Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głupota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głupota. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Zaobserwowane - wielka księga wszystkiego, głównie głupoty

UWAGA – WPIS ZAWIERA TREŚCI MOGĄCE WZBURZAĆ, OBRAŻAĆ, GORSZYĆ. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Nie tak dawno wybraliśmy się do Empiku (pełna kultura) w Galerii Bałtyckiej, aby kupić kilka książeczek dla mojej siostrzenicy. Mała podobno szaleje na punkcie książek, więc co może kupić dobry wujek, jeśli nie kilka pozycji, które bawią i uczą (tu uprzedzam moją siostrę, jeśli będzie to czytać – spoko, książek, o których za chwilę napiszę, nie kupiłem).

Wybierając pomiędzy książkami z serii “Reksio uczy” (Reksio rządzi!) a klasycznymi bajkami Brzechwy (“na straganie leży leń”, czy jakoś tak…) trafiliśmy na regał oznaczony jako “kolorowanki | edukacja”. No cóż, na edukację nigdy nie jest za wcześnie. Regał, jak możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu, wygląda zwyczajnie, wręcz niepozornie.

Poszukując dobrej książki dla małej dziewczynki znalazłem pozycję, która mnie nieco zszokowała. Tytuł pasowałby doskonale do jakiegoś horroru z przymrużeniem oka.

Ale w sumie – dzieci są ciekawe świata. Przypomniałem sobie, że kilka lat temu słyszałem o pozycji “Książka o kupie” – o ile dobrze kojarzyłem fabułę, książka opowiadała o przygodach krecika, któremu jakieś zwierze zabrudziło norkę, albo czubek głowy (bo krecik nierozsądnie z norki wyjrzał). Mały krecik ruszył więc na poszukiwania sprawcy, podglądając zwierzęta w czasie…gdy były nieosiągalne. Książka zaspokajająca ciekawość, tłumacząca świat, z nutką detektywistyczną. W sumie – czemu nie? Robale wpisują się w ten nurt – a dziś dzieci pytają o wszystko.

Potem przypomniałem sobie, że nie tak dawno słyszałem o książce “Wielka księga siusiaków”. W sumie zakładałem, że treść będzie podobna – znowu krecikowi coś wpadło do norki, znowu musi znaleźć winnego. Klasyk. Perwersyjny, ale klasyk. Uśmiechnąłem się do swoich myśli (często mi się to zdarza) i powiedziałem do Ukochanej:

- Szkoda, że nie ma tu “Wielkiej księgi siusiaków”.

- Ależ jest, zobacz tutaj – powiedziała moja Narzeczona, a ja pochyliłem się nad półką. Faktycznie, taka książka dumnie stała na regale.

Razem z koleżankami.

Tak, dobrze widzicie tytuły. “Nocnik nad nocnikami”, “Wielka księga cipek” czy “Boga przecież nie ma”. A do tego obok jeszcze coś dla nieco starszych dziewczynek.

Jak widać, tu mamy do czynienia z “Małą książką”, a nie “Wielką księgą” – najwyraźniej temat nie wymaga aż takiej uwagi.

Zaintrygowany tytułem książki o Bogu (może się tu zabłąkała, może przenieśli ją z działu o religiach) otworzyłem małą książeczkę na losowej stronie.

Czy książka dla dzieci operuje takimi słowami jak “dowód ontologiczny”? Swoją drogą – rozumiem, że nie ma obowiązku wychowywania dzieci w jakiejkolwiek wierze, ale pewien agresywny ton w tej książce budzi jednak mój niepokój.

Na teologii znam się raczej słabo, może to nie jest książka dla mnie. Ale ponieważ nawet z książek dla dzieci można się czegoś dowiedzieć, postanowiłem sięgnąć po tę, z której faktycznie mógłbym coś wynieść. Znowu otworzyłem na losowej stronie i…

…zdębiałem. Jeżeli ktoś nie widzi zbyt dokładnie, oto fragment strony 31.

Wygląda jak skrzyżowanie “Cosmo” z “Hustlerem”. W wersji dla dzieci, oczywiście. Pobieżne przekartkowanie reszty książeczki pozostawiło mnie z uczuciem głębokiego zniesmaczenia. Wszystko to w pobliżu kącika dla dzieci, na jednej z najniższych półek, w zasięgu małych rączek.

