży plus), więc wszędzie można podejść, wszystko zobaczyć z bliska i zawsze jest szansa, że zobaczymy coś więcej, niż plecy grubego łysola przed nami.

Po prezentacjach, w godzinach popołudniowych, trafiamy na inscenizację rozmowy polskiego króla ze swoimi dowódcami – rozmowa ta będzie mieć bezpośrednie przełożenie nie tylko na wielką bitwę następnego dnia, ale i na wieczorne oblężenie. Bowiem gdy zapadnie zmrok, wszystkie oddziały przystąpią do inscenizowania szturmu na gród. Na zamkowym podwórzu stoi kawałek palisady, chata drewniana i jest dość miejsca, aby dać widzom choć namiastkę nocnego oblegania.

A czym byłoby nocne obleganie bez puszczenia chaty z dymem?

Przyznaję, że tak widowiskowej bitwy, choć zrealizowanej z dużo mniejszym rozmachem niż ta pod Grunwaldem, nie widziałem. Zewsząd słychać wystrzały, szczęk szabel i groźne okrzyki. Pięknie to wygląda – no i strażacy nie pchają się natychmiast między rycerzy, aby ugasić chatę. Pozwalają jej spokojnie płonąć, dzięki czemu starcia mają piękne tło.

Następnego dnia na błoniach koło zamku odbywa się wielka bitwa. Dużym plusem jest to, że można podejść bardzo, bardzo blisko (brak tłumów daje znać o sobie), można też obserwować całość z oddalenia, z zamkowego wzgórza. Tu znowu czekają nas wystrzały, przemarsze wojsk, natchniony narrator i widomy wynik. Niemniej Gniew ma coś, czego Grunwald siłą rzeczy mieć nie może. W Gniewie pojawia się najgroźniejsza, najbardziej chwalebna i najpiękniejsza formacja w dziejach polskiego oręża.

 

Hell yeah!

Okazuje się, że po szalenie romantycznych czasach średniowiecza, gdzie mieliśmy szlachetnych rycerzy na swych zakutych w zbroje rumakach, pojawiła się formacja, która budzi dumę i zachwyt po dziś dzień. Co z tego, że nie mają legendarnych skrzydeł? Gdy tak stałem naprzeciw nich, gdy widziałem, jak ruszają do ataku – to zrozumiałem, że wieki temu każdy, kto miał do czynienia z husarią mógł zrobić tylko jedno. Umrzeć.

Wolin

Kompletna zmiana klimatu. To już nie rycerze, nie konnica. To Festiwal Słowian i Wikingów.

“Prison break” jest dla dziewczyn

Przez trzy dni na wyspie pośrodku Zalewu Szczecińskiego w Skansenie Słowian i Wikingów możemy pooddychać atmosferą wioski skandynawskich wojowników. I nie mówię tu tylko o walce, ale o zwykłym codziennym życiu. Nie tylko skosztujemy tradycyjnych potraw, ale też zobaczymy, jak są przygotowywane. Przyjrzymy się, jak tworzono sprzęt codziennego i jak go używano. Wszystkiego można dotknąć, o wszystkim porozmawiać z wojami z całej Europy. To są ludzie, którzy żyją tamtą epoką.

Ze wszystkimi tego konsekwencjami

Jest też możliwość posłuchania średniowiecznej muzyki – i muszę przyznać, że jest ona dość skoczna. Pewnie dałoby radę zatańczyć kilka kroków do tych przebojów.

A jeśli ktoś gra na dudach, to nie może być złym człowiekiem

Ale przede wszystkim widać to, co było sensem życia wikinga. Walkę. Na każdym kroku widać uzbrojonych mężczyzn, którzy albo się biją, albo będą się bili. Bo dla prawdziwego wikinga walka jest czasem przeszłym dopiero po śmierci. Dlatego co chwilę widać jakiś trening, jakiś pokaz, a czasem uda się trafić na pojedynek.

I muszę Wam powiedzieć, że ten pojedynek powyżej zakończył się krwawo. Jednemu z walczących miecz przeciwnika niechcący rozciął czoło. Ale gwoździem programu jest wielka bitwa morska. Koło wioski cumuje kilka łodzi z epoki, w tym słynne drakkary. I nie służą one tylko ozdobie. Gdy przyjdzie czas, łodzie odbijają od brzegu, aby na środku wody stoczyć prawdziwą walkę. Podejść blisko trudno, chyba, że ktoś umie chodzić po wodzie – ale na szczęście wojownicy nie odpływają zbyt daleko, więc sporo widać.

Poza tym – czy serio trzeba opisywać wszystkie te atrakcje? Wystarczyłoby powiedzieć, że jest to porządnie przygotowany festiwal z wikingami. Wikingami! Goście, którzy podpalili ćwierć Europy, a wyobraźnię milionów rozpalają do dziś, którzy niczego się nie bali, którzy byli najlepszymi imprezowiczami średniowiecza (jeśli przez imprezę rozumieć palenie wiosek, gwałcenie wieśniaczek i rabowanie klasztorów). Banda facetów ze stali i granitu – z bliska i na żywo. Trudno byłoby dodać do nich coś, co uczyniłoby tę imprezę lepszą.

Bo trudno wpleść w ten obrazek dinozaury, ninja i żołnierzy GROM.

Do tego bliskość plaży, Międzyzdrojów i tłumy turystów jakoś tak nie przeszkadzają. Impreza bardzo udana.

Podsumowanie

Co wybrać? Najlepiej wszystko. Gdybym musiał polecić coś z przedstawionego zestawu, miałbym spory problem. Najsłabiej w moich oczach wypada Grunwald, ale już Malbork ma te urokliwe stragany, Gniew – świetną inscenizację, a Wolin – całą wioskę. Najchętniej połączyłbym Wolin z Gniewem. Nie tylko dlatego, że byłaby to prawdopodobnie najlepsza impreza po tej stronie osi czasu. Z chęcią zobaczyłbym starcie wikingów z husarią.

“Gdy ruszała w bój husaria, to wróg krzyczał “Jezus Maria”” (T-Raperzy znad Wisły)

A teraz zastanówcie się dobrze, czy znacie jakieś inne, podobne imprezy? Bo jeśli tak, to powinniście się podzielić tymi informacjami. Aby Was zachęcić, już w poniedziałek ogłoszę konkurs, gdzie warto będzie wykazać się znajomością różnych wielkich imprez plenerowych. Warto będzie z pewnością, bo zapewniam Was, że nagroda będzie wartościowa. I związana z tematem urlopowym. Ale szczegóły będą w poniedziałek. Zapraszam już dziś. I zapowiedzią konkursu kończę ten długi, obrazkowy wpis…

…zaraz, zapomniałbym o bonusie.

Bonus – Zombie Walk w Warszawie

To nie jest inscenizacja historyczna. To nie jest nawet żadna inicjatywa organizowana przy współudziale władz czy sponsorów. To flash mob. Tradycyjnie co roku grupa (spora) ludzi pozytywnie zakręconych ([c] Teleexpress) umawia się przez sieć, aby przebrać się za głodnych zombie i z okrzykami “mózg” ruszyć przez miasto.

Przyznaję, że kreatywność niektórych uczestników marszu jest przeogromna. A niektóre przebrania potrafią faktycznie przestraszyć.

Z drugiej strony mamy do małą grupkę żołnierzy, dzielnie broniących niczego nieświadomych cywilów.

Pomiędzy zombiakami i wojskowymi kręci się masa osób z aparatami i kamerami, przechodnie patrzą zdziwieni (ale najczęściej uśmiechają się życzliwie), a zabawa na ulicach trwa w najlepsze. Oczywiście wszystko jest szalenie kulturalne, zombie poruszają się chodnikami i nigdy nie przechodzą na czerwonym świetle. Tegoroczna edycja już się odbyła, ale może warto zaplanować jeden weekend w Warszawie w przyszłym roku? Oto, jak to wyglądało dwa lata temu:

Całkiem przyjemnie, prawda? Choć mam takie dziwne wrażenie, gdy mogę słyszeć na żywo żołnierskie okrzyki i wystrzały na ulicach Warszawy. Podobne wrażenie miałem dawno temu, podczas Dni Hanzy, gdy z okazji prezentacji jednego z niemieckich miast można było znowu na Długim Targu usłyszeć dźwięki marsza… Ale pewnie przewrażliwiony jestem:)

Dziękuję N. za użyczenie jej własnych zdjęć i możliwość skorzystania z nich w tym wpisie. Jak widzisz, przydały się:)

PS: dziś dominują zdjęcia, ale powiedzcie szczerze – co sądzicie o takich długich wpisach? Mogłyby się pojawiać częściej? Bo mam parę pomysłów, niektóre i tak zrealizuję, ale czy chcielibyście więcej takich tekstów? Byłyby wtedy nieco rzadziej, bo napisanie takiego tekstu zajmuje więcej czasu…ale mogę je przeplatać z tymi krótkimi.

czwartek, 1 lipca 2010

52 książki – półrocze

Ani się człowiek obejrzał, a minął kolejny kwartał. Pora więc na drugie podsumowanie akcji 52 książki w moim wykonaniu. Półmetek już za nami, więc można mniej więcej szacować, jak mi idzie. Oczywiście są szanse, że ostro przyspieszę na finiszu, ale z drugiej strony trzeci kwartał upłynie mi pod znakiem nowej drogi życia, więc zapewne i czytania będzie mniej. Choć widzę, że nieznacznie przyspieszyłem w tym kwartale (zarówno patrząc na liczbę książek, jak i na liczbę stron, którą skrzętnie notuję i ujawnię po zakończeniu roku), to i tak mi daleko do pewnej wpływowej blogerki, która wręcz połyka książki:)

W tym kwartale znalazło się kilka pozycji klasycznych, obowiązkowych z samego faktu istnienia. Niemniej przy każdym tytule zamieszczam miniaturową recenzję z rekomendacją.

Nie przedłużajmy więc bez sensu tego wstępu (który swój sens ma) – oto książki, które skończyłem czytać w ciągu minionych trzech miesięcy.

  • J. Clavell “Król szczurów"

Bardzo dobra lektura. Dla nas w Polsce II WŚ to głównie działania w Europie – wiedza o wojnie na Pacyfiku nie jest chyba zbyt powszechna. A zwłaszcza wiedza o japońskich obozach jenieckich. “Król szczurów” to obraz życia w jednym z takich obozów – obraz ponury, pełen śmierci, strachu, brudu, smrodu i chorób. A jednocześnie pokazujący, że nawet w tak trudnych warunkach można sobie radzić. Czasem działając na granicy moralności, często poza granicami obowiązujących przepisów – ale człowiek zawsze będzie chciał przeżyć. I ta wola przeżycia może go zmotywować do robienia rzeczy niesamowitych. Opowieść o przedsiębiorczym Amerykaninie, ścigającym go angielskim żandarmie i całej obozowej rzeczywistości – to coś, co przeczytać warto. Choćby dla samego spojrzenia na kwestię obozów wojennych inaczej niż po seansie “Wielkiej ucieczki” czy przygód Franka Dolasa.

  • G. Friedman “Następne 100 lat”

Amerykański politolog opisuje XXI wiek. Cały. Z tej książki możemy się spokojnie przekonać, jak będzie wyglądać najbliższe 90 lat – a weryfikacja owych prognoz jest utrudniona faktem, że całość zaczyna się właśnie około 2010 roku. W Polsce ta książka dostała dodatkową reklamę, bo zdaniem Friedmana w najbliższym stuleciu Polska zostanie jednym ze światowych mocarstw. Oczywiście, jeśli wczytać się dokładnie, okaże się, że nie mocarstwem, a silnym krajem, nie sama, a z pomocą Wujka Sama, i nie na długo, bo główny eksporter demokracji będzie miał swoje plany – ale nie warto zdradzać zakończenia, prawda? Dość powiedzieć, że dzięki ścisłemu sojuszowi z USA możemy zyskać więcej niż dzięki mistrzostwom w 2012. A co jeszcze będzie się działo ze światem? Tu już odsyłam do książki, po którą warto sięgnąć dla poznania mechanizmów konstruowania tego typu prognoz – oraz ku pokrzepieniu serc. No i żeby wiedzieć, kiedy zacząć gromadzić konserwy na wojnę z… Turcją.

  • A. Pilipiuk “Kroniki Jakuba Wędrowycza”

W pierwszych klasach liceum (a może ostatnich podstawówki) w drugim obiegu (tak, żeby nauczyciel nie widział) krążył zbiór opowiadań pod nazwą “Magiczne przygody Kubusia Puchatka”. Chętni mogą zapytać Wujka Google, a z pewnością dotrą do pełnego tekstu. W “Magicznych przygodach…” znani i lubiani bohaterowie ze Stumilowego Lasu wiedli życie pełne alkoholu, narkotyków, ostrej muzyki, przekleństw, przygodnego seksu w różnych konfiguracjach i losowo popełnianych aktów przemocy (głównie przeciwko dresiarzom i klerowi). Ot, taka opowiastka w sam raz dla nastolatków. Dlaczego o tym wspominam? Bo “Kroniki Jakuba Wędrowycza” to ten sam poziom, minus przekleństwa, seks i narkotyki. Wersja nieco ugrzeczniona. Opowieści o zmaganiach najpotężniejszego świeckiego egzorcysty w Polsce z siłami mniej lub bardziej czystymi jakoś do mnie nie przemówiły. No, może poza ostatnim rozdziałem, który z jakiegoś powodu przypadł mi do gustu – ale i tak już nie pamiętam, o czym był. Może to i jest zabawne, a ja nie mam poczucia humoru. A może nie jestem już w liceum. Takim starym koniom jak ja – raczej odradzam. Młodsi ciałem i duchem mogą sięgnąć.

  • A. Christie “Czarna kawa”

Królowa kryminału. Coś trzeba dodawać? Mamy trupa, mamy podejrzenie kto jest mordercą – pojawia się genialny detektyw Poirot – a potem mamy mieszanie tropów. Już wiemy, kto zabił, a potem okazuje się, że jednak ktoś inny, a potem, że znowu ktoś inny miał motyw, ale nie miał możliwości. I tak w kółko, aż do samego końca. Kogo zabito i dlaczego jest mniej istotne niż to kto, kiedy i jak tego dokonał. Jeśli ktoś lubi kryminały, to może sięgać w ciemno – o ile już jej nie zna. Ta książka to miał być mój pierwszy kontakt z twórczością Christie – bo w młodości czytałem głównie Joe Aleksa. I muszę przyznać, że ów pierwszy kontakt był bardzo udany…

  • A. Christie “Dom przestępców”

…do czasu, jak sięgnąłem po “Dom przestępców”. Nie, żebym nagle stracił przyjemność. Po prostu przypomniałem sobie, że tę książkę już kiedyś czytałem. Tak więc “Czarna kawa” straciła palmę pierwszeństwa. No i mniej więcej od drugiego, trzeciego rozdziału wiedziałem z całą pewnością, kto zabił. O co chodzi tym razem? A czy to istotne? Nie ma Poirota – to jedno. Nadal mamy trupa, podejrzenie, zmyłkę, kolejnego trupa, dalszy ciąg zmyłek – i tak do ostatniej litery. Choć rozwiązanie zagadki jest dość ciekawe. Ale nic więcej już nie piszę, rekomendacja taka sama jak w przypadku “Czarnej kawy”.

  • J.D. Salinger “Buszujący w zbożu”

To podobno ulubiona książka wielkiego fana Jodie Foster, Johna Hinckleya – tego samego, który z miłości do młodej aktorki strzelił do Reagana. “Buszujący…” miał też niesamowity wpływ na Marka Chapmana – tego, który strzelił do Lennona. Książka inspirująca dwóch “samotnych strzelców” (co wykorzystano w dobrym filmie “Teoria spisku” z Melem Gibsonem) – coś takiego musiałem przeczytać (przesłuchałem też kiedyś “White Album” Beatlesów, który ponoć zainspirował Charlesa Mansona, nazwijmy to eksperymentowaniem). Po zakończeniu lektury nie miałem ochoty strzelać do nikogo znanego, więc na wyżej wspomnianych panów musiało wpłynąć coś jeszcze. Co do samej lektury – dziś ten tekst już tak nie gorszy, ale w momencie pierwszego wydania przekleństwa i seks wśród nastolatków musiały szokować. Historia chłopca, który błąka się po Nowym Jorku wciągnęła mnie na dobre – niby zwykła opowiastka, bez pościgów, morderstw i fajerwerków, a jednak ma w sobie coś pociągającego. Może dlatego że sam kiedyś chciałem się tak błąkać po mieście, aby przemyśleć swoje życie? “Buszujący w zbożu” to klasyka, ale nie tylko dlatego warto po niego sięgnąć. To kawał dobrej lektury (i pewnie dlatego jest klasyką).

  • F. Forsyth ”Dzień Szakala”

Pozostajemy w klimatach zamachowców i samotnych strzelców, ale zajmujemy się tematem nieco poważniej. Jeśli “Psy wojny” tego samego autora to podręcznik dla najemników i wszystkich planujących przewrót w małych państewkach afrykańskich, tak “Dzień Szakala” to instrukcja dla zamachowców – i to z serii “dla opornych”. Ciekawie czyta się o tych wszystkich przygotowaniach w realiach lat 60. ubiegłego wieku – człowiek zastanawia się, jak by to wyglądało dzisiaj, w dobie globalizacji (podobne przemyślenia miałem przy lekturze “Monachium”). Czy byłoby łatwiej, czy trudniej? Na to pytanie potrafiłby odpowiedzieć jedynie jakiś współczesny “cyngiel” pierwszej kategorii. Dla nas, niezaznajomionych z morderczym rzemiosłem (jak mniemam) “Dzień Szakala” to wartka akcja, dobrze zarysowane postacie, precyzyjne opisy mojego ulubionego Paryża i historia, która musi wciągnąć. Jeśli nie masz alergii na powieści sensacyjne – chwytaj książkę w dłoń.

  • S. Johnson “Kto ukradł mój Ser?”

Podobno ta książka potrafi zmienić życie człowieka. Podobno na zawartych w niej treściach bazują liczne duże koncerny. Podobno po jej przeczytaniu nie ma siły – trzeba zacząć żyć inaczej i nie dać się zaskoczyć zmianom. Książka krótka, prosta, z jasnym przekazem – ale może właśnie dlatego tak dobrze trafia do ludzi? Historia dwóch myszek i dwóch ludzi, zamkniętych w tajemniczym labiryncie, poszukujących Sera – a potem znajdujących go. A potem, gdy cały Ser nagle znika – zaczynają się kłopoty. Jak poradzić sobie w nowej, bezserowej sytuacji? Siedzieć i narzekać? Pobiec przed siebie? Nieistotne, co dla Ciebie symbolizuje Ser. Miej świadomość, że kiedyś go stracisz. Przygotuj się na to – a ta książka, nawet jeśli powie Ci coś oczywistego, przygotuje Cię na rozstanie się ze swoim Serem. Warto przeczytać w jeden wieczór i pomyśleć, co ja robię ze swoim Serem.

  • A. Christie “Dziesięć małych murzyniątek”

…jadło obiad w Murzyniewie – jedno z nich się zakrztusiło i zostało tylko dziewięć. Zwykli obywatele są mordowani na tajemniczej wyspie wedle klucza z dziecięcej wyliczanki. Znowu Christie i znowu klasyk. Ta książka to matka wszelkiej maści horrorów dla nastolatków, choć sama jest pełnokrwistym kryminałem. Narastające z akapitu na akapit napięcie można kroić nożem. Czytelnik chce wiedzieć tylko jedno – jak to wszystko jest możliwe. Otóż jest możliwe, jak pokazuje zakończenie. Podobno polityczna poprawność nakazuje niektórym wydawcom zastępować małe murzyniątka odpowiednio marynarzami albo innymi osobami, ale zasada jest ta sama. Wyspa, wyliczanka, morderstwa. Nawet, jeśli nie lubicie kryminałów, to tę pozycję warto znać.

  • Z. Ryżak “Efekt jojo w motywacji”

Początkowo myślałem, że jest to świetny przykład jak napisać książkę motywacyjną bazując na cytatach z Marka Aureliusza. Jednak z czasem umacniałem się w swoim drugim przeświadczeniu – że “Efekt jojo…” to pochwała minimalizmu w życiu. Nam, ludziom postronnym, efekt jojo kojarzy się zapewne z odchudzaniem i najpopularniejszymi tematami z pism kobiecych (zaraz obok lepienia pierogów i tego długiego wyrazu na “c”). Tymczasem jojo działa w całym naszym życiu. Zawsze poruszamy się po czymś, co od biedy może przypominać sinusoidę – i trzeba to zaakceptować. Nauczyć się z tym żyć. I zrozumieć, że nie zawsze i nie wszystko trzeba zrobić. A motywacja przyjdzie sama, bez względu na to, ile szkoleń zaliczysz i książek przeczytasz. Jeśli masz problem z natłokiem spraw w życiu – przeczytaj (albo przesłuchaj, tak jak ja). Pointa? Po prostu weź się do roboty.

  • K. Cebulski “Efekt motyla”

Znacie tę historię – trzepot skrzydeł motyla w jednym miejscu świata spowoduje burzę w zupełnie innym miejscu. Jak się człowiek nad tym dokładniej zastanowi, to powinien tym małym draniom wyrwać wszystkie skrzydełka, żeby nie było już żadnych klęsk żywiołowych. Tu jednak mamy historię młodego polskiego milionera. Twórcy np. księgarni internetowej Aragorn.pl – oraz właściciela kilku innych biznesów. Jeśli ktoś, kto zaczął pracę w wieku lat szesnastu, a w wieku lat dwudziestu dwóch jest milionerem, pisze książkę o sobie – to warto ją przeczytać. Ów efekt motyla w życiu sprowadza się do tego, że nie warto siedzieć przed telewizorem i wylegiwać się w łóżku – trzeba rzucać się w wir życia, bo nigdy nie wiemy, co wyniknie z poszczególnych zdarzeń. Może właśnie uda nam się trafić na tego motyla, który przyniesie nam bogactwo, miłość i szczęście? Historia Cebulskiego jest mocno inspirująca – aż chce się samemu coś zdziałać. I o to chodziło. Jeśli potrzebujesz przykładu, aby mieć kopa do działania – tu masz drogę.

  • M. Szuba “Pokaż, na co cię stać”

Wydawać by się mogło, że to zbiór tekstów grupy Feel. Albo apel opublikowany przez urzędników kontroli skarbowej. Tymczasem to kolejna książka motywacyjna w tym zestawieniu. O ile jednak książki Ryżaka i Cebulskiego chłonąłem bez przerwy, o tyle pozycja autorstwa Szuby mnie rozczarowała. Do tego stopnia, że odpuściłem sobie na jakiś czas audiobooki. Po prostu bałem się, że trafię na kolejną tak ciągnącą się książkę… O czym jest ta książka? O tym, o czym podobne podręczniki do motywacji – jak się zmusić, gdy nam się nie chce, a chcielibyśmy chcieć. Niestety (dla mnie i tej recenzji) książka bazuje na NLP. A więc mamy garść porad jak się zaczarować. Mój problem polega na tym, że w NLP wierzę połowicznie – tzn. sądzę, że potrafiłbym kogoś w ten sposób poderwać, przekonać do siebie itp, ale nie wierzę, że to podziałałoby na mnie. Do tego mamy tu zupełne podstawy NLP. Jeśli dla kogoś kotwice, wizualizacje i tego typu zaklęcia to chleb powszedni – może sobie darować. Jeśli nie wie, o czym mówię – są lepsze pozycje. Dodatkowy minus za wplecenie w audiobooka fragmentów wykładu – z fatalnym nagłośnieniem.

  • S. Hawking “Krótka historia czasu”

Książka mająca w założeniu w prosty i klarowny sposób tłumaczyć to wszystko, co trudno przeciętnemu człowiekowi pojąć – fizyka, czas, podróże kosmiczne, czarne dziury… Książka napisana lekkim, fajnym stylem, choć nie znaczy to, że można ją czytać nieuważnie. Tu wszystko jest istotne dla zrozumienia tej czy innej kwestii. Jedna strona rozkojarzenia – i prawdopodobnie nie trafią do nas kolejne. Jeśli jednak poświęcimy tej klasycznej już pozycji odpowiednio dużo czasu i uwagi, cała ta magiczna teoria przyjdzie do nas sama. Najlepszą recenzją książki Hawkinga jest to, że napisał ją w latach osiemdziesiątych i nadal jest ona aktualna. W przypadku nauk przyrodniczych to spory sukces. Do tego postać samego autora, który żyje na przekór pierwotnym diagnozom lekarzy zachęcają, aby sięgnąć po książkę i odkryć, jak wielki umysł jest uwięziony w chorym i bezwładnym ciele. Przeczytać warto – choćby po to, aby nie wyjść na kompletnego w dyskusji. Oraz żeby z jeszcze większą przyjemnością czytać Cytadelę.

  • D. Spychalski ”Krzyżacki poker” t. I i II

Miałem tu problem natury technicznej – czy zaliczyć “Krzyżackiego pokera” jako jedną książkę (bo to w sumie jedna historia, rozbita na dwa tomy), czy jako dwie (bo to jednak dwa tomy, opisujące jedna historię). Nie wiem, tutaj umieszczam jako jedność, a przy końcu roku zobaczymy co i jak. No, chyba że pomysłodawcy akcji “52 książki” zechcą zabrać głos. Wróćmy jednak do lektury – książka Spychalskiego to opis historii alternatywnej (a to niespodzianka na moim blogu!) – i to dość nietypowej. Wyobraźmy sobie, że król Jan nie ruszył z odsieczą na Wiedeń. Że muzułmanie zajęli całą Europę. Całą? Nie, jest jedna mała wioska Galów jeden kraj, który oparł się nawale półksiężyca, a nawet stał się prawdziwym mocarstwem. To Rzeczpospolita – wielkie państwo, z własnymi koloniami w Afryce (gdzie ciemnoskórzy Polacy, z podgolonymi łbami i szablami przy kontuszach maja typowo polskie charaktery), stolicą we Lwowie oraz lennikiem – państwem krzyżackim. Zakonnicy, zmuszeni składać coroczny hołd w Toruniu, postanawiają uzyskać niepodległość. Z tej przyczyny wchodzą w posiadanie nowej, potężnej broni – bomby atomowej. Cała historia jest nieco nierówna i ma się wrażenie, że niektóre wątki upchnięto tylko po to, aby pokazać umiejętność autora w kreowaniu świata. Ale to drobiazg. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie. No i duma człowieka rozpiera, jak słyszy o najlepszej na świecie ciężarówce Żubr.

  • R. Kiyosaki “Młody, bogaty rentier”

Przyznaję bez bicia, że Kiyosakim (a raczej jego książkami) jestem zafascynowany od momentu gdy przeczytałem “Bogatego ojca, biednego ojca”. Wpierw z wypiekami na twarzy chłonąłem oczywiste oczywistości, odkrywane przede mną na nowo. Przyznaję bez bicia, że tamta lektura ukształtowała mój pogląd na wiele dziedzin finansów osobistych i – przykładowo – nigdy nie nazwę własnego mieszkania “inwestycją” czy “aktywem”. Kilka kolejnych książek otworzyło mi oczy na zakładanie firm i dochodzenie do bogactwa w ten sposób. Również niesamowite. Jednak od pewnego czasu jestem oczarowany umiejętnością Kiyosakiego do tworzenia grubych książek, obracając w kółko tymi samymi trzema zdaniami. Nie inaczej jest z “Rentierem” – niby to historia Kiyosakiego, jego drogi do finansowej niezależności, ale mamy tu to samo – nieruchomości, mocna wiara, tajemniczy mentor (który, jak udowodniono – prawdopodobnie nigdy nie istniał), opcje, magiczny świat bogatych i takie słowa klucze jak “dobry dług”, “kontekst” czy “rzeczywistość”. Nieco wkurza świadomość, ze najlepszym biznesem Kiyosakiego jest uczenie innych, jak robić biznesy, ale cóż – jest w tym skuteczny. Tym razem można sobie jednak odpuścić, jeśli się nie jest fanatykiem. Chwila lansu – mój egzemplarz jest z autografem autora.

  • M. Kozak “Nocarz”

Pierwsza część trylogii. Aż sam nie wiem, co o tym sądzić – bo z jednej strony wartka akcja, wybuchy, pościgi, strzelaniny, a z drugiej jakieś to wszystko oderwane od siebie. Jak serial, a nie jak film. Owszem, czyta się dobrze, czasem z wypiekami na twarzy, ale gdy kończy się rozdział, można swobodnie zamknąć książkę i pójść spać. O ile nie przyśni nam się nic z treści. Bo w książce mamy takie rzeczy, że hej – tajny ośrodek ABW, wampiry dobre, wampiry złe, zew natury (wampirzej, a jakże), sztuczną krew (dla tych dobrych), naturalną krew (dla tych złych – bo smaczniejsza), klany, lordów i jedną scenę seksu w barze (wspominam o niej, bo jest prawie jak z “Hustlera” – gdyby było ich więcej, to bym zrozumiał konwencję, ale jeśli jest tylko jedna, to nie widzę w niej żadnego celu). Ponieważ to dopiero pierwsza część trylogii, mógłbym spokojnie zdradzić zakończenie (zresztą trudno się go nie domyślać), ale taki wredny nie będę. “Nocarza” polecam, bo po pierwsze wspieramy polskie produkty, a po ostatnie – z literatury lekkiej, krwistej i nieco mrocznej mamy tu coś, co spokojnie można poczytać w pociągu. Wiem co mówię, czytałem.

I to tyle, jeśli chodzi o pierwsze półrocze moich 52 książek. Lada moment skończę dwie kolejne cegły, a w kolejce czekają następne. Trzymajcie kciuki, abym miał nadal czas na czytanie!

środa, 23 czerwca 2010

Przedwojenne lotnicze zdjęcia Gdańska

Otrzymaliśmy przepiękny album “Gdańsk na fotografii lotniczej z okresu międzywojennego”. Albumy mają niestety to do siebie, że po kilkukrotnym obejrzeniu pozwala im się zbierać kurz na półce. Tym razem jednak mam silne przeczucie, że będzie inaczej. Jako osoba zafascynowana tym, jak moje miasto wyglądało przed zrujnowaniem wyzwoleniem przez czerwonoarmistów, planuję zaglądać do niego bardzo często.

W albumie umieszczono blisko połowę zbioru lotniczych fotografii Gdańska z czasów pruskich, będących obecnie w posiadaniu Instytutu Herdera. Tu mała uwaga dla tych, którzy okres Wolnego Miasta i jakąkolwiek nim fascynację automatycznie łączą z gloryfikowaniem nazizmu – zdjęcia zostały zrobione pod koniec lat 20., a więc zanim na berlińskich salonach pojawił się pewien sfrustrowany malarz z Austrii. Gdańsk był miastem, jakich wiele…

i w tym tkwi urok tych zdjęć.

To album różny od tych z serii “Był sobie Gdańsk…” autorstwa Donalda Tuska i Grzegorza Fortuny (nie mam żadnego z nich, niestety, ale przeglądałem je kilkukrotnie). Tam mogliśmy obserwować wszystko z poziomu ulicy, dostrzegać detale, porównywać fasady budynków przed dziesiątkami lat z tym, co dotrwało do dziś. W przypadku zdjęć lotniczych mamy do czynienia z taką inną mapą. Inną, bo rozrysowaną pod kątem oraz prezentującą budynki.

Można więc pokusić się o nieco szersze spojrzenie, porównanie już nie tylko budynków czy ulic, ale całych kwartałów, dzielnic – ba! Miasta! Jednym zdjęciem udało się objąć całe Główne Miasto – i choć nie jest to może fotografia w najwyższej jakości, to sporo można zaobserwować. Pusty plac w miejscu Urzędu Wojewódzkiego. Wielką Synagogę, rozebraną w latach trzydziestych, aby nie wpadła w ręce hitlerowców. Zwartą zabudowę na Targu Węglowym i stary budynek teatru. Liczne budynki na Wyspie Spichrzów, po których do dziś pozostały tylko straszące ruiny. I wiele, wiele innych różnic.

Ten album to dla mnie podwójna frajda. Maniak Gdańska i maniak latania może połączyć obie manie w jednym wydawnictwie.

Patrzę na te zdjęcia i widzę, jak żywe to było miasto przed wojną. Jaką miało piękną zabudowę. I jak fajnie można było je rozwinąć – to w Gdańsku planowano budowę w latach 20. XX w. pierwszego w Niemczech drapacza chmur. Zresztą – wszystkie zdjęcia (nawet te, które nie załapały się do albumu) można obejrzeć na stronie Instytutu Herdera.

Jedno zdjęcie zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Wstawiam je tu ze znakiem wodnym, ale mam nadzieję, że sporo i tak widać:

Obszar na fotografii to Dolny Wrzeszcz. Widać dzisiejszy Plac Komorowskiego, Plac Wybickiego. Jasne pole po lewej, poza zabudowaniami – to lotnisko na dzisiejszej Zaspie. Natomiast te puste pola, ciągnące się aż do morza i w stronę Sopotu – to dzisiejsze dzielnice Zaspa i Przymorze. 90 lat po zrobieniu zdjęcia pola zamieniły się w betonową, miejską dżunglę.

Niesamowite.

Dla zainteresowanych – na stronie HI znalazłem informację o podobnym albumie o Wrocławiu. A więc nie tylko Danzig, także Breslau może pokazać, jak pięknie kiedyś wyglądał z powietrza.

EDIT: na Blipie ^Norveg uzupełnił informację, że album o Wrocławiu był pierwszy, a za oba odpowiada to samo, wrocławskie wydawnictwo. A do tego podesłał mi zbiór kolejnych pięknych zdjęć lotniczych przedwojennego Gdańska, niektóre można całkiem nieźle powiększyć. Polecam.

sobota, 19 czerwca 2010

“Drużyna A” – bajka tysiąca efektów specjalnych

Każdy, kto dorastał w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku (jak to brzmi…), z pewnością kojarzy serial o grupie najemników, byłych żołnierzy, skazanych przez sąd wojskowy za przestępstwo, którego nie popełnili. A nawet, jeśli jakimś cudem nie przypomina sobie tej kultowej już produkcji telewizyjnej, to musi (absolutnie MUSI) rozpoznać choć fragment melodii użytej w czołówce:

Plotki o tym, że “Drużyna A” zostanie przeniesiona na ekran kinowy to podobno jeden z najstarszych internetowych żartów. Ten żart w 2010 roku stał się faktem. Wasz ulubiony bloger wybrał się do gdańskiego kina “Krewetka” (środy z Orange rządzą), aby przy chrupaniu popcornu i siorbaniu coli obejrzeć to arcydzieło.

Tu uwaga – w dziecięctwie swym nie byłem jakimś wielkim fanem “Drużyna A”. Jeżeli wszystkiego obejrzałem dwa czy trzy odcinki, to maks – a i tak ich nie pamiętam. Po prostu wolałem MacGyvera (a dziś, po latach, mam nawet taki scyzoryk, jak on).

Cóż można powiedzieć o takim filmie? Jeśli spodziewacie się niespodziewanych zwrotów akcji, drugiego dna, głębokiego rysu psychologicznego postaci czy zaskakującego zakończenia – to chyba nie uważaliście od początku tej notki. Nie lubię umieszczać podsumowań w środku, więc nadmienię tylko, że “Drużyna A” to typowa, efektowna guma do żucia dla oczu, cudownie odrywająca letnim popołudniem zwoje mózgowe od zużywania produkowanej przez nas energii i przestawiająca je na tryb “stand by”. Z drugiej strony – ile można oglądać ambitne kino irańskie?

Pokrótce przybliżę Wam fabułę, bo konstrukcja filmu jest dość ciekawa. Tym razem nie mamy lat 70. XX wieku i Wietnamu – jest początek naszego millenium, gdzieś pośrodku Meksyku. Członkowie drużyny (jeszcze nie będącej Drużyną) dopiero się poznają – bądź to zrządzeniem losu, bądź to dzięki akcji przeciwko złemu, meksykańskiemu wojskowemu, zorganizowanej przez najlepszego eksportera demokracji. Bohaterowie się poznają, pojawia się między nimi nić sympatii, rysują się pierwsze konflikty (z cyklu tych budzących śmiech, kiedy zwariowany pilot swoim zachowaniem budzi w spadochroniarzu lęk przed lataniem). I kiedy wydaje nam się, że niesamowita ucieczka i zawiązanie akcji to jakaś jedna trzecia filmu, a jego resztę zły, meksykański wojskowy będzie ścigał naszych bohaterów – zza horyzontu wyłania się myśliwiec, a do nas dociera, że to koniec…czołówki. Magia kina przenosi nas osiem lat w przód, do Wietnamu XXI wieku. Nasi herosi wiodą sobie spokojne życie w bazie wojskowej w Iraku, od czasu do czasu wyłapując przyjaciół Saddama. Wtedy to, pragnąc pomóc własnej ojczyźnie (ten fragment filmu sponsorują złowrogie literki C, I oraz A), wplątują się w niezłą aferę, w wyniku której “wojskowy sąd skazuje ich za przestępstwo, którego nie popełnili”.

Jeśli obawiacie się, że opowiedziałem jakieś 80% filmu – spokojnie, pilnuję się. Dopiero teraz Drużyna może uciec z więzienia o zaostrzonym rygorze (każdy członek z własnego) i wyruszą na Misję (celem pomocy ojczyźnie, oczyszczenia własnego imienia i dokonania najzupełniej prywatnej zemsty). Natomiast – podobnie jak w “Casino Royal” – najbardziej charakterystyczny tekst (ten z serialowej czołówki) usłyszymy dopiero na końcu (eee…spoiler alert).

Nie będę Wam opowiadał o historii, bo jest ona równie prawdopodobna jak 460 w pełni kompetentnych posłów. Gra aktorska – jest. Efekty specjalne…tak, jakieś są. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że nawet cygaro pułkownika Smitha zostało wygenerowane komputerowo. Ale dzięki temu na ekranie co chwilę coś wybucha, strzela, spada, leci albo robi to wszystko równocześnie. Dwa słowa: scena z czołgiem. Kto to widział, ten wie i może spokojnie oczekiwać roku 2012.

Zapewne rodzi się po Waszej stronie internetów jedno pytanie – czy warto iść do kina? Przyznam szczerze, że – cytując komiks Wilq – nie masz na to odpowiedzi. Wiecie bardzo dobrze, czego można się po tym filmie spodziewać. Jeśli chcecie wyłączyć myślenie na trochę – czemu nie. Jeśli musicie je wyłączyć, a skończył Wam się prozac i ritalin – iść koniecznie. Jeśli jesteście wiernymi fanami wersji telewizyjnej – tu zalecam ostrożność. Spotkałem się z przypadkiem ostrego zdegustowania, wiec choć de gustibus, to jednak lojalnie uprzedzam.

Ja bawiłem się świetnie. I cały czas nucę wiadomą melodyjkę.

Na zakończenie tradycyjnie zwiastun.

W zwiastunie widać scenę z czołgiem, więc jeśli nie chcecie psuć sobie niespodzianki… Czy ja nie powinienem tego napisać POWYŻEJ filmu?

niedziela, 23 maja 2010

“Człowiek, który gapił się na kozy” – REWELACJA!

Wreszcie – po kilkukrotnym przekładaniu daty premiery – film o tytule dobrym dla ambitnego kina irańskiego wszedł na nasze ekrany. A ja, Wasz ulubiony bloger, wreszcie byłem, zobaczyłem…

…i świetnie się bawiłem!

Już dawno nie rechotałem w kinie tak po prostu. Przy czym nie był to rechot z cyklu “szedł gruby, poślizgnął się na skórce od banana i rypnął jak długi”. Film skrzy się od tego rodzaju humoru, który po prostu lubię – lekko zwariowanego, nieprzewidywalnego i bazującego na sytuacjach mocno prawdopodobnych (na skórce od banana nie można się poślizgnąć).

O czym właściwie jest “Człowiek, który gapił się na kozy”? To historia dziennikarza, który trafia na ślad ściśle tajnej jednostki w amerykańskim wojsku. W latach osiemdziesiątych wojsko miało szkolić nową klasę żołnierzy, wojowników Jedi, biegle władających swoimi mocami parapsychologicznymi. Wiecie – telekineza, telepatia, bilokacja, przechodzenie przez ściany i tego typu umiejętności. Nasz bohater poznaje jednego z takich żołnierzy i razem z nim wjeżdża do ogarniętego wojną Iraku.

Przy recenzowaniu “Paragrafu 22” napisałem, że wojna to szaleństwo. “Człowiek…” pokazuje, że nie tylko wojna jest szaleństwem, ale wojsko, a dokładniej US Army, to zbieranina niezłych świrów. Ludzie, którzy uwierzą w pokonanie wroga siłą miłości i całą resztą hippisowskiej ideologii. Ludzie, którzy przypuszczą szturm na stację benzynową, aby zatankować swój samochód. Wreszcie ludzie, którzy puszczają więźniom programy dla dzieci, aby ich złamać (to akurat jest prawdą – podobno nic tak nie rozwiązuje języków w Guantanamo jak “Ulica Sezamkowa” z dodatkiem zespołu Metallica).

I tę zbieraninę wariatów, w ich popisowych rolach, możemy oglądać w kinie. A w rolach wariatów aktorzy pierwszego garnituru – Kevin Spacey, Jeff Bridges czy wreszcie George Clooney. No i Evan McGregor w roli dziennikarza. Po tych panach można spodziewać się niezłej mieszanki wybuchowej – i ani cienia złego aktorstwa. Rewelacyjnie zagrał zwłaszcza Clooney – człowiek, który jeszcze dwadzieścia lat temu wyglądał jak członek Wham!, z roli na rolę pokazuje, że jest po prostu doskonałym aktorem (i jednym z tych mężczyzn, którzy z roku na rok wyglądają coraz lepiej, jak Hugh Laurie, Sean Connery czy Ali Agca). Jest bardzo przekonujący w swoim szaleństwie – choć wiemy, że nie można być wojownikiem Jedi, to gdzieś w głębi serca chcielibyśmy, aby on nim właśnie był.

Tradycyjnie, jak to w moich recenzjach filmowych – zwiastun. Tym razem chyba wszystkie sceny z trailera wykorzystano w filmie.

Czy iść na “Kozy”? Oczywiście! Pędem do kina, usiąść wygodnie i rozkoszować się dobrym, inteligentnym i zabawnym filmem. A po powrocie z kina może poszukać jakiejś kozy…

piątek, 21 maja 2010

Zaobserwowane – magia tabliczek

Szybkie pytanie – jak często zwracacie uwagę na jakieś tabliczki informacyjne? Ręka w górę!

OK, a ile razy uwieczniliście jakąś na zdjęciu? O, tu już takiego lasu rąk nie widzę. A warto czasem to robić, aby móc puścić w świat prawdziwe perełki.

Jak choćby ten plakat – wisiał dość dawno temu w specjalnym miejscu. Do dziś nie wiem, co reklamował.

Co w nim niezwykłego? To specjalne miejsce, w którym się znajdował. Te plakaty wiszą wzdłuż muru aresztu śledczego w Gdańsku. Choć w sumie – niezła lokalizacja. Z drugiej strony muru byłaby bardziej niefortunna.

A teraz w magiczny sposób przenieśmy się w miejsce oddalone o kilkaset metrów. Miejsce, które przechodzi powoli do historii. Gdańska Gildia i jedno ze stoisk odzieżowych.

Kto powiedział, że nie ma już uczciwych sprzedawców? Jednocześnie emotikonka na końcu może sugerować, że to wszystko jest jednym przezabawnym żartem. Tylko co konkretnie? Samo lustro czy jego właściwości?

A teraz przenosimy się o kilka kilometrów, na Zaspę – do lokalnego sklepu BOMI. Delikatesy zawsze frontem do klienta.

I tylko nie wiem – czy tak uspokajają niezadowolonych, czy może to sugestia, w jaki sposób załatwiać reklamacje?

Znowu skaczemy o kilka kilometrów – znowu do sklepu. Dużego. Takiego z materiałami do budowania, remontowania, majsterkowania. Tylko powiedzcie mi – jak mogę robić cokolwiek, co wymaga np. mierzenia, jeśli mam problem z podstawami matematyki. Czyli z dzieleniem i mnożeniem.

Hipermarkety są zobowiązane podawać cenę za kilogram, aby ich specjalni klienci (czy też raczej klienci specjalnej troski) mogli porównać poszczególne towary.

Ale nonszalancja tego typu to już chyba lekka przesada. Rozumiem – zaokrąglenia do jednego miejsca po przecinku. Ale zaokrąglać do liczb całkowitych?

Choć pewnych rzeczy nie da się wyjaśnić żadnym zaokrągleniem. Tym bardziej, że widać wyraźnie, że go nie ma.

To nie był dzień Praktikera, inaczej nie umiem tego wyjaśnić.

A teraz – perełka. Przenosimy się nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. I to sporo… Oto zemsta prowizorki na oszczędnościach w SKM. Oraz dekomunizacji.

Święty Maksymilianie – take that!

Jak chcecie pozachwycać się innymi tabliczkami, których nie znalazłem, a które istnieją, to zapraszam jeszcze na stronę WszystkoZle.pl – można się pośmiać…

niedziela, 21 marca 2010

“Trick” – dobry samochód, ale zła droga

W kinie byłem. Na filmie – polskim. A tam, jak głosi kultowa wypowiedź z kultowego filmu “nic się nie dzieje”.

No, nie do końca nic. Coś jednak drgnęło i możemy się z tego cieszyć.

Rzeczony film to “Trick” Jana Hryniaka. Obraz reklamowany jako komedia sensacyjna. Gdzieś nawet natrafiłem na stwierdzenie, że w Polsce nie było takiego filmu od czasów “Vabanku” Machulskiego. Czy jest to prawdą? Czy faktycznie udało się stworzyć kino wybitne?

Nie.

“Trick” przede wszystkim jest kolejnym polskim filmem, który nie rozczarował mnie od strony realizacji. Słychać aktorów, a nie muzykę, dobre zdjęcia, porządny montaż (technicznie – o montażu jeszcze będzie), nawet jakieś śladowe efekty specjalne – nie ma się czego wstydzić. Do tego plejada rewelacyjnych aktorów (Chyra, Trela, Adamczyk, Więckiewicz – no nich mi ktoś powie, że oni nie są najzwyczajniej w świecie dobrzy…) i całkiem znośna historia. Na moje oko – materiał na mały hit. Polski “Ocean’s 11”. Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Bo te składniki źle wymieszano, a przez to zupa nie może być smaczna. Zacznijmy od prostej kwestii. Scenariusz – historia zdolnego fałszerza, który zmuszony jest do pracy dla gliniarza odpowiedzialnego za wsadzenie go do więzienia. Opowieść o ucieczce z więzienia i zemście. Trochę political fiction. Brzmi rewelacyjnie, a jednak bez żalu kilka wątków można skasować, ewentualnie znacząco przebudować (jak chociażby kwestię dziewczyny głównego bohatera – tak mdłej postaci już dawno nie widziałem). Kilka zaś przydałoby się rozbudować, jak choćby ową zemstę na dawnym wspólniku, bo takie opowieści to samograje.

Dalej – skoro pomimo tego mamy kilka niezłych wątków, to czemu nie zrobić ich autentycznymi? Jak? Za pomocą lepszych dialogów. Dbałości o szczegóły. Jakiejś spójności, logiki – bo np. miałem wrażenie (może tylko ja), że nagłą propozycja współpracy przy fałszowaniu dolarów była od dawna uwzględniona w planie ucieczki z więzienia… No i te dialogi – nawet, jeśli były z krwi i kości, to krew już powoli krzepła, a połamane kości przebijały się przez skórę.

Ale nawet jeśli scenariusz mamy taki, jaki mamy, to może udałoby się go ciekawiej pokazać?  Zapewne udałoby się, ale do tego potrzebny jest dynamiczniejszy montaż. Olanie chronologii i pokazanie wszystkiego jak nieustającego teledysku – z chwytliwą muzyczką. Dokładnie tak, jak w “Ocean’s 11”. Mamy akcję – mamy puentę – mamy wyjaśnienie przekrętu. I tak w kółko. A takie coś zostało pokazane raz. Owszem, w takim wypadku film byłby krótszy, ale to daje pole do popisu przy moich dwóch pierwszych zarzutach.

Podsumowując – chciałbym oglądać coraz więcej polskich filmów, które są tak realizowane. Na szczęście to już chyba staje się normą, więc teraz jedynie możemy sobie życzyć – a to lepszych piosenek, a to bardziej widowiskowych efektów specjalnych, ot – drobiazgów. No, może ten montaż…ale to już zależy od reżysera. Na aktorstwo też narzekać nie możemy (w konkretnych przypadkach, mówię jednak o aktorach, a nie o drewnach z takiego jednego serialu). Czekamy zatem na porywające scenariusze, z odlotowymi historiami. No i reżyserów, którzy udźwigną tego typu wyzwania. Jakby ktoś szukał czegoś konkretnego, to jeden scenariusz wala się u mnie na dysku od kilku lat. Doszlifować go trzeba. Z reżyserią też dałbym radę, jakby wyjścia nie było:)

I wtedy będzie “Ocean’s 11”. A nawet, 12, 13 czy 44. Bo teraz to zostaje nam tylko Oceans Four (przynajmniej w Gdańsku).

Poniżej – trailer “Tricku”, zawierający smaczniejsze kawałki z filmu i zdecydowanie lepiej zmontowany.

piątek, 12 marca 2010

Moc drzemki

Dziś chciałbym podzielić się z Wami moim sposobem na pobudzenie się, gdy oczy same się Wam kleją. Wiem, wiem – jest kawa (nie pijam wcale), napoje energetyczne (moje Kochanie mi zabrania…) oraz środki niedozwolone (bez komentarza), ale nie o nich chcę dziś pisać.

W mojej poprzedniej pracy, na studiach, czy przy zdobywaniu uprawnień zawodowych – a także w nowej pracy, choć zdecydowanie rzadziej – musiałem pracować w domu do późnych godzin nocnych. Tak jakoś do drugiej, trzeciej w nocy…

A ponieważ takie sesje mam po całym dniu ciężkiej pracy – nie ma takiej siły, abym nie poczuł się śpiący. A ponieważ w walce z moim organizmem zazwyczaj stoję na przegranej pozycji, prędzej czy później zmęczenie będzie tak duże, że mimowolnie zamknę oczy (tylko na chwilkę…), a potem obudzę się w jakiejś niewygodnej pozycji, z głową na biurku – tylko p oto, aby wkurzyć się na siebie, że znowu śpię. Albo żeby zgasić światło i iść do łóżka.

Początkowo moim sposobem był prysznic. Nic tak nie pobudzało mnie, jak strumienie wody (to chyba tak działają izby wytrzeźwień – z tą różnica, że ja preferuję ciepło). Niemniej, prysznic był czasochłonny i zazwyczaj działał dość krótko. A co potem? Kolejny? Jakże to nieekologiczne:)

Zauważyłem jednak, że gdy zasnę ze zmęczenia i się obudzę wkurzony (tj. nie będę szedł do łóżka), to otrzymam zastrzyk energii do dalszej pracy. Postanowiłem z tym poeksperymentować. Początkowo drzemałem po pół godziny, ale nie potrafiłem tego dobrze wykorzystać. Było to to samo, co niekontrolowane zaśnięcie, ale z pełną świadomością, że jeśli po obudzeniu nie będę miał sił, pójdę spać. Niestety – raz się nie obudziłem po 30 minutach… No i na dodatek zabierało to tyle czasu!

Aż pewnego dnia wpadłem na coś nowego.

Gdy tylko zaczynam czuć, że łamie mnie zmęczenie, kładę się na plecach na podłodze (przy zapalonym świetle). Krzyżuję na piersiach ręce, prostuje nogi. Ustawiam budzik w komórce tak, aby zadzwonił po siedmiu minutach – i zamykam oczy. A następnie przestaję myśleć o tym, nad czym aktualnie pracowałem, staram się wyciszyć – mówiąc krótko: próbuję zasnąć. To jest niemożliwe przez siedem minut, niemniej uda mi się odprężyć i oszukać ciało na tyle, że gdy zadzwoni budzik (a mam wyjątkowo wredny dzwonek – i jeszcze kładę telefon obok głowy!), potrafię się zerwać (rano – niemożliwe) i działać ponownie przez dość długi czas.

Zaletą tego postępowania jest jego krótki czas – można je powtarzać (powiedzmy co godzinę). Poza tym – szybciej mogę stwierdzić, czy faktycznie mogę jeszcze popracować, czy trzeba iść już spać.

A dziś jest znakomita okazja do prezentowania właśnie tego sposobu – oto 12 marca obchodzimy Światowy Dzień Drzemki w Pracy (przypominam o moim magicznym kalendarzu z postępowymi świętami). Naukowcy twierdzą, że taka drzemka może wydłużyć życie, ja twierdzę, że podnosi efektywność – same zalety. Tak więc – jaśki w dłoń i do pracy!

A Wy macie jakieś sposoby na podniesienie efektywności w krytycznych momentach? Oczywiście legalne;)

Foto: Wikimedia Commons na licencji CC

wtorek, 16 lutego 2010

Zaobserwowane – polska język trudna

Nie od dziś wiadomo, że polski język do najłatwiejszych nie należy. Te wszystkie przypadki, wypadki, czasy, pasy…kto by to spamiętał? Zwłaszcza, jak jest się Chińczykiem, który ma za zadanie napisać coś na opakowaniu sprzętu AGD. Można się zakręcić – te wszystkie litery brzmią tak podobnie…

W ten sposób klasyczna tarka kpi sobie z kanonów językowych. Klasyka klasyką, ale nutka awangardy musi być.

Podobnie jest z nami, Polakami – gdy stykamy się z wyrazem pochodzącym z obcego języka, panikujemy. To wszystko można zapisać na kilka sposobów – i kazdy będzie pewnie znaczył coś innego! Co robić? Użyć mocy. chwycić w dłoń markera i wypisać najpiękniejsze menu po tej stronie ulicy!

Grunt, że tanie. Od 1,40. I czynne w niedzielę. Czyż róża pod innym imieniem mniej by pachniała? To samo dotyczy też słonych przekąsek. Oraz ciepłych bułek z mięsem:

Choć tu znajduję wyjaśnienie takie, że to nie jest kurczak, a szczęka lub policzek. Jedliście kiedyś kanapkę z policzkiem? A w Oliwie możecie…

Inna przerażająca kwestia to wszelkiej maści skróty. Z kropką, czy bez? Używać wielkich liter? I po co nam bez?

Ale pewnie się czepiam. Po prostu ten sklep jest czynny tylko w weekendy… Ależ tam musi być obrót!

Tak sobie nieładnie szydzę, ale każdy może popełniać błędy. Chiński robotnik, gdyński najemca, właściciel budki z dobrym jedzeniem czy gdański sklepikarz. A nawet – i to będzie moje alibi, zanim dodam do listy “popularny bloger” – ogólnokrajowy dystrybutor filmowy. I to całkiem niezłego filmu. Znakomitego reżysera. Amerykańskiego, a jakże!

Jeszcze nic nie widać? No to przyjrzyjmy się opisowi filmu. A zwłaszcza cechom głównego bohatera…

Znaczy jak? Uspokaja je? Uzupełnia niedobory? Zazdrość przeze mnie przemawia – też chciałbym tak działać na płeć przeciwną do mojej…

Ale żebym nie wyszedł na wrednego malkontenta (nie postrzegacie mnie tak przecież!), to na koniec przykłady, jak można z finezją i polotem użyć polskiego języka. Na przykład można zastosować rzadko już spotykaną inwersję i w ten sposób zaintrygować klienta.

OK, z drugiej strony tabliczki napis już brzmiał normalnie.

A tutaj – moim skromnym zdaniem – geniusz. Perfekcyjne wykorzystanie języka angielskiego (poprawnie gramatycznie) oraz polskiej gry słownej.

Czapki z głów, oto mistrz! Nie pamiętam, w którym mieście zrobiłem to zdjęcie, ale życzę tej firmie kolejnych dwudziestu lat w świetnej formie!

wtorek, 2 lutego 2010

52ksiazki.pl

Dzięki wpisowi na blogu Pawła “Fanatyka” Lipca poznałem ciekawą akcję społeczną pod nazwą “52 książki”. Ponieważ akcja warta jest rozpropagowania, pozwalam sobie skrobnąć o niej słów kilka

Pomysł został zapożyczony z podobnej akcji przeprowadzonej za granicą. Kanadyjski bloger, Julien Smith, pochwalił się, że w 2009 udało mu się przeczytać jedną książkę tygodniowo – i w bieżącym roku postanawia dokonać tego samego. Podstawową motywacją dla tego czynu był fakt, że świadomość pochłonięcia takiej ilości literatury jest niesamowicie radosnym odczuciem. Dodatkowo daje szerszy pogląd na świat, pozwala poznać nowe idee – ale przede wszystkim: jest super.

Dlaczego akurat 52 – czyli jedną tygodniowo? Julien twierdzi, że ustawienie sobie takiego dużego, nierealnego wręcz celu, pomimo że na początku przerazi, z czasem zmotywuje do czytania. Nie wiem, na ile ma się takie podejście do zasady SMART przy wyznaczaniu celów, ale widać u niego podziałało:) Przeciętnie jego książki miały 250 – 300 stron, co daje około 40 stron dziennie. Czyli, jeśli dobrze liczę, mniej więcej godzina dziennie. Tę godzinę można znaleźć przy odrobinie dobrej woli – w autobusie, pociągu, na przerwie, przed snem… Cała Polska czyta sobie – godzinę dziennie. Proste?

Oczywiście – czasem nie uda nam się skończyć książki w tydzień. Ale w takiej sytuacji Julien zaleca małe oszustwo – chwyćmy jakąś cienką książkę i przeczytajmy ją tak, aby statystyce stało się zadość. No i to jest coś, co niekoniecznie mi się podoba, bo odchodzimy tu od czytania dla przyjemności obcowania z literaturą, a robimy z tego jakiś konkurs.

Ale takie prawo pomysłodawcy, aby ustalać takie reguły. A naszym prawem jest te reguły omijać:)

W Polsce pomysł podchwycił Przemysław Komorowski i założył stronę 52ksiazki.pl – na której informuje o całej akcji. Trzymam kciuki za powodzenie, bo propagowanie czytelnictwa wśród Polaków jest rzeczą ważną. A jeśli przy okazji uda się ich odciągnąć od “M jak miłość”…rozmarzyłem się.

Jedyne, co do mnie nie trafia, to ten pęd ku statystykom – dlatego na własne potrzeby zmieniłbym to: na liczbę przeczytanych stron, albo ilość książek w miesiącu. Bo przy tempie jednej książki tygodniowo nigdy nie poznałbym “Lodu” Dukaja, który przeczytałem w minionym roku (1000 stron). Dlatego jeśli widzimy, że nie przeczytamy książki przed poniedziałkiem, to nic nie szkodzi – czytajmy dalej. Ale najważniejsze – nie przestawajmy. I miejmy już gotową następną lekturę, gdy zobaczymy biel ostatniej strony.

Ale na stronie 52ksiazki.pl jest jedne dobry patent – 50 stron. Jeśli książka przez 50 stron (czyli przez pierwszą godzinę) Was nie porwie – odłóżcie ją. Łatwo to sprawdzić – jeśli zaczynacie czytać i czujecie, że minęła już godzina, to chyba lepiej odłożyć książkę na półkę. Może to nie jest pozycja dla Was, a może jeszcze musi poczekać na swoją kolej (u mnie tak czekał Lem, do którego właśnie siadam). Jest to świetna zasada niekończenia, o której wspominał Ferris w “Czterogodzinnym tygodniu pracy” (polecam) – nauczmy się odkładać niedokończone te z naszych działań, które nic nam nie dają.

52ksiazki.pl są na tyle liberalne, ze dopuszczają każdy rodzaj książki: papierową, e-booka, m-booka, podręcznik, poradnik, beletrystykę. Dlatego chciałbym Was zachęcić do czegoś, co sam odkryłem niedawno – czytania kilku książek równolegle. W autobusie np. m-booka na komórce, wieczorem papierową cegłę do poduszki. To zdaje egzamin! Może każdą książkę czyta się przez to nieco wolniej, ale – jeśli czytamy np. jakiś podręcznik, który może nie mieć porywajacych fragmentów – pozwala nam to na oderwanie się od jednej lektury i zanurzenie się w inną, dla umysłowego relaksu.

To jak – zachęciłem Was do czytania? Jakie cele sobie wyznaczacie na 2010 rok? Książka tygodniowo? Miesięcznie? 10.000 stron rocznie? Same nowości czy może wrócicie do czegoś po latach. Co już przeczytaliście, co zamierzacie? Ja postanowiłem spisywać tytuły książek, które czytam – i na koniec roku opublikuję zestawienie. Zobaczymy, ile tego wyszło. Na dziś mój wynik wygląda następująco:

  1. Życie erotyczne wielkich dyktatorów” N. Cawthorne (zacząłem w 2009)
  2. Dylematy historii…” P. Wieczorkiewicza (zacząłem w 2009)
  3. Koniec człowieka” F. Fukuyamy
  4. Dziennik czasu plagi” A. Ziemiańskiego

Obecnie czytam “Opowieści o plocie Pirxie” Lema (papier) oraz “Perfekcyjną niedoskonałość” Dukaja (m-book). No i wieczorami “Biblię Excela 2007”. A na horyzoncie już są “Następne 100 lat” Friedmana, “Buszujący w zbożu” Salingera, “Młody, bogaty rentier” Kiyosakiego i “Książę” Machiavellego… A jeśli motywują Was opowieści innych o tym, co przeczytali, to zachęcam do obserwowania tagu #52ksiazki na Blipie.

To teraz – książki w dłoń!

Foto: Flickr.com, autor: Dawn Endico, zdjęcie na licencji CC BY-SA 2.0

poniedziałek, 1 lutego 2010

Zimowy spacer

Korzystając z pięknej, zimowej pogody, wybrałem się na spacer… No dobrze, musiałem kilka spraw załatwić:)

Oczywiście bez aparatu staram się nie ruszać, dzięki czemu mogę Wam zdać fotorelację z tego, jak pięknie w Gdańsku jest zimą – oraz na jakie cuda można się natknąć.

Zacznijmy od tego, że nie wszyscy uważają, że zwisające sople są zagrożeniem. Oczywiście teraz, gdy jest nieco cieplej – sople się topią, kapią ludziom na głowy – i mogą się w każdej chwili ułamać.

 

Ale i tak wyglądają malowniczo

Pomimo niewielkiego ocieplenia, połączonego z roztapianiem się śniegu, widać jeszcze w wielu miejscach niesamowite konstrukcje, jakie utworzył mróz.

 

Kra i nawisy śnieżne nad Strzyżą

A potem wyszło trochę promieni słonecznych i zrobiło się jasno, pogodnie. Jakoś tak radośniej – pomimo dość ciemnego nieba.

 

Wrzeszcz Dolny zimą

Potem zaś wyruszyłem na Przymorze, popatrzyłem sobie na bicie rekordu w grze na pianinie (nawet nakręciłem film, ale muszę go pociąć, bo blisko piętnastominutowe wykonanie “Yesterday” waży nieco za dużo dla YouTube), a potem ruszyłem dalej. Niedaleko kościoła, o którym już sporo pisałem, znalazłem… coś takiego:

Wygląda jak rzeźba

Zaciekawiony tą nietypową “instalacją” (wcześniej jej nie widziałem) podszedłem nieco bliżej i okazało się, że jest to rzeźba wykonana w całości z chrupek kukurydzianych!

Tego się nie spodziewaliście

No, może nie w całości – widać, że do konstrukcji użyto różnych wyszukanych technik. Na przykład wypełnienie zrobiono z papieru…

…a szkielet ręki z drucików…

Szczegóły pracy artysty

Niemniej całość jest pokryta chrupkami. No i nieco przysypana śniegiem. Niektóre z nich się już lekko rozpuszczają, ale rzeźba stoi. Abyście mieli pełen obraz pracy włożonej przez nieznanego mi artystę w to dzieło muszę dodać, że rzeźba jest naturalnej wielkości. Człowiek z chrupek jest nieco niższy ode mnie, ale stoi pochylony, więc może mieć około 170 – 180 cm wzrostu.

Uwielbiam takie pozytywnie zakręcone prace i mam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej o tej rzeźbie i jej twórcy. A wtedy z pewnością dam Wam znać.

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com