Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 października 2010

52 książki – 9 miesięcy

Brnąc dalej w zaszczytnej akcji podnoszenia średniej przeczytanych książek, warto rzucić okiem, co też ciekawego urodziło się po 9 miesiącach. Tempo całkiem niezłe, choć wszelkie spowolnienia tłumaczę zmianą stanu cywilnego. Tak, tak – nie jestem już najlepszą partią nad Wisłą, ożeniłem się, a to przełożyło się na spadek czytelnictwa. W końcu ślub i wesele to masa spraw do organizacji. Kto nie wierzy, niech sam spróbuje:) No a druga połowa września to podróż poślubna – i jakoś na czytanie nie było czasu… Zresztą na pisanie bloga, jak widać, również.

Ale dzięki mojemu ożenkowi wreszcie pojawiło się w temacie książkowym zdjęcie z książką! Dociekliwym tłumaczę – to traktat “O wojnie” von Clausewitza. Wybrany wyłącznie ze względu na szerokie marginesy. Pozycja na liście “do przeczytania”, swoją drogą – tymczasem leży sobie na półce z innymi książkami dla biznesu.

Zanim jednak przedstawię tradycyjną listę – wyznanie. W tym kwartale po raz pierwszy zacząłem czytać książkę i jej nie skończyłem. Ba, odrzuciła mnie ona od książek papierowych (tak, jak kiedyś “Pokaż, na co cię stać” zabiło we mnie miłość do audiobooków). Tą pozycją był “Wędrujący świat” Kołodki. Do dziś nie rozumiem, dlaczego zacząłem to czytać. W skrócie – narcyzm, prywata i niesamowicie trudny język (to o książce, nie o moich powodach). A przebrnąłem ledwo przez szesnaście stron. Odradzam gorąco, kupić tylko wtedy, jeśli ktoś ma w komodzie jedną nóżkę krótszą. I to znacznie krótszą, bo “Świat” jest sporą cegłą. Przypominam przy okazji żart, że stopnie miłości do siebie określamy następująco: normalny, narcystyczny, bufonada, Kołodko.

Ale nie ma sensu przeciągać w nieskończoność, skoro i tak pragniecie jedynie dowiedzieć się, z czym przyszło mi się zmagać w tym kwartale. I czy warto było?

  • D. Glukhowsky “Metro 2033”

Pierwsza z apokaliptycznych książek w tym kwartale. Gruba cegła, mocno wciągająca, rysująca bardzo spójny świat. A co to jest za świat? Tradycyjnie, jak to w tego typu produkcjach – mamy świat po wojnie atomowej. A właściwie – po zagładzie. Całkowitej. Na powierzchni nie pozostał już nikt. Piszę na powierzchni, ponieważ powieść dotyczy grupki kilkunastu tysięcy moskwiczan, którym w chwili ataku udało się zbiec do metra. Przypadkiem chwycili nieco trzody i drobiu, jakiś podstawowy sprzęt, broń… a to, czego zabrakło, zrobili sami. Lub przynoszą im stalkerzy – zawodowcy, odpowiednio wyposażeni na wyprawy na powierzchnię. Nie tylko w stroje ochronne, ale i w broń. Dużo broni. Bo na powierzchni czają się potwory. Zresztą na stacjach też nie jest lepiej – frakcje, wojny, wielka polityka, faszyści, komuniści, fanatycy religijni. Do wyboru, do koloru. A z okolic zapomnianej stacji zaczynają jeszcze przybywać “czarni” – zmutowane stwory, żądne krwi… A to dopiero początek. Warto dotrwać do zakończenia, bo ma w sobie to coś. Czy przeczytać? Bez wahania, nawet, jeśli do powieści tego typu podchodzimy łukiem.

  • R. Allen, M. Hansen “Jednominutowy milioner”

Książka będąca podobno biblią tych, którzy chcą się szybko wzbogacić. Polecana przez Cebulskiego w jego książce “Efekt motyla” (przeczytanej w poprzednim kwartale). Kompletny opis narzędzi niezbędnych do stania się milionerem. A konkretnie – światłym milionerem. Ci z Was, którym zapaliła się ostrzegawcza lampka na hasło “światły”, mogą ją zgasić. Żadnego werbunku do sekty nie stwierdzono. Ale wszelkiej maści pozytywne wizualizacje są tu na porządku dziennym. Podstawowe pytanie brzmi – czy minuta wystarczy, aby stać się milionerem? Autorzy odpowiadają dość wcześnie, nie trzymając nas w niepewności. Oczywiście, że wystarczy. Musimy mieć tylko bardzo wiele minut. A mówiąc serio: książka zasadza się na dwóch pytaniach. Pierwsze brzmi – czy umiałbyś zdobyć milion dolarów w miesiąc, kwartał albo rok? Tu zapewne większość odpowie sobie uczciwie, że nie. W tym momencie pada drugie pytanie – a gdyby od tego zależało życie Twoich najbliższych? Podchwytliwe, ale skuteczne. Książka dodatkowo jest ciekawie skomponowana – strony parzyste to poradnik z krwi i kości, a nieparzyste – opowieść o kobiecie, która miała tylko 90 dni na zdobycie miliona. Inaczej musiałaby na zawsze pożegnać się ze swoimi dziećmi. Jeśli lubisz książki motywacyjne – rzuć okiem.

  • M. Kozak “Renegat”

Ciąg dalszy przygód Vespera, bohatera książki “Nocarz” (również przeczytanej w poprzednim kwartale). Po tytule można się domyślić, co się stało. Tym razem sympatycznemu wampirowi z legitymacją ABW przyjdzie być “tym złym” (dajcie spokój, żaden “spoiler alert”, to było bardziej niż oczywiste). Mamy więc cały wachlarz duchowych rozterek – czy robię słusznie, co zrobić, jak zrobić, komu służyć, czemu być wiernym i tak w kółko. Plus tradycyjnie jedna scena seksu opisana ze szczegółami. Tym razem rozdziały układają się w dość spójny serial, a nie oderwane epizody, więc i lektura przykuwa skuteczniej. No i to zakończenie… Tak, można się domyślić, ale i tak chcę przeczytać ostatnią część, zatytułowaną “Nikt” (cóż za przewrotny tytuł). Książka jest znakomitym wypełniaczem podróży, nic więcej. Jeśli podobał Ci się “Nocarz”, to w klimatach z “Renegata” poczujesz się jak u siebie w domu.

  • A. Christie “Morderstwo w Orient Expresie”

Królowa kryminału znowu w moich rękach. Klasyczna sytuacja – zamknięta przestrzeń (tym razem luksusowe wagony pewnego kultowego pociągu, uwięzione w zamieci śnieżnej), trup, zagadka, coraz większy krąg podejrzanych, coraz mniej czasu. I na tym wszystkim, niczym wisienka na torcie, jeden wkurzający Belg, w randze detektywa. Hercules Poirot, bo o nim mowa, ma zwyczaj zjawiania się tam, gdzie akurat jest potrzebny. Albo – patrząc inaczej – ludzie z jego otoczenia mają brzydki zwyczaj umierać. I to niekoniecznie w naturalny sposób. Na szczęście błyskotliwy umysł detektywa poradzi sobie z każdą zbrodnią. Polecać chyba nie muszę, bo to książka równie specyficzna, jak wszystkie kryminały. Zwłaszcza te klasyczne. A ja jeden z elementów powieści zrozumiałem dopiero po przejażdżce nocnym pociągiem podczas podróży poślubnej (sypialne wagony w Polsce nie mają przejść między przedziałami).

  • M. Kozak “Fiolet”

Pani Kozak znowu pojawia się na liście, ale tym razem bez wampirów. Za to z kosmiczną inwazją. Tak wiec mamy kolejną książkową apokalipsę. Na naszej spokojnej planecie zupełnie nagle zaczynają wyrastać Fiołki. Wielkie rośliny (nie zgadniecie, jakiego koloru…), emitujące najprawdziwszy cyjanek. Draństwo upodobało sobie centra wielkich miast, wyrasta podstępnie, atakuje szybko i zabija wszystkich w pewnym promieniu. Gdy świat orientuje się, że fioletowe zło przybyło do nas z gwiazd, a “nasionka” regularnie wchodzą w naszą atmosferę, zaczyna się kombinowanie. Zarodniki można zniszczyć – ale tylko w powietrzu, zanim dotkną gruntu. Dlatego na całym świecie tworzone są jednostki spadochroniarzy, którzy mają jedno zadanie – podlecieć do namierzonego przez radary zarodnika i wytruć wszystko, co może zagrażać ludziom na dole. Nierzadko misje takie są samobójcze, bo truciznę do nasionka udaje się tłoczyć zbyt późno. Kiedy w centrum Warszawy wyrasta Fiołek, życie w stolicy zmienia się nie do poznania. W ścisłym centrum jest strefa śmierci. Na niebie królują spadochroniarze, przechwytujący zarodniki. A do tego mafia, służby, polityka – czyli polska rzeczywistość w sosie apokaliptycznym. Polecam, bo dość szybko się czyta i choć postacie są dość płaskie, to historia ma w sobie “to coś”.

  • A, Ziemiański “Wojny urojone”

Apokalipsa inaczej. Na orbitę ziemską wraca po długiej podróży wielki statek kosmiczny, właściwie – dwa statki. Na ich pokładach: kilka tysięcy mężczyzn. I jeden problem – ze starej planety nie docierają żadne oznaki ludzkiej bytności. A w każdym razie w takim jej stadium rozwoju, jakiej można się było spodziewać. Ludzie na planecie żyją w dziwnych miastach, z technologią jakby żywcem wyjętą ze średniowiecza. Kosmiczni podróżnicy postanawiają wyjaśnić zagadkę – główny bohater, wraz z kolegą, zostają wysłani przez dowódcę do zbadania sprawy. Z każdym kolejnym krokiem będą brnąć w nierealny świat. A my wraz z nimi. “Wojny urojone” to bardzo dobra książka, nie jest tak naiwna jak “Dziennik czasu plagi”, choć bazuje na tych samych ogranych schematach. Pomysł na scenariusz filmu – praktycznie gotowy. Bohaterowie – dokładnie tacy, jacy być powinni. Lektura lekka, łatwa i przyjemna, choć można dopatrzeć się drugiego dna. Oraz kilku niezłych tekstów. Zdecydowanie warto.

  • A. MacLean “Stacja arktyczna “Zebra””

Powieści sensacyjne MacLeana mają swój urok. I nie mówię tu tylko o tych, które dzieją się podczas ostatniej wojny światowej. “Zebra” to historia z czasów Zimnej Wojny – więc przy czytaniu ma się świadomość, że dziś pewne sprawy załatwia się inaczej. Niemniej opowieść wciąga – i tak być powinno. Do samego końca kombinowałem, kto jest tym złym, a kto jest tym dobrym. A do tego otrzymujemy niesamowicie realistyczny opis niegościnnej, lodowej pustyni. Jeśli tam faktycznie tak wygląda, to za wycieczkę w okolice Bieguna Północnego chyba podziękuję. Kronikarsko o fabule – stacja meteorologiczna na gigantycznej, dryfującej krze lodowej, w wyniku pożaru traci łączność ze światem. Dzielna marynarka spod znaku gwiazd i pasków wysyła dzielnych marynarzy na dzielnej łodzi podwodnej o napędzie atomowym, aby uratować polarników. Ale nie wszystko idzie gładko, co prowadzi do wniosków, że może ktoś, gdzieś, jakoś – maczał w tej całej sprawie brudne paluchy. Pomimo arktycznego wiatru, wiejącego ze stron książki, gorąco polecam.

  • J. Clarkson “Świat wg Clarksona 3”

Zbiór felietonów autorstwa najbardziej rozpoznawalnego dziennikarza motoryzacyjnego z Wielkiej Brytanii. Choć felietony napisano kilka lat temu, dotykają dość uniwersalnych tematów, jak relacje międzyludzkie, polityka na Wyspach czy ekologia. Znając styl Clarksona nietrudno się domyślić, że będzie miał zdanie odmienne niż politycznie poprawna większość. Płetwale błękitne? Można je wybić. Ekolodzy? Zacznijmy do nich strzelać. Dzieci? Demony z piekła rodem. I tak w kółko. Barwne metafory, przewrotne logika i wyrazisty autor – to się może podobać. Warto poznać, nawet jako “sztukę dla sztuki” – nie trzeba się zgadzać z Clarksonem, aby docenić jego kunszt felietonisty. I tylko felietonisty, bo pisarzem to on chyba nie jest. Krótka, treściwa i zabawna forma – oto jego powołanie.

Kusiło mnie, aby umieścić w tym zestawieniu jeszcze jedną, rewelacyjną książkę, którą skończyłem czytać po powrocie z podróży (czyli na początku października), a której we wrześniu najzwyczajniej nie zdążyłem doczytać (nie chciało mi się zabierać książki, gdzie zostało mi około 30 stron). Ale skoro ustaliłem sobie na początku twarde zasady, że opisuję wyłącznie książki, które skończyłem czytać w danym kwartale, to będę zasadniczy. Ową książką zacznę więc zestawienie za czwarty kwartał – opublikowane na początku stycznia. Wtedy też podsumujemy całą akcję i zobaczymy, co z niej wyszło. Trzymajcie kciuki, bo droga wciąż daleka, a czasu coraz mniej!

czwartek, 1 lipca 2010

52 książki – półrocze

Ani się człowiek obejrzał, a minął kolejny kwartał. Pora więc na drugie podsumowanie akcji 52 książki w moim wykonaniu. Półmetek już za nami, więc można mniej więcej szacować, jak mi idzie. Oczywiście są szanse, że ostro przyspieszę na finiszu, ale z drugiej strony trzeci kwartał upłynie mi pod znakiem nowej drogi życia, więc zapewne i czytania będzie mniej. Choć widzę, że nieznacznie przyspieszyłem w tym kwartale (zarówno patrząc na liczbę książek, jak i na liczbę stron, którą skrzętnie notuję i ujawnię po zakończeniu roku), to i tak mi daleko do pewnej wpływowej blogerki, która wręcz połyka książki:)

W tym kwartale znalazło się kilka pozycji klasycznych, obowiązkowych z samego faktu istnienia. Niemniej przy każdym tytule zamieszczam miniaturową recenzję z rekomendacją.

Nie przedłużajmy więc bez sensu tego wstępu (który swój sens ma) – oto książki, które skończyłem czytać w ciągu minionych trzech miesięcy.

  • J. Clavell “Król szczurów"

Bardzo dobra lektura. Dla nas w Polsce II WŚ to głównie działania w Europie – wiedza o wojnie na Pacyfiku nie jest chyba zbyt powszechna. A zwłaszcza wiedza o japońskich obozach jenieckich. “Król szczurów” to obraz życia w jednym z takich obozów – obraz ponury, pełen śmierci, strachu, brudu, smrodu i chorób. A jednocześnie pokazujący, że nawet w tak trudnych warunkach można sobie radzić. Czasem działając na granicy moralności, często poza granicami obowiązujących przepisów – ale człowiek zawsze będzie chciał przeżyć. I ta wola przeżycia może go zmotywować do robienia rzeczy niesamowitych. Opowieść o przedsiębiorczym Amerykaninie, ścigającym go angielskim żandarmie i całej obozowej rzeczywistości – to coś, co przeczytać warto. Choćby dla samego spojrzenia na kwestię obozów wojennych inaczej niż po seansie “Wielkiej ucieczki” czy przygód Franka Dolasa.

  • G. Friedman “Następne 100 lat”

Amerykański politolog opisuje XXI wiek. Cały. Z tej książki możemy się spokojnie przekonać, jak będzie wyglądać najbliższe 90 lat – a weryfikacja owych prognoz jest utrudniona faktem, że całość zaczyna się właśnie około 2010 roku. W Polsce ta książka dostała dodatkową reklamę, bo zdaniem Friedmana w najbliższym stuleciu Polska zostanie jednym ze światowych mocarstw. Oczywiście, jeśli wczytać się dokładnie, okaże się, że nie mocarstwem, a silnym krajem, nie sama, a z pomocą Wujka Sama, i nie na długo, bo główny eksporter demokracji będzie miał swoje plany – ale nie warto zdradzać zakończenia, prawda? Dość powiedzieć, że dzięki ścisłemu sojuszowi z USA możemy zyskać więcej niż dzięki mistrzostwom w 2012. A co jeszcze będzie się działo ze światem? Tu już odsyłam do książki, po którą warto sięgnąć dla poznania mechanizmów konstruowania tego typu prognoz – oraz ku pokrzepieniu serc. No i żeby wiedzieć, kiedy zacząć gromadzić konserwy na wojnę z… Turcją.

  • A. Pilipiuk “Kroniki Jakuba Wędrowycza”

W pierwszych klasach liceum (a może ostatnich podstawówki) w drugim obiegu (tak, żeby nauczyciel nie widział) krążył zbiór opowiadań pod nazwą “Magiczne przygody Kubusia Puchatka”. Chętni mogą zapytać Wujka Google, a z pewnością dotrą do pełnego tekstu. W “Magicznych przygodach…” znani i lubiani bohaterowie ze Stumilowego Lasu wiedli życie pełne alkoholu, narkotyków, ostrej muzyki, przekleństw, przygodnego seksu w różnych konfiguracjach i losowo popełnianych aktów przemocy (głównie przeciwko dresiarzom i klerowi). Ot, taka opowiastka w sam raz dla nastolatków. Dlaczego o tym wspominam? Bo “Kroniki Jakuba Wędrowycza” to ten sam poziom, minus przekleństwa, seks i narkotyki. Wersja nieco ugrzeczniona. Opowieści o zmaganiach najpotężniejszego świeckiego egzorcysty w Polsce z siłami mniej lub bardziej czystymi jakoś do mnie nie przemówiły. No, może poza ostatnim rozdziałem, który z jakiegoś powodu przypadł mi do gustu – ale i tak już nie pamiętam, o czym był. Może to i jest zabawne, a ja nie mam poczucia humoru. A może nie jestem już w liceum. Takim starym koniom jak ja – raczej odradzam. Młodsi ciałem i duchem mogą sięgnąć.

  • A. Christie “Czarna kawa”

Królowa kryminału. Coś trzeba dodawać? Mamy trupa, mamy podejrzenie kto jest mordercą – pojawia się genialny detektyw Poirot – a potem mamy mieszanie tropów. Już wiemy, kto zabił, a potem okazuje się, że jednak ktoś inny, a potem, że znowu ktoś inny miał motyw, ale nie miał możliwości. I tak w kółko, aż do samego końca. Kogo zabito i dlaczego jest mniej istotne niż to kto, kiedy i jak tego dokonał. Jeśli ktoś lubi kryminały, to może sięgać w ciemno – o ile już jej nie zna. Ta książka to miał być mój pierwszy kontakt z twórczością Christie – bo w młodości czytałem głównie Joe Aleksa. I muszę przyznać, że ów pierwszy kontakt był bardzo udany…

  • A. Christie “Dom przestępców”

…do czasu, jak sięgnąłem po “Dom przestępców”. Nie, żebym nagle stracił przyjemność. Po prostu przypomniałem sobie, że tę książkę już kiedyś czytałem. Tak więc “Czarna kawa” straciła palmę pierwszeństwa. No i mniej więcej od drugiego, trzeciego rozdziału wiedziałem z całą pewnością, kto zabił. O co chodzi tym razem? A czy to istotne? Nie ma Poirota – to jedno. Nadal mamy trupa, podejrzenie, zmyłkę, kolejnego trupa, dalszy ciąg zmyłek – i tak do ostatniej litery. Choć rozwiązanie zagadki jest dość ciekawe. Ale nic więcej już nie piszę, rekomendacja taka sama jak w przypadku “Czarnej kawy”.

  • J.D. Salinger “Buszujący w zbożu”

To podobno ulubiona książka wielkiego fana Jodie Foster, Johna Hinckleya – tego samego, który z miłości do młodej aktorki strzelił do Reagana. “Buszujący…” miał też niesamowity wpływ na Marka Chapmana – tego, który strzelił do Lennona. Książka inspirująca dwóch “samotnych strzelców” (co wykorzystano w dobrym filmie “Teoria spisku” z Melem Gibsonem) – coś takiego musiałem przeczytać (przesłuchałem też kiedyś “White Album” Beatlesów, który ponoć zainspirował Charlesa Mansona, nazwijmy to eksperymentowaniem). Po zakończeniu lektury nie miałem ochoty strzelać do nikogo znanego, więc na wyżej wspomnianych panów musiało wpłynąć coś jeszcze. Co do samej lektury – dziś ten tekst już tak nie gorszy, ale w momencie pierwszego wydania przekleństwa i seks wśród nastolatków musiały szokować. Historia chłopca, który błąka się po Nowym Jorku wciągnęła mnie na dobre – niby zwykła opowiastka, bez pościgów, morderstw i fajerwerków, a jednak ma w sobie coś pociągającego. Może dlatego że sam kiedyś chciałem się tak błąkać po mieście, aby przemyśleć swoje życie? “Buszujący w zbożu” to klasyka, ale nie tylko dlatego warto po niego sięgnąć. To kawał dobrej lektury (i pewnie dlatego jest klasyką).

  • F. Forsyth ”Dzień Szakala”

Pozostajemy w klimatach zamachowców i samotnych strzelców, ale zajmujemy się tematem nieco poważniej. Jeśli “Psy wojny” tego samego autora to podręcznik dla najemników i wszystkich planujących przewrót w małych państewkach afrykańskich, tak “Dzień Szakala” to instrukcja dla zamachowców – i to z serii “dla opornych”. Ciekawie czyta się o tych wszystkich przygotowaniach w realiach lat 60. ubiegłego wieku – człowiek zastanawia się, jak by to wyglądało dzisiaj, w dobie globalizacji (podobne przemyślenia miałem przy lekturze “Monachium”). Czy byłoby łatwiej, czy trudniej? Na to pytanie potrafiłby odpowiedzieć jedynie jakiś współczesny “cyngiel” pierwszej kategorii. Dla nas, niezaznajomionych z morderczym rzemiosłem (jak mniemam) “Dzień Szakala” to wartka akcja, dobrze zarysowane postacie, precyzyjne opisy mojego ulubionego Paryża i historia, która musi wciągnąć. Jeśli nie masz alergii na powieści sensacyjne – chwytaj książkę w dłoń.

  • S. Johnson “Kto ukradł mój Ser?”

Podobno ta książka potrafi zmienić życie człowieka. Podobno na zawartych w niej treściach bazują liczne duże koncerny. Podobno po jej przeczytaniu nie ma siły – trzeba zacząć żyć inaczej i nie dać się zaskoczyć zmianom. Książka krótka, prosta, z jasnym przekazem – ale może właśnie dlatego tak dobrze trafia do ludzi? Historia dwóch myszek i dwóch ludzi, zamkniętych w tajemniczym labiryncie, poszukujących Sera – a potem znajdujących go. A potem, gdy cały Ser nagle znika – zaczynają się kłopoty. Jak poradzić sobie w nowej, bezserowej sytuacji? Siedzieć i narzekać? Pobiec przed siebie? Nieistotne, co dla Ciebie symbolizuje Ser. Miej świadomość, że kiedyś go stracisz. Przygotuj się na to – a ta książka, nawet jeśli powie Ci coś oczywistego, przygotuje Cię na rozstanie się ze swoim Serem. Warto przeczytać w jeden wieczór i pomyśleć, co ja robię ze swoim Serem.

  • A. Christie “Dziesięć małych murzyniątek”

…jadło obiad w Murzyniewie – jedno z nich się zakrztusiło i zostało tylko dziewięć. Zwykli obywatele są mordowani na tajemniczej wyspie wedle klucza z dziecięcej wyliczanki. Znowu Christie i znowu klasyk. Ta książka to matka wszelkiej maści horrorów dla nastolatków, choć sama jest pełnokrwistym kryminałem. Narastające z akapitu na akapit napięcie można kroić nożem. Czytelnik chce wiedzieć tylko jedno – jak to wszystko jest możliwe. Otóż jest możliwe, jak pokazuje zakończenie. Podobno polityczna poprawność nakazuje niektórym wydawcom zastępować małe murzyniątka odpowiednio marynarzami albo innymi osobami, ale zasada jest ta sama. Wyspa, wyliczanka, morderstwa. Nawet, jeśli nie lubicie kryminałów, to tę pozycję warto znać.

  • Z. Ryżak “Efekt jojo w motywacji”

Początkowo myślałem, że jest to świetny przykład jak napisać książkę motywacyjną bazując na cytatach z Marka Aureliusza. Jednak z czasem umacniałem się w swoim drugim przeświadczeniu – że “Efekt jojo…” to pochwała minimalizmu w życiu. Nam, ludziom postronnym, efekt jojo kojarzy się zapewne z odchudzaniem i najpopularniejszymi tematami z pism kobiecych (zaraz obok lepienia pierogów i tego długiego wyrazu na “c”). Tymczasem jojo działa w całym naszym życiu. Zawsze poruszamy się po czymś, co od biedy może przypominać sinusoidę – i trzeba to zaakceptować. Nauczyć się z tym żyć. I zrozumieć, że nie zawsze i nie wszystko trzeba zrobić. A motywacja przyjdzie sama, bez względu na to, ile szkoleń zaliczysz i książek przeczytasz. Jeśli masz problem z natłokiem spraw w życiu – przeczytaj (albo przesłuchaj, tak jak ja). Pointa? Po prostu weź się do roboty.

  • K. Cebulski “Efekt motyla”

Znacie tę historię – trzepot skrzydeł motyla w jednym miejscu świata spowoduje burzę w zupełnie innym miejscu. Jak się człowiek nad tym dokładniej zastanowi, to powinien tym małym draniom wyrwać wszystkie skrzydełka, żeby nie było już żadnych klęsk żywiołowych. Tu jednak mamy historię młodego polskiego milionera. Twórcy np. księgarni internetowej Aragorn.pl – oraz właściciela kilku innych biznesów. Jeśli ktoś, kto zaczął pracę w wieku lat szesnastu, a w wieku lat dwudziestu dwóch jest milionerem, pisze książkę o sobie – to warto ją przeczytać. Ów efekt motyla w życiu sprowadza się do tego, że nie warto siedzieć przed telewizorem i wylegiwać się w łóżku – trzeba rzucać się w wir życia, bo nigdy nie wiemy, co wyniknie z poszczególnych zdarzeń. Może właśnie uda nam się trafić na tego motyla, który przyniesie nam bogactwo, miłość i szczęście? Historia Cebulskiego jest mocno inspirująca – aż chce się samemu coś zdziałać. I o to chodziło. Jeśli potrzebujesz przykładu, aby mieć kopa do działania – tu masz drogę.

  • M. Szuba “Pokaż, na co cię stać”

Wydawać by się mogło, że to zbiór tekstów grupy Feel. Albo apel opublikowany przez urzędników kontroli skarbowej. Tymczasem to kolejna książka motywacyjna w tym zestawieniu. O ile jednak książki Ryżaka i Cebulskiego chłonąłem bez przerwy, o tyle pozycja autorstwa Szuby mnie rozczarowała. Do tego stopnia, że odpuściłem sobie na jakiś czas audiobooki. Po prostu bałem się, że trafię na kolejną tak ciągnącą się książkę… O czym jest ta książka? O tym, o czym podobne podręczniki do motywacji – jak się zmusić, gdy nam się nie chce, a chcielibyśmy chcieć. Niestety (dla mnie i tej recenzji) książka bazuje na NLP. A więc mamy garść porad jak się zaczarować. Mój problem polega na tym, że w NLP wierzę połowicznie – tzn. sądzę, że potrafiłbym kogoś w ten sposób poderwać, przekonać do siebie itp, ale nie wierzę, że to podziałałoby na mnie. Do tego mamy tu zupełne podstawy NLP. Jeśli dla kogoś kotwice, wizualizacje i tego typu zaklęcia to chleb powszedni – może sobie darować. Jeśli nie wie, o czym mówię – są lepsze pozycje. Dodatkowy minus za wplecenie w audiobooka fragmentów wykładu – z fatalnym nagłośnieniem.

  • S. Hawking “Krótka historia czasu”

Książka mająca w założeniu w prosty i klarowny sposób tłumaczyć to wszystko, co trudno przeciętnemu człowiekowi pojąć – fizyka, czas, podróże kosmiczne, czarne dziury… Książka napisana lekkim, fajnym stylem, choć nie znaczy to, że można ją czytać nieuważnie. Tu wszystko jest istotne dla zrozumienia tej czy innej kwestii. Jedna strona rozkojarzenia – i prawdopodobnie nie trafią do nas kolejne. Jeśli jednak poświęcimy tej klasycznej już pozycji odpowiednio dużo czasu i uwagi, cała ta magiczna teoria przyjdzie do nas sama. Najlepszą recenzją książki Hawkinga jest to, że napisał ją w latach osiemdziesiątych i nadal jest ona aktualna. W przypadku nauk przyrodniczych to spory sukces. Do tego postać samego autora, który żyje na przekór pierwotnym diagnozom lekarzy zachęcają, aby sięgnąć po książkę i odkryć, jak wielki umysł jest uwięziony w chorym i bezwładnym ciele. Przeczytać warto – choćby po to, aby nie wyjść na kompletnego w dyskusji. Oraz żeby z jeszcze większą przyjemnością czytać Cytadelę.

  • D. Spychalski ”Krzyżacki poker” t. I i II

Miałem tu problem natury technicznej – czy zaliczyć “Krzyżackiego pokera” jako jedną książkę (bo to w sumie jedna historia, rozbita na dwa tomy), czy jako dwie (bo to jednak dwa tomy, opisujące jedna historię). Nie wiem, tutaj umieszczam jako jedność, a przy końcu roku zobaczymy co i jak. No, chyba że pomysłodawcy akcji “52 książki” zechcą zabrać głos. Wróćmy jednak do lektury – książka Spychalskiego to opis historii alternatywnej (a to niespodzianka na moim blogu!) – i to dość nietypowej. Wyobraźmy sobie, że król Jan nie ruszył z odsieczą na Wiedeń. Że muzułmanie zajęli całą Europę. Całą? Nie, jest jedna mała wioska Galów jeden kraj, który oparł się nawale półksiężyca, a nawet stał się prawdziwym mocarstwem. To Rzeczpospolita – wielkie państwo, z własnymi koloniami w Afryce (gdzie ciemnoskórzy Polacy, z podgolonymi łbami i szablami przy kontuszach maja typowo polskie charaktery), stolicą we Lwowie oraz lennikiem – państwem krzyżackim. Zakonnicy, zmuszeni składać coroczny hołd w Toruniu, postanawiają uzyskać niepodległość. Z tej przyczyny wchodzą w posiadanie nowej, potężnej broni – bomby atomowej. Cała historia jest nieco nierówna i ma się wrażenie, że niektóre wątki upchnięto tylko po to, aby pokazać umiejętność autora w kreowaniu świata. Ale to drobiazg. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie. No i duma człowieka rozpiera, jak słyszy o najlepszej na świecie ciężarówce Żubr.

  • R. Kiyosaki “Młody, bogaty rentier”

Przyznaję bez bicia, że Kiyosakim (a raczej jego książkami) jestem zafascynowany od momentu gdy przeczytałem “Bogatego ojca, biednego ojca”. Wpierw z wypiekami na twarzy chłonąłem oczywiste oczywistości, odkrywane przede mną na nowo. Przyznaję bez bicia, że tamta lektura ukształtowała mój pogląd na wiele dziedzin finansów osobistych i – przykładowo – nigdy nie nazwę własnego mieszkania “inwestycją” czy “aktywem”. Kilka kolejnych książek otworzyło mi oczy na zakładanie firm i dochodzenie do bogactwa w ten sposób. Również niesamowite. Jednak od pewnego czasu jestem oczarowany umiejętnością Kiyosakiego do tworzenia grubych książek, obracając w kółko tymi samymi trzema zdaniami. Nie inaczej jest z “Rentierem” – niby to historia Kiyosakiego, jego drogi do finansowej niezależności, ale mamy tu to samo – nieruchomości, mocna wiara, tajemniczy mentor (który, jak udowodniono – prawdopodobnie nigdy nie istniał), opcje, magiczny świat bogatych i takie słowa klucze jak “dobry dług”, “kontekst” czy “rzeczywistość”. Nieco wkurza świadomość, ze najlepszym biznesem Kiyosakiego jest uczenie innych, jak robić biznesy, ale cóż – jest w tym skuteczny. Tym razem można sobie jednak odpuścić, jeśli się nie jest fanatykiem. Chwila lansu – mój egzemplarz jest z autografem autora.

  • M. Kozak “Nocarz”

Pierwsza część trylogii. Aż sam nie wiem, co o tym sądzić – bo z jednej strony wartka akcja, wybuchy, pościgi, strzelaniny, a z drugiej jakieś to wszystko oderwane od siebie. Jak serial, a nie jak film. Owszem, czyta się dobrze, czasem z wypiekami na twarzy, ale gdy kończy się rozdział, można swobodnie zamknąć książkę i pójść spać. O ile nie przyśni nam się nic z treści. Bo w książce mamy takie rzeczy, że hej – tajny ośrodek ABW, wampiry dobre, wampiry złe, zew natury (wampirzej, a jakże), sztuczną krew (dla tych dobrych), naturalną krew (dla tych złych – bo smaczniejsza), klany, lordów i jedną scenę seksu w barze (wspominam o niej, bo jest prawie jak z “Hustlera” – gdyby było ich więcej, to bym zrozumiał konwencję, ale jeśli jest tylko jedna, to nie widzę w niej żadnego celu). Ponieważ to dopiero pierwsza część trylogii, mógłbym spokojnie zdradzić zakończenie (zresztą trudno się go nie domyślać), ale taki wredny nie będę. “Nocarza” polecam, bo po pierwsze wspieramy polskie produkty, a po ostatnie – z literatury lekkiej, krwistej i nieco mrocznej mamy tu coś, co spokojnie można poczytać w pociągu. Wiem co mówię, czytałem.

I to tyle, jeśli chodzi o pierwsze półrocze moich 52 książek. Lada moment skończę dwie kolejne cegły, a w kolejce czekają następne. Trzymajcie kciuki, abym miał nadal czas na czytanie!

środa, 23 czerwca 2010

Przedwojenne lotnicze zdjęcia Gdańska

Otrzymaliśmy przepiękny album “Gdańsk na fotografii lotniczej z okresu międzywojennego”. Albumy mają niestety to do siebie, że po kilkukrotnym obejrzeniu pozwala im się zbierać kurz na półce. Tym razem jednak mam silne przeczucie, że będzie inaczej. Jako osoba zafascynowana tym, jak moje miasto wyglądało przed zrujnowaniem wyzwoleniem przez czerwonoarmistów, planuję zaglądać do niego bardzo często.

W albumie umieszczono blisko połowę zbioru lotniczych fotografii Gdańska z czasów pruskich, będących obecnie w posiadaniu Instytutu Herdera. Tu mała uwaga dla tych, którzy okres Wolnego Miasta i jakąkolwiek nim fascynację automatycznie łączą z gloryfikowaniem nazizmu – zdjęcia zostały zrobione pod koniec lat 20., a więc zanim na berlińskich salonach pojawił się pewien sfrustrowany malarz z Austrii. Gdańsk był miastem, jakich wiele…

i w tym tkwi urok tych zdjęć.

To album różny od tych z serii “Był sobie Gdańsk…” autorstwa Donalda Tuska i Grzegorza Fortuny (nie mam żadnego z nich, niestety, ale przeglądałem je kilkukrotnie). Tam mogliśmy obserwować wszystko z poziomu ulicy, dostrzegać detale, porównywać fasady budynków przed dziesiątkami lat z tym, co dotrwało do dziś. W przypadku zdjęć lotniczych mamy do czynienia z taką inną mapą. Inną, bo rozrysowaną pod kątem oraz prezentującą budynki.

Można więc pokusić się o nieco szersze spojrzenie, porównanie już nie tylko budynków czy ulic, ale całych kwartałów, dzielnic – ba! Miasta! Jednym zdjęciem udało się objąć całe Główne Miasto – i choć nie jest to może fotografia w najwyższej jakości, to sporo można zaobserwować. Pusty plac w miejscu Urzędu Wojewódzkiego. Wielką Synagogę, rozebraną w latach trzydziestych, aby nie wpadła w ręce hitlerowców. Zwartą zabudowę na Targu Węglowym i stary budynek teatru. Liczne budynki na Wyspie Spichrzów, po których do dziś pozostały tylko straszące ruiny. I wiele, wiele innych różnic.

Ten album to dla mnie podwójna frajda. Maniak Gdańska i maniak latania może połączyć obie manie w jednym wydawnictwie.

Patrzę na te zdjęcia i widzę, jak żywe to było miasto przed wojną. Jaką miało piękną zabudowę. I jak fajnie można było je rozwinąć – to w Gdańsku planowano budowę w latach 20. XX w. pierwszego w Niemczech drapacza chmur. Zresztą – wszystkie zdjęcia (nawet te, które nie załapały się do albumu) można obejrzeć na stronie Instytutu Herdera.

Jedno zdjęcie zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Wstawiam je tu ze znakiem wodnym, ale mam nadzieję, że sporo i tak widać:

Obszar na fotografii to Dolny Wrzeszcz. Widać dzisiejszy Plac Komorowskiego, Plac Wybickiego. Jasne pole po lewej, poza zabudowaniami – to lotnisko na dzisiejszej Zaspie. Natomiast te puste pola, ciągnące się aż do morza i w stronę Sopotu – to dzisiejsze dzielnice Zaspa i Przymorze. 90 lat po zrobieniu zdjęcia pola zamieniły się w betonową, miejską dżunglę.

Niesamowite.

Dla zainteresowanych – na stronie HI znalazłem informację o podobnym albumie o Wrocławiu. A więc nie tylko Danzig, także Breslau może pokazać, jak pięknie kiedyś wyglądał z powietrza.

EDIT: na Blipie ^Norveg uzupełnił informację, że album o Wrocławiu był pierwszy, a za oba odpowiada to samo, wrocławskie wydawnictwo. A do tego podesłał mi zbiór kolejnych pięknych zdjęć lotniczych przedwojennego Gdańska, niektóre można całkiem nieźle powiększyć. Polecam.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Zaobserwowane - wielka księga wszystkiego, głównie głupoty

UWAGA – WPIS ZAWIERA TREŚCI MOGĄCE WZBURZAĆ, OBRAŻAĆ, GORSZYĆ. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Nie tak dawno wybraliśmy się do Empiku (pełna kultura) w Galerii Bałtyckiej, aby kupić kilka książeczek dla mojej siostrzenicy. Mała podobno szaleje na punkcie książek, więc co może kupić dobry wujek, jeśli nie kilka pozycji, które bawią i uczą (tu uprzedzam moją siostrę, jeśli będzie to czytać – spoko, książek, o których za chwilę napiszę, nie kupiłem).

Wybierając pomiędzy książkami z serii “Reksio uczy” (Reksio rządzi!) a klasycznymi bajkami Brzechwy (“na straganie leży leń”, czy jakoś tak…) trafiliśmy na regał oznaczony jako “kolorowanki | edukacja”. No cóż, na edukację nigdy nie jest za wcześnie. Regał, jak możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu, wygląda zwyczajnie, wręcz niepozornie.

Poszukując dobrej książki dla małej dziewczynki znalazłem pozycję, która mnie nieco zszokowała. Tytuł pasowałby doskonale do jakiegoś horroru z przymrużeniem oka.

Ale w sumie – dzieci są ciekawe świata. Przypomniałem sobie, że kilka lat temu słyszałem o pozycji “Książka o kupie” – o ile dobrze kojarzyłem fabułę, książka opowiadała o przygodach krecika, któremu jakieś zwierze zabrudziło norkę, albo czubek głowy (bo krecik nierozsądnie z norki wyjrzał). Mały krecik ruszył więc na poszukiwania sprawcy, podglądając zwierzęta w czasie…gdy były nieosiągalne. Książka zaspokajająca ciekawość, tłumacząca świat, z nutką detektywistyczną. W sumie – czemu nie? Robale wpisują się w ten nurt – a dziś dzieci pytają o wszystko.

Potem przypomniałem sobie, że nie tak dawno słyszałem o książce “Wielka księga siusiaków”. W sumie zakładałem, że treść będzie podobna – znowu krecikowi coś wpadło do norki, znowu musi znaleźć winnego. Klasyk. Perwersyjny, ale klasyk. Uśmiechnąłem się do swoich myśli (często mi się to zdarza) i powiedziałem do Ukochanej:

- Szkoda, że nie ma tu “Wielkiej księgi siusiaków”.

- Ależ jest, zobacz tutaj – powiedziała moja Narzeczona, a ja pochyliłem się nad półką. Faktycznie, taka książka dumnie stała na regale.

Razem z koleżankami.

Tak, dobrze widzicie tytuły. “Nocnik nad nocnikami”, “Wielka księga cipek” czy “Boga przecież nie ma”. A do tego obok jeszcze coś dla nieco starszych dziewczynek.

Jak widać, tu mamy do czynienia z “Małą książką”, a nie “Wielką księgą” – najwyraźniej temat nie wymaga aż takiej uwagi.

Zaintrygowany tytułem książki o Bogu (może się tu zabłąkała, może przenieśli ją z działu o religiach) otworzyłem małą książeczkę na losowej stronie.

Czy książka dla dzieci operuje takimi słowami jak “dowód ontologiczny”? Swoją drogą – rozumiem, że nie ma obowiązku wychowywania dzieci w jakiejkolwiek wierze, ale pewien agresywny ton w tej książce budzi jednak mój niepokój.

Na teologii znam się raczej słabo, może to nie jest książka dla mnie. Ale ponieważ nawet z książek dla dzieci można się czegoś dowiedzieć, postanowiłem sięgnąć po tę, z której faktycznie mógłbym coś wynieść. Znowu otworzyłem na losowej stronie i…

…zdębiałem. Jeżeli ktoś nie widzi zbyt dokładnie, oto fragment strony 31.

Wygląda jak skrzyżowanie “Cosmo” z “Hustlerem”. W wersji dla dzieci, oczywiście. Pobieżne przekartkowanie reszty książeczki pozostawiło mnie z uczuciem głębokiego zniesmaczenia. Wszystko to w pobliżu kącika dla dzieci, na jednej z najniższych półek, w zasięgu małych rączek.

Nie wiem, może jestem zbyt konserwatywny, może nie nadaję się na te nowe, wspaniałe czasy. Rozumiem, że dzieci są ciekawe świata. Że tę ciekawość należy zaspokajać. Że poczytaj mi mamo i że książka najlepszą zabawką. Że sam nie mam dzieci, więc co ja się wypowiadam, nie znam się, porozmawiamy za kilka lat. Ale to już chyba przesada. To, co znajdowało się w tych książeczkach, nie nadaje się tu nawet do cytowania, abym nie miał potem wejść z wyszukiwarek jakichś napaleńców, wpisujących dziwne zapytania.

Zastanawiam się, co będzie następne - “Kamasutra dla najmłodszych” czy może “Zrób to sam”? No i czemu nie ma “Wielkiej księgi pośladków, biustów i skórzanych pejczy”? Co znamienne – wszystkie książeczki poruszające tematykę “bez tabu” napisane zostały przez autorów o skandynawskich nazwiskach. Ziemia, która dała nam wikingów, Lego oraz tanie meble do samodzielnego montażu, teraz rodzi autorów tego typu “dzieł”. Coś im do wody sypią czy jak?

wtorek, 6 kwietnia 2010

52 książki – podsumowanie pierwszego kwartału

Zgodnie z moim planem, pora na podsumowanie akcji “52 książki” w pierwszym kwartale 2010. Założyłem sobie, że na koniec każdego kwartału nie tylko podam, jakie książki przeczytałem, ale także dla każdej z nich zmieszczę krótką recenzję, opis, z zaznaczeniem, czy daną pozycję polecam, czy odradzam. Warunek do umieszczenia książki w podsumowaniu jest jeden – daną książkę skończyłem czytać w konkretnym kwartale. Dlatego w dzisiejszym zestawieniu jest kilka książek, które zacząłem czytać jeszcze w 2009.

Tym razem podsumowanie nieco opóźnione, ale to wszystko przez święta, sami rozumiecie. Ciasta same się nie zjedzą:)

Od razu zaznaczam, że nie czytałem jednej książki tygodniowo – ale średnią mam na całkiem niezłym poziomie. Na blisko 13 tygodni tego roku przypada 11 przeczytanych książek. Ciekawym, jak to będzie w grudniu… Wtedy, dodatkowo, zamieszczę podsumowanie z ilością przeczytanych stron – i zobaczymy, jak to wygląda. Wprawdzie "strony” w audiobookach czy mbookach będę musiał podać chyba za Biblioteką Narodową, ale chodzi przecież o kwestie orientacyjne. Strona stronie nierówna.

Tak więc – zaczynamy pierwsze podsumowanie.

  • N. Cawthorne “Życie erotyczne wielkich dyktatorów

Trochę pikanterii i ciekawostek z alkowy wielkich tego świata (głównie byłych wielkich), ale całość nie powala na kolana. To raczej taka książka historyczna dla osób niezbyt przekonanych do historii. Mamy więc seks, zdrady, miłość, namiętność “y tysiąc słoni” ([c] Pratchett) na tle wielkich wydarzeń historycznych. Pamiętam, że wielki temu przeczytałem “Życie seksualne wielkich artystów” i tamta książka bardziej mi się podobała – ale z drugiej strony byłem wtedy młodszy:) “Dyktatorów” można przejrzeć, jeśli nudzimy się w pociągu – albo jeśli ktoś ma obsesję na punkcie libido Mao, Hitlera czy Napoleona.

  • P. Wieczorkiewicz “Dylematy historii

Pozycja obowiązkowa dla miłośników…historii alternatywnej. Zwanej też historią kontrfaktyczną. W minionym roku przeczytałem “Co by było gdyby” – ale tamta książka, jako pisana przez Amerykanina, dużo miejsca poświęcała amerykańskiemu punktowi widzenia, a także np. wojnie secesyjnej – czyli czemuś, o czym wiem niewiele, w związku z czym trudno odróżnić fakt od kontrfaktu. Tu autorem jest Polak, więc i punkt widzenia inny, i realia bliższe sercu. Oczywiście takie gdybanie można nazwać bajeczkami dla dorosłych, ale osobiście uważam, że przyjrzenie się historii alternatywnej pozwala nam zauważyć pewne powiązania, ciągi przyczynowo – skutkowe, a tym samym lepiej zrozumieć historię prawdziwą. I – co najistotniejsze – wyciągać z niej wnioski.

  • A. Rodan “Życie erotyczne papieży

Nuda, nuda, nuda – a do tego seks, zdrady, miłość, namiętność, niestety bez słoni. Postanowiłem pójść za ciosem i zajrzeć pod kołdrę wszystkim biskupom Rzymu w historii. Książka opisywała ogólne grzechy i grzeszki papieży (bo – o ile się orientuję – synod trupi orgią seksualną nie był), sporo miejsca poświęcając Borgiom. Taaak, to były czasy… Konkluzja z lektury jest taka, że papież też człowiek, a od wieków dawnych do czasów obecnych jednak wiele się zmieniło. Na szczęście. Książka tylko dla zajadłych antyklerykałów i niewyżytych seksualnie maniaków. Jeśli ktoś cierpi na obie przypadłości – pewnie już ją ma, z notatkami ołówkiem na każdym marginesie.

  • F. Fukuyama “Koniec człowieka

W poprzedniej książce Fukuyama wieścił koniec historii. W tej rewiduje swoje poglądy i twierdzi, że historia się nie skończyła – natomiast podejrzewa, że następuje zmierzch człowieka. Czytanie jest więc szalenie wygodne, bo nie trzeba zaznajamiać się z poprzednią książką, skoro autor odcina się od zawartych w niej tez. Inna sprawa, że za lat kilka może odciąć się i od tych poglądów – ale takie już zbójeckie prawo pisarzy. Fukuyama ciekawie rysuje obraz przyszłego społeczeństwa, w którym rozwój nauki, zwłaszcza inżynierii genetycznej i medycyny, może prowadzić do subtelnego odrodzenia się eugeniki, zmian w konstrukcji społeczeństw, problemów ekonomicznych i temu podobnych atrakcji. Do przeczytania pod rozwagę. W końcu nie zawsze zastanawiamy się nad tym, jak prozac może zmienić świat w przyszłości. Oraz czy ADHD faktycznie jest chorobą – i co z tego wynika dla nas wszystkich.

  • A. Ziemiański “Dziennik czasu plagi

Historia dobra, nawet bardzo dobra – ale jeśli kogoś kusi opis podróży przez opustoszały, ogarnięty dziwną epidemią kraj, to stanowczo polecam “Komórkę” S. Kinga przed “Dziennikiem…” Ziemiańskiego. Dla mnie jest to jednak nieco naciągane, że naukowiec, wyruszający do opustoszałej strefy, otoczonej wojskowym kordonem, a zamieszkałej przez wyznawców tajemniczego kultu – po zagubieniu się przystaje do motocyklowego gangu, z czasem zostając jego hersztem. Niemniej, jeśli przymkniemy oko na takie “bardziej-niż-hollywoodzkie” zwroty akcji, to opowieść jest wartka, zręcznie poprowadzona, miła w czytaniu i w sam raz na odprężenie. O ile ktoś lubi tego typu realia.

  • J. Dukaj “Perfekcyjna niedoskonałość

Jedno słowo: Dukaj. Kto zna, ten wie. Kto nie zna – niech pozna. Lojalnie uprzedzam, że lekko nie jest. Dukaj bowiem nie bawi się w przedstawianie wykreowanego przez siebie świata, aby czytelnik mógł łatwo się po nim poruszać. Dukaj wrzuca czytelnika w sam środek nowej rzeczywistości, a następnie, urywkami, tłumaczy o co w tym wszystkim chodzi. “Perfekcyjna niedoskonałość” nie ma może takiej siły rażenia jak “Lód” (i nie ma tysiąca stron), nie jest może tak łatwo przyswajalna – ale należy pamiętać, że to są dwie zupełnie różne historie, książki, nawet stylistyki. No i tu mamy do czynienia dopiero z pierwszą częścią planowanego cyklu. Opowieść o wskrzeszeńcu, kosmicznym podróżniku z XXI wieku, odtworzonym z resztek DNA w XXIX wieku, starającym się odnaleźć w nowej rzeczywistości – i grającym ważną rolę w zakulisowych knowaniach – potrafi wciągnąć. Nie można tylko się poddawać, gdy coś będzie niejasne – z czasem pojmiemy wszystko. A wizję wirtualnego tworzenie siebie z nanocząsteczek w dowolnym miejscu uważam za niezwykle kuszącą. Aż chciałoby się jakoś dożyć to tego XXIX wieku…

  • S. Lem “Opowieści o pilocie Pirxie

Przyznaję się bez bicia – mój pierwszy kontakt z Lemem. Wcześniej po prostu nie mogłem strawić tego, co ten człowiek pisał. Tym razem poszło łatwiej. Ale – i to będzie wtręt mocno osobisty – zawiodłem się. Spodziewałem się nieco bardziej zakręconych historyjek, a tu – zwykłe, reporterskie wręcz opowiadania o tym, jak to będziemy latać na odległe planety (z wykorzystaniem taśmowych systemów zapisu pamięci i temu podobnych eksponatów), plus od czasu do czasu wątek moralizatorski, do rozważenia po lekturze.. Z ręką na sercu – wolę Dicka z jego niejasnymi, pokrętnymi opowiadaniami i zaskakującymi zakończeniami. Z drugiej strony – Dick  był paranoikiem, uważającym Lema za grupkę pisarzy na usługach komunistycznego wywiadu, więc u niego niezwykłość to chleb powszedni. Lem to twardy realista, u niego nie ma miejsca na jakiekolwiek niedopowiedzenia. Gdyby Lem pisał “Z archiwum X”, byłoby to skrzyżowanie “Miasteczka Twin Peaks” z “House” – niby jest jakaś tajemnica, ale na końcu zawsze okazuje się, że to był toczeń. Niemiej szacunek dla Lema za przewidzenie w 2000 r., że Lepper zostanie premierem. Przeczytać “Opowieści…” warto, choćby dla znajomości klasyki.

  • J. Heller “Paragraf 22

Wydaje się, że każdy zna treść paragrafu 22 – osoba chora psychicznie ma prawo do zwolnienia z udziału w działaniach wojennych, niemniej każdy, kto wystąpi z taką prośbą, prawidłowo rozpoznaje zagrożenie wynikające z toczenia walk, a tym samym nie można mówić o zaburzeniach psychicznych, więc zwolnienie nie przysługuje. Jednak paragraf 22 to wyjaśnienie na każde świństwo, każde szaleństwo świata ogarniętego wojną. To kruczek, dzięki któremu dowolna podłość ujdzie nam płazem, bo popełniliśmy ją w majestacie prawa – dla jakiegoś wyższego celu, słusznego bądź nie. O ile większość książek o II WŚ (i nie tylko o niej), jak też i filmów takich jak “Szeregowiec Ryan” czy “Helikopter w ogniu” pokazuje, że wojna to zło, śmierć i cierpienie, o tyle pozycje takie jak “Paragraf 22” czy “Czas apokalipsy” mówią wprost – wojna to szaleństwo. Koniec, kropka. Nie doszukujmy się w tym sensu, nie starajmy się sobie tego wytłumaczyć. Wojna to szaleństwo. Pozycja obowiązkowa, nawet jeśli nigdy nie zaszpanujemy przeczytaniem Hellera w żadnym towarzystwie.

  • D. Logan “Tribal leadership

Darmowy audiobook ściągnięty ze strony sklepu z obuwiem. Brzmi ciekawie? I jest ciekawe. "”Plemienne przywództwo” nie jest żadnym nowym spojrzeniem, żadnym genialnym odkryciem w dziedzinie zarządzania. To raczej dostrzeżenie tego, co w wielu firmach działa od dawna – i pozwala im odnosić sukcesy. To pokazanie, że przeszczepienie sposobów budowania relacji na podstawowym, ludzkim poziomie, z pewnością zaowocuje w biznesie. Tworzenie związków międzyludzkich poczynając od najprostszej formy, jaką jest trójkąt, aby docelowo oprzeć się na utworzonej w ten sposób sieci, jest tak proste, że aż chce się zakrzyknąć “czemu ja na to nie wpadłem” – na szczęście są ludzie, którzy patrzą z boku, dostrzegają i potem piszą książki. A ponieważ “Tribal leadership” to typowy amerykański poradnik, można spodziewać się powtarzania kilku tez z coraz to nowymi przykładami. Na szczęście – co też jest charakterystyczne dla amerykańskich książek gatunku “how to” – owe przykłady są niezwykle inspirujące i energetyczne. Do przeczytania z rana, przed pracą.

  • N. Machiavelli “Książe

Za tą książką i jej autorem ciągnie się pogląd, że cel uświęca środki. Tym samym “Książę” jest automatycznie kojarzony ze złem, podstępem i świństwem – czyli współczesną polityką. Moim zdaniem – niesłusznie. Machiavelli był patriotą, pragnącym dla Włoch jak najlepiej – więc celem, uświęcającym wszelkie środki, były wielkie Włochy. Hasło “Honor i Ojczyzna” przebudowano na “Ojczyzna, potem długo, długo nic – i dopiero Honor”. Książka, jako zbiór dobrych rad do rządzenia księstwem, jest oczywiście sprzedawana jako podręcznik dla biznesu, ale w sumie niektóre z porad można spokojnie (z czystym sumieniem) wykorzystać w kierowaniu firmą. Choć rządzenie wg Machiavellego opiera się głównie na utrzymywaniu przeciwników w stanie niepewności, skłócenia czy zależności, wszystko to jest czynione dla dobra poddanych. To oni, jako faktyczne księstwo, są podstawą władzy – i to o nich należy wpierw pamiętać. Jeśli spojrzymy na “Księcia” w taki sposób, zobaczymy, że Machiavelli od współczesnej polityki jest równie daleko, jak programy TVP od jakiejkolwiek misji. Na takich polityków, a właściwie mężów stanu, przyjdzie nam chyba jeszcze poczekać. Do przeczytania i wyrobienia sobie własnego zdania.

  • M. Ciszewski “www.1939.com.pl

Kolejny darmowy audiobook – otrzymany w promocji Orange. Tej książki słuchałem absolutnie wszędzie – żałowałem wręcz, że mój leciwy odtwarzacz nie jest wodoodporny, bo wtedy mógłbym jej słuchać pod prysznicem. Tak wciągającej opowieści już dawno nie spotkałem. Historia batalionu, który zamiast do Afganistanu w 2009 roku, trafia na pole walki w 1939 roku to tylko na początku czysta fantastyka – potem jest już tylko, wybaczcie kolokwializm, kopanie hitlerowców w cztery litery. I powiewająca w tle biało – czerwona. Gdyby do szkół weszło wychowanie patriotyczne, powieść Ciszewskiego powinna być lekturą obowiązkową, podręcznikiem. Takiej dawki porządnego, jednak niezbyt nachalnego patriotyzmu nie spotyka się codziennie. Po akcjach komandosów GROM w nazistowskim sztabie mimowolnie się uśmiechałem. Autor jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem, który łączy z zegarmistrzowską precyzją wszystkie elementy kinowego hitu – jest walka, jest zdrada, jest miłość, jest wzruszenie, jest humor – jest wreszcie niesamowita ilość dobrej rozrywki. Nie chciałem wyjmować słuchawek z uszu i zaręczam, że będziecie mieć tak samo. A ponieważ są już kolejne książki z tego cyklu - “www.1944.waw.pl” oraz “Major”, to mam nadzieję, że na nich się nie zawiodę, gdy je wreszcie przeczytam.

I tak się kończy podsumowanie pierwszego kwartału. Już na początku kwietnia skończyłem czytać jeszcze jedną świetną książkę, ale o tym – za trzy miesiące.

PS: a jako ilustracja, ponieważ nie miałem żadnego fajnego zdjęcia książki:) – taka świąteczna, wiosenna dekoracja, wykonana przez moja Narzeczoną. Ot, dla przedłużenia świątecznego klimatu…

czwartek, 18 marca 2010

Lubię czytać – a Ty?

Krótko i na temat – po niezwykle pozytywnej akcji 52ksiazki.pl pojawiła się kolejna, stworzona przez serwis Eioba. Tytuł akcji – szalenie prosty: “Lubię czytać”.

Tym razem nie chodzi o czytanie określonej ilości książek, o nabijanie statystyk w liczbie pochłoniętych stron – ba, nie mówimy nawet o książkach. Przecież zapoznanie się z ciekawym artykułem też nas ubogaca, prawda? Więc przyznajmy się po prostu, że lubimy czytać. Na swojego bloga, stronę, podpis na forum – możemy wstawić mały obrazek, który poinformuje wszem i wobec, że oto lubimy czytać.

Lubię czytać

Prosto, szybko, pozytywnie. Takie akcje warto wspierać. Od dziś po prawej stronie – mały link.

piątek, 26 lutego 2010

Wilq 1 – 2 – 3 - 4

Wreszcie udało mi się położyć łapki na pięknym, kolorowym wydaniu pierwszych czterech albumów komiksu “Wilq”. A trzeba Wam wiedzieć, że przejść z tym wydawnictwem miałem sporo.

Album był dostępny jedynie na zamówienie w przedsprzedaży, a rozprowadzany tylko przez dwa sklepy w Polsce. Z nostalgią wspominając pierwszy raz, gdy przeczytałem o przygodach opolskiego bohatera (a było to jakoś na początku studiów), zamówiłem jeden egzemplarz. Nie wierząc w przesyłki Poczty Polskiej ani firm kurierskich, wybrałem opcję odbioru osobistego. Wprawdzie owe księgarnie (komiksarnie) są w Warszawie, a ja w Gdańsku, ale wiedziałem, że prędzej czy później będę w “stolycy” – to i okazja do odbioru się nadarzy.

Wkrótce (to jest jesienią minionego roku) pojechałem do Warszawy. Poszedłem do sklepu i…wyszedłem z niczym. Jakimś wielce tajemniczym sposobem do tego konkretnego punktu dotarła tylko połowa partii, która rozeszła się na pniu. A dla mnie (i dla drugiej połowy zamawiających) zabrakło. Żal, smutek, frustracja – tymi słowami moglibyśmy określić mój ówczesny stan, gdyby nie dominowało potężne uczucie wku…zdenerwowania.

Umówiłem się ze sprzedawcą, że gdy tylko druga partia dotrze – da mi znać na maila (niezwłocznie), a ja poślę kogoś po odbiór komiksu. Jednocześnie napisałem do autorów i w zadziwiająco kulturalny sposób poprosiłem ich o wyjaśnienie zaistniałej sytuacji. Odpowiedź nadeszła prawie błyskawicznie – komiksy zostały wysłane.

Jak to – i ja nic o tym nie wiem?

Telefon do sklepu upewnił mnie w tym, że umawianie się ze sprzedawcami jest metodą równie zaufaną co wysyłanie pocztą kartek świątecznych. Ale najważniejsze – Wilq był już w zasięgu ręki. Wysłana przeze mnie osoba komiks odebrała i – zamiast poczekać grzecznie na mój następny pobyt w Warszawie – wysłała mi go.

Pocztą Polską.

Gdzie ta przesyłka była, co widziała, kogo spotkała i jakie przygody przeżyła – o tym prawdopodobnie dowiedzielibyśmy się, gdyby koperty potrafiły mówić. Choć nie, przepraszam. Ta konkretne koperta nie powiedziałaby zbyt wiele. Bo byłaby martwa. Koperta dotarła w stanie agonalnym – rozdarta na krawędziach i poklejona na szybko taśmą klejącą. Oraz opatrzona eleganckim stemplem Poczty Polskiej, że zniszczenie zostało spowodowane przez automatyczny system sortowania przesyłek.

Niewiele brakowało, a uwierzyłbym, że nasza poczta ma taki system.

Sam komiks ostał się nienaruszony. Co mnie szalenie ucieszyło – aż strach pomyśleć, że mogłoby mu się coś stać – i mogłem natychmiast zasiąść do delektowania się historyjkami o prawdziwym superbohaterze (“a nie kimś takim, jak ta ciota Spawn” – cytując autorów). Jak oceniam ten wyjątkowy, kolekcjonerski wręcz album? W telegraficznym skrócie:

  • twarda okładka – plus,
  • obwoluta – minus (obwoluty się z czasem niszczą, zawsze),
  • rysunek na obwolucie – plus, mógłby być osobną historyjką,
  • brak tego rysunku na okładce, pod obwolutą – minus (a jak obwoluta się zniszczy – a niszczą się zawsze),
  • Wilq wreszcie jest w kolorze – duży plus, barwy dodały nowy wymiar do historii, na niektórych kadrach dramatyzm, na innych – komizm, a na jeszcze innych – fragmenty historii, których bez kolorów nigdy byśmy nie poznali (zwróćcie uwagę na witraże w kościele w Mielnie),
  • brak opowiadań “Ciemna strona Słońca” – dla mnie plus, nigdy tego nie czytałem:),
  • brak żartów obrazkowych – duży minus, przecież to spośród tych żartów (wprawdzie z późniejszych albumów) wywodzi się najlepszy polski żart rysunkowy 2008 (wg “Tygodnika Powszechnego”),
  • kilka dodatkowych, króciutkich historyjek – plus,
  • to nadal stary, dobry Wilq – olbrzymi plus.

Widać, że plusy przeważają – dziwnym nie jest. Komiks już przeczytałem od deski do deski (nie wiem, czy wypada mi to zaliczyć do akcji “52 książki”), co znacząco wpłynęło na poprawę mojego humoru (i to pomimo umierania na katar). Przypomniałem sobie też wszystkie odzywki z tych starych albumów, co skutkuje tym ryzykiem, że przez pewien czas mogę być Mistrzem Ciętej Riposty.

Album mógłbym z czystym sumieniem polecić każdemu, gdyby nie fakt, że obecnie dostanie go jest z pewnością niezłym wyzwaniem. Ale – i niech ten cytat będzie zakończeniem mojego wywodu – chcieć to móc, człowieku, chcieć to móc.

wtorek, 2 lutego 2010

52ksiazki.pl

Dzięki wpisowi na blogu Pawła “Fanatyka” Lipca poznałem ciekawą akcję społeczną pod nazwą “52 książki”. Ponieważ akcja warta jest rozpropagowania, pozwalam sobie skrobnąć o niej słów kilka

Pomysł został zapożyczony z podobnej akcji przeprowadzonej za granicą. Kanadyjski bloger, Julien Smith, pochwalił się, że w 2009 udało mu się przeczytać jedną książkę tygodniowo – i w bieżącym roku postanawia dokonać tego samego. Podstawową motywacją dla tego czynu był fakt, że świadomość pochłonięcia takiej ilości literatury jest niesamowicie radosnym odczuciem. Dodatkowo daje szerszy pogląd na świat, pozwala poznać nowe idee – ale przede wszystkim: jest super.

Dlaczego akurat 52 – czyli jedną tygodniowo? Julien twierdzi, że ustawienie sobie takiego dużego, nierealnego wręcz celu, pomimo że na początku przerazi, z czasem zmotywuje do czytania. Nie wiem, na ile ma się takie podejście do zasady SMART przy wyznaczaniu celów, ale widać u niego podziałało:) Przeciętnie jego książki miały 250 – 300 stron, co daje około 40 stron dziennie. Czyli, jeśli dobrze liczę, mniej więcej godzina dziennie. Tę godzinę można znaleźć przy odrobinie dobrej woli – w autobusie, pociągu, na przerwie, przed snem… Cała Polska czyta sobie – godzinę dziennie. Proste?

Oczywiście – czasem nie uda nam się skończyć książki w tydzień. Ale w takiej sytuacji Julien zaleca małe oszustwo – chwyćmy jakąś cienką książkę i przeczytajmy ją tak, aby statystyce stało się zadość. No i to jest coś, co niekoniecznie mi się podoba, bo odchodzimy tu od czytania dla przyjemności obcowania z literaturą, a robimy z tego jakiś konkurs.

Ale takie prawo pomysłodawcy, aby ustalać takie reguły. A naszym prawem jest te reguły omijać:)

W Polsce pomysł podchwycił Przemysław Komorowski i założył stronę 52ksiazki.pl – na której informuje o całej akcji. Trzymam kciuki za powodzenie, bo propagowanie czytelnictwa wśród Polaków jest rzeczą ważną. A jeśli przy okazji uda się ich odciągnąć od “M jak miłość”…rozmarzyłem się.

Jedyne, co do mnie nie trafia, to ten pęd ku statystykom – dlatego na własne potrzeby zmieniłbym to: na liczbę przeczytanych stron, albo ilość książek w miesiącu. Bo przy tempie jednej książki tygodniowo nigdy nie poznałbym “Lodu” Dukaja, który przeczytałem w minionym roku (1000 stron). Dlatego jeśli widzimy, że nie przeczytamy książki przed poniedziałkiem, to nic nie szkodzi – czytajmy dalej. Ale najważniejsze – nie przestawajmy. I miejmy już gotową następną lekturę, gdy zobaczymy biel ostatniej strony.

Ale na stronie 52ksiazki.pl jest jedne dobry patent – 50 stron. Jeśli książka przez 50 stron (czyli przez pierwszą godzinę) Was nie porwie – odłóżcie ją. Łatwo to sprawdzić – jeśli zaczynacie czytać i czujecie, że minęła już godzina, to chyba lepiej odłożyć książkę na półkę. Może to nie jest pozycja dla Was, a może jeszcze musi poczekać na swoją kolej (u mnie tak czekał Lem, do którego właśnie siadam). Jest to świetna zasada niekończenia, o której wspominał Ferris w “Czterogodzinnym tygodniu pracy” (polecam) – nauczmy się odkładać niedokończone te z naszych działań, które nic nam nie dają.

52ksiazki.pl są na tyle liberalne, ze dopuszczają każdy rodzaj książki: papierową, e-booka, m-booka, podręcznik, poradnik, beletrystykę. Dlatego chciałbym Was zachęcić do czegoś, co sam odkryłem niedawno – czytania kilku książek równolegle. W autobusie np. m-booka na komórce, wieczorem papierową cegłę do poduszki. To zdaje egzamin! Może każdą książkę czyta się przez to nieco wolniej, ale – jeśli czytamy np. jakiś podręcznik, który może nie mieć porywajacych fragmentów – pozwala nam to na oderwanie się od jednej lektury i zanurzenie się w inną, dla umysłowego relaksu.

To jak – zachęciłem Was do czytania? Jakie cele sobie wyznaczacie na 2010 rok? Książka tygodniowo? Miesięcznie? 10.000 stron rocznie? Same nowości czy może wrócicie do czegoś po latach. Co już przeczytaliście, co zamierzacie? Ja postanowiłem spisywać tytuły książek, które czytam – i na koniec roku opublikuję zestawienie. Zobaczymy, ile tego wyszło. Na dziś mój wynik wygląda następująco:

  1. Życie erotyczne wielkich dyktatorów” N. Cawthorne (zacząłem w 2009)
  2. Dylematy historii…” P. Wieczorkiewicza (zacząłem w 2009)
  3. Koniec człowieka” F. Fukuyamy
  4. Dziennik czasu plagi” A. Ziemiańskiego

Obecnie czytam “Opowieści o plocie Pirxie” Lema (papier) oraz “Perfekcyjną niedoskonałość” Dukaja (m-book). No i wieczorami “Biblię Excela 2007”. A na horyzoncie już są “Następne 100 lat” Friedmana, “Buszujący w zbożu” Salingera, “Młody, bogaty rentier” Kiyosakiego i “Książę” Machiavellego… A jeśli motywują Was opowieści innych o tym, co przeczytali, to zachęcam do obserwowania tagu #52ksiazki na Blipie.

To teraz – książki w dłoń!

Foto: Flickr.com, autor: Dawn Endico, zdjęcie na licencji CC BY-SA 2.0

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com