Nie wiem, może jestem zbyt konserwatywny, może nie nadaję się na te nowe, wspaniałe czasy. Rozumiem, że dzieci są ciekawe świata. Że tę ciekawość należy zaspokajać. Że poczytaj mi mamo i że książka najlepszą zabawką. Że sam nie mam dzieci, więc co ja się wypowiadam, nie znam się, porozmawiamy za kilka lat. Ale to już chyba przesada. To, co znajdowało się w tych książeczkach, nie nadaje się tu nawet do cytowania, abym nie miał potem wejść z wyszukiwarek jakichś napaleńców, wpisujących dziwne zapytania.

Zastanawiam się, co będzie następne - “Kamasutra dla najmłodszych” czy może “Zrób to sam”? No i czemu nie ma “Wielkiej księgi pośladków, biustów i skórzanych pejczy”? Co znamienne – wszystkie książeczki poruszające tematykę “bez tabu” napisane zostały przez autorów o skandynawskich nazwiskach. Ziemia, która dała nam wikingów, Lego oraz tanie meble do samodzielnego montażu, teraz rodzi autorów tego typu “dzieł”. Coś im do wody sypią czy jak?

wtorek, 16 marca 2010

No jak parkujesz!?

Przyznaję bez bicia – spodobało mi się bycie wpływowym blogerem. Po zainteresowaniu mediów historią kładki na Zaspie, rozkładem jazdy, Wielką Trójmiejską Bitwą na Śnieżki czy witrażem z Lechem Wałęsą, znowu próbuję poruszyć jakiś temat w nadziei na szerszy odzew.

Dziś zajmę się falowcami – a raczej tym, co można zobaczyć u ich podnóża.

System, który wybudował falowce, był szalenie ambitny. W początkowej fazie planował dać każdemu talon na malucha i domek za miastem. Ostatecznie skończyło się na zawieszonych w powietrzu bunkrach, otrzymywanych łaskawie po wielu latach czekania. Niemniej lud pracujący miast nie planował poprzestać na tych luksusach i – wykorzystując zmianę systemu – zaczął bogacić się na potęgę. Może nie każdy wybudował sobie domek za miastem…

…ale wydaje się, że z nawiązką odbito sobie tę niedogodność w ilości samochodów.

Znaleźć wieczorem pod którymkolwiek falowcem miejsce parkingowe – to graniczy z cudem. Auto stoi przy aucie, szpilki nie można wetknąć. Przy takiej ilości osób mieszkających dziwnym nie jest, że liczba aut na parkingach przekracza dawne założenia. Już samo w sobie jest to dość stresujące, gdy trzeba szukać wolnego miejsca za rogiem, za blokiem, na sąsiednim parkingu. Ale co robić? Jest kryzys, nie ma miejsca – nikt nie wybuduje nowego, piętrowego parkingu. Choć – moim zdaniem – na upartego znalazłoby sie miejsce.

Aby zilustrować dramatyzm sytuacji – podeprę się jednym zdjęciem, zrobionym w sobotni poranek (przyznaję, jakiś czas temu).

Nie jest tak źle…

Ale trzeba sobie uświadomić, że o tej porze wiele osób rusza samochodami do sklepów. Prawdziwą grozę pokazywałoby zdjęcie robione nocą, ale nie mam na tyle mocnej lampy.

Niemniej mam nadzieję, ze zwróciliście uwagę na pewien drobiazg na powyższym zdjęciu. Właściwie – dwa drobiazgi. Dość łatwo je zauważyć, bo wyróżniają się z tłumu.

Dwie samotne wyspy.

Dla zupełnej pewności, że nie dochodzi do żadnych przekłamań – fotka z poziomu gruntu.

Rejestracje zamazałem – po co im wstyd robić?

Widzicie tę przestrzeń między samochodami? To ma być miejsce dla kolejnego auta? Bo na przejście między samochodami i otwarcie drzwi jest to stanowczo za dużo. A to właśnie przez takie parkowanie przy falowcach nie ma wolnych miejsc. winnymi są kierowcy, którzy parkują jak…no, nie będę przytaczał dosłownie określenia, jakim ich obdarzam zawsze, gdy szukam miejsca i widzę taką sytuację. Podpowiem tylko, że ma ono coś wspólnego z żeńskimi organami płciowymi.

A ta dwójka to nie jedyni, którzy parkują jak skończone…tu by sie przydało dosadne określenie męskiego organu płciowego.

Dowód.

Pewnie zechcecie mi powiedzieć, że to nie wina tych kierowców? Że jeden parkował do aut po lewej, drugi po prawej – a jak się spotkali, to ziała między nimi dziura wielkości przeciętnych rozmiarów łazienki w bloku z wielkiej płyty. Być może – choć widziałem też takich, którzy po prostu parkowali ze sporym marginesem bezpieczeństwa (i bezmyślności). Jak temu zaradzić? Spójrzcie na górną część pierwszego zdjęcia. Jest tam parking strzeżony. Widzicie różnicę?

Ile kasy potrzeba na farbę do namalowania linii wyznaczających miejsca parkingowe? Przestrzeni od tego nie przybędzie, ale może będzie lepiej zagospodarowana.

I z tym pomysłem na drobne usprawnienie życia zostawiam Was, moi drodzy Czytelnicy. Miłego dnia…

piątek, 29 stycznia 2010

Trudne słowo - odśnieżanie

Globalne ocieplenie – albo, jak twierdzą niektórzy, bardzo słaba aktywność słońca – sprawiły, że tegoroczna zima w Polsce jest, jaka jest. Pada śnieg, są mrozy, a na koniec – pada jeszcze więcej śniegu. Wspominałem już o tym, jak z humorem na atak zimy reagują media (jedne faktycznie z humorem, drugie z humorem z torebki), pisałem też o tym, ze taka pogoda w połączeniu z “inteligentnymi” chodnikami może skutkować wielkim “bum”.

Dziś porozmawiamy o kolejnym aspekcie strasznej zimy. O tym, co każdy zrobić powinien – i faktycznie robi. Ale czasem…

Ale nie uprzedzajmy faktów (© Bogusław Wołoszański).

Oto zdjęcie samochodów zaparkowanych tuż przed wejściem do mojej klatki w bloku. Czy potraficie wskazać elementy, które nie pasują do całości?

Podpowiem – trzy elementy.

Te trzy zaśnieżone samochody. Dziwnie wyglądają, prawda? Powiecie, że się czepiam – nie ma przecież obowiązku biegnięcia do samochodu po każdej śnieżycy, aby zgarnąć śnieg z dachu. Może właściciele po prostu tego dnia nigdzie nie wyjeżdżali? Ani wczoraj. Ani przedwczoraj…

W momencie, gdy robiłem to zdjęcie – śnieg nie padał od kilku dni. Coś około tygodnia. To oznacza, że te samochody tam stały bezczynnie przez tydzień. Pod samym wejściem do klatki. Właściciele zaparkowali je prawie pod drzwiami – pewnie po to, aby mieć blisko. Po czym nie korzystali z samochodów.

Na powyższym zdjęciu wyraźnie to widać – zobaczcie, że nie jest odśnieżone nawet wokół tych aut. Pomijam fakt, że pewnie utrudnia to przechodzenie między samochodami – ale jak to się ma do jakichś zasad współżycia? Te miejsca parkingowe nie są przypisane do mieszkań, są ogólnodostępne. Jeśli ktoś wie, że prawdopodobnie nie będzie nigdzie jeździć przez dłuższy czas – może zaparkować nieco dalej. Czy może to tylko moje złudzenie?

Ale parking pod moim blokiem to osobna historia. Wróćmy do odśnieżania.

Taką fotkę zrobiłem w Sopocie, na skrzyżowaniu ulic 3 Maja i Tadeusza Kościuszki. Czy widzicie coś nietypowego?

Przypatrzcie się słupkowi. Widać na nim taki przycisk do – hmmm, jak to ująć? Do przywoływania zielonego światła:) Standard na wielu przejściach. Co jest więc takiego niezwykłego w tym przycisku? A to, że jest trudno dostępny.

Tuż pod nim służby odśnieżające chodnik usypały piękną zaspę. Która to zaspa sprawiła, że nawet ja – a nie należę do osób niskich – musiałem się zdrowo przechylić, aby magiczny guzik wcisnąć.

Rozumiem, że przy odśnieżaniu całe to białe zło trzeba gdzieś zgarnąć. Rozumiem, że odśnieżając chodnik zgarnia się śnieg z możliwie najwęższego paska pośrodku (czasem o szerokości jednej stopy – tu chyba dla tych, co lubią sobie skakać na jednej nodze…) i usypuje po bokach z niego pryzmy. Ale czy to jest takie trudne, aby w tym wypadku machnąć szuflą nieco mocniej i usypać zaspę ZA słupkiem? Co mają robić np. osoby niepełnosprawne? Ot, kolejny przykład braku rozwagi przy zwykłych, codziennych czynnościach. A wystarczy drobna zmiana, “by żyło się lepiej”.

Tym wpisem kończę mały cykl obserwacji zimowej głupoty. Chyba, że jeszcze coś zobaczę – bądźcie czujni.

środa, 27 stycznia 2010

Bruk – Twój wróg!

Dziś w Trójmieście znowu pada śnieg. A do tego ma być cieplej. Pewnie przez jakiś czas będziemy mogli się zachwycać światem pod bielutką kołdrą, a potem, gdy wszystko się nieco stopi, będziemy kląć na wszechobecne błoto. Nawet odgarnięcie z chodników zalegającej warstwy śniegu wiele nie da, bowiem każda płyta będzie pokryta cieniutką warstwą śniegu.

Dopóki śnieg nie zmieni się w lód, jest dobrze. Prawda?

Otóż nie do końca. Jeśli ma się śliskie podeszwy (ale nie jest to warunkiem koniecznym) wystarczy nieco gorsza przyczepność do podłoża. A co może nam zapewnić taką słabą przyczepność?

Bruk. Ot, choćby taki, jak przy wyjściu z tunelu na dworcu we Wrzeszczu.

 

Zapewniam Was, że wchodzenie pod górę po takim śliskim, ośnieżonym (ale przecież OD-śnieżonym) bruku nie należy do przyjemnych sportów. Polecam też wyjście z tunelu na dworcu w Oliwie, od strony pętli autobusowej. Albo dowolny odcinek wybrukowanego chodnika, który ma nieco większe nachylenie. Buty się pięknie ślizgają, człowiek zalicza przyspieszony kurs balansowania własnym ciałem – rozrywka dla całej rodziny.

Historia śliskiego bruku to jeszcze nic. Bruk to przecież relikt historii – może wtedy nie było takich zim, może ludzie mieli jakieś kolce w podeszwach, a może nikt nie myślał o tym, że można się przewrócić. Albo najzwyczajniej w świecie nie było innych metod. Dziś – to co innego. Mamy do wyboru kostkę, płyty chodnikowe, granity, marmury

Tak, marmury. Wyślizgane do granic możliwości z natury. Dodajcie do tego odrobinę śniegu. Lodowisko może się schować.

Nie wiem, czy to przejaw wybitnej głupoty projektantów, czy wielkopańskich zachcianek inwestorów, ale trzeba mieć nie po kolei w głowie, aby w naszym klimacie robić chodniki ze śliskich płyt. Rozumiałbym to w Egipcie, Hiszpanii – ale na północy Polski!? Ile osób w skali roku łamie się na takich chodnikach? A ile tylko się poślizgnie, przewróci, najwyżej stłucze sobie cztery litery. Nic budowlańców jednak nie odstrasza – nadal kładą śliskie płyty. Bo to tak ładnie wygląda.

Na szczęście są też dobre przykłady. Choćby remontowane perony SKM. Przy krawędziach są wykładane płytami z wypustkami. Ma to na celu ostrzeganie osób niewidomych, że zbliżają się do krawędzi. Świetny, prosty patent. A dodatkowo na takiej płycie nie można się poślizgnąć – bo wypustki jakoś nie chcą pokryć się śniegiem. No i są robione z chropowatego materiału. Takie płyty są montowane na wszystkich remontowanych przystankach SKM, jak choćby w Sopocie.

Po prawej – zbliżenie na płytę. Choć jest pokryta brudnym śniegiem, to nie jest wcale śliska. Bezpiecznie i prosto. Jak to dobrze, że ktoś myśli o użytkownikach tych peronów nie tylko jako o stadzie owiec, przewalającym sięz kolejki do kolejki. Można? Można.

Nie można. Jakiś czas temu remont zaliczył też peron SKM Gdańsk Zaspa. Też dostał specjalne płyty przy krawędzi. Takie płyty:

Jak widać – płyty są inne od kostki, którą wyłożono większość peronu. Prawdopodobnie spełniają swoją funkcję ostrzegawczą. Ale od tych z Sopotu (i innych peronów) różnią się jednym drobiazgiem. Nie mają wypustek. Mają wgłębienia. Wgłębienia, które znakomicie wypełniają się pośniegową breją. Ale płyty te i bez dokładnego pokrycia śniegiem są śliskie. I to dość śliskie – a wystarczy trochę śniegu, błota czy wody, aby móc na nich kręcić piruety. Sam widziałem nieraz, jak ktoś się na nich poślizgnął. Już samo to pokazuje, że ktoś tu najwyraźniej nie pomyślał – ale dodatkowego “smaczku” sprawie dodaje fakt, że płyty te są przy krawędzi peronu. Dla pasażerów wysiadających czy wsiadających do kolejki – element pomagający utrzymać czujność o każdej porze. Bo inaczej można się ześlizgnąć na tory. Zawsze to jakieś urozmaicenie…

środa, 18 listopada 2009

And Today’s Sex Partner is…

Macie tak czasem, że siadacie wieczorem do komputera i zastanawiacie się – z kim bym mógł dziś pójść do łóżka? Z kim by tu odbyć stosunek płciowy? Najlepiej z kimś znajomym, ale z kim?

Ha, zagadka, prawda?

Jakie to szczęście, że jest Facebook! I jego niezawodne aplikacje, o których już kiedyś pisałem… Pewnie niedługo usłysze pytanie “jak myśmy żyli PRZED Facebookiem?” – i wtedy zabiję!

Ponieważ wśród moich fejsbukowych znajomych zauważyłem ostatnio wyniki z aplikacji o wielce mówiącym tytule “Today’s Sex Partner”, stwierdziłem, że od czasu “Hitler vs. Jezus” nic mnie już nie zaskoczy i w sumie mogę spróbować. Pomimo że jestem szczęśliwy z Ukochaną, postanowiłem się poświęcić i zobaczyć, kogóż to mi podsunie wszechmocny Facebook.

Kogoś wyjątkowego…

Tu dygresja – Jezus vs. Hitler to motyw z webowego komiksu “Jesus Christ – In The Name Of The Gun”. Pokręconego jak faworki w karnawale, ale przez to bezbłędnego. Co powiecie o zamachu na Adolfa, przeprowadzanym przez Jezusa i…nie, tego nie zdradzę. To trzeba zobaczyć samemu.

Okazało się, że nie muszę zgadzać się na pierwszą sugestię programu (nie rozumiem zatem, skąd zdziwione miny znajomych, którym wyszło to, co wyszło). Tak więc w próbce 15 sugestii otrzymałem następujące wynki:

  1. Kobieta 1
  2. Mężczyzna 1
  3. Firma
  4. Mężczyzna 2
  5. Kobieta 2
  6. Mężczyzna 2
  7. Mężczyzna 2
  8. Mężczyzna 3
  9. Mężczyzna 4
  10. Kobieta 2
  11. Kobieta 2
  12. Mężczyzna 5
  13. Mężczyzna 6
  14. Mężczyzna 2
  15. Kobieta 2

W moim profilu na FB zaznaczyłem, że jestem mężczyzną, którego interesują kobiety.

Na zdjęciu - kobieta

Której części tego oświadczenia FB nie rozumie?:)

Pomimo nachalnego wręcz wpychania mi do łóżka jednej koleżanki i jednego kolegi, postanowiłem, że nie skorzystam. Ale będę śledził kolejne durne aplikacje…

Polecacie coś?

Foto: AndyRamdin | Ducked.nl

piątek, 13 listopada 2009

Dzień Użyteczności

Dziś obchodzimy Usability Day, zwany nad Wisłą Dniem Użyteczności. Jest to kolejne piękne, postępowe święto, które obchodzimy ku czci i na pamiątkę, więc niech się święci.

Tu dygresja – stale aktualizowaną listę postępowych świąt możecie znaleźć w stworzonym przeze mnie kalendarzu Google, dostępnym dla każdego. Można zajrzeć, zaprenumerować – i już nigdy nie przegapić Tygodnia Bagien i Terenów Podmokłych.

O co chodzi z tą całą użytecznością? W skrócie o to, aby żyło nam się lepiej, łatwiej i wygodniej. I to się chwali, więc z Dnia Użyteczności śmiać się nie będziemy.

Ale ponieważ nie byłbym sobą bez przytyku (niewielkiego), więc oto historia.

Jak kupujecie ubrania, to pewnie je przymierzacie w sklepie, prawda? Logiczne to – bo nie chcielibyśmy kupić czegoś, co będzie źle leżało. A że na świecie jest wiele złych ludzi, to sklepy zabezpieczają się przed tym, aby ktoś podczas przymierzania (czy nawet tylko oglądania) nie wyniósł bluzki czy sweterka. To też jest logiczne. A jeśli kupuję spodnie, to chcę zobaczyć, jak wyglądają na mnie zarówno wtedy, gdy stoję, jak i gdy siedzę, prawda?

To kto był tak mądry, aby umieścić alarm takim w strategicznym miejscu?

Nazwy sklepu nie podam, fotka zrobiona jest wieki temu – ale na dziś pasuje:)

czwartek, 29 października 2009

Gdańsk nocą – uwaga pod nogi!

Kto zna Gdańsk – albo był w tej jego urokliwej części, która zwie się Zaspa – ten zna również pewien monumentalny relikt minionej epoki. Wiem, wiem – całe to osiedle można ochrzcić tym mianem, ale ja mam na myśli jedną konkretną konstrukcję.

Kojarzycie skrzyżowanie Rzeczypospolitej (dawna Rokossowskiego) i Jana Pawła II (dawna XXX-lecia PRL)? Pomimo, że jest ono dwupoziomowe, to nie nazwałbym go bezkolizyjnym – gdybym miał skręcić w stronę plaży, jadąc z Przymorza, to chyba wolałbym zawrócić na skrzyżowaniu z Hynka. Ale to jakaś gdańska specjalność – słynny Węzeł Unii Europejskiej jest trzypoziomowy – i również kolizyjny. Wracając do Zaspy – nad rzeczonym skrzyżowaniem wznoszą się mroczne, betonowe kładki dla pieszych. Jedyny sposób, aby szybko przejść przez to skrzyżowanie, albo dostać się na przystanek tramwajowy. Tak to wygląda z satelity:


Wyświetl większą mapę

W czym problem? Ano w tym, że owa kładka wcale nie jest oświetlona. Na odcinku w pobliżu przystanków czy ulicy wznoszą się nad nią latarnie (zamontowane przy jezdni) – daje to nieco światła. Ale schody (a schodów na tej kładce jest 8 sztuk – i żadnej windy!) już tego luksusu nie doświadczają. I toną w mroku. Jak to wygląda? Ano tak:

   

Ciężko się robi zdjęcie bez statywu…

A teraz najistotniejsze-  te kładki nigdy chyba nie były remontowane. Co oznacza, że powyższe schody są zdrowo pokruszone, z wyrwami. Trzeba mocno uważać, aby nie spaść i się nie połamać. A przecież to chyba nie jest takie trudne, postawić kilka latarni. I jaśniej będzie, i bezpieczniej. Ale trzeba chcieć. Zamiast tego krążą plotki, że cała kładka będzie remontowana. Pożyjemy, ale chyba nie zobaczymy.

Na uspokojenie – jeszcze dwa nocne zdjęcia z Gdańska.

 

Most przy SKM Zaspa – poczekałem, aż korek ruszył

 

Rzeczypospolitej – tu się można rozpędzić!

poniedziałek, 28 września 2009

Czego uczą nas społecznościówki?

Tego, że ludzka głupota i naiwność chyba nigdy się nie skończą. I że – choćbyśmy nie wiadomo jak byli przygotowani na zderzenie z nimi – te dwie panie zawsze nas zaskoczą.

Ostatni przykład – Śledzik na Naszej Klasie. Zwykły mikroblog, z niezłym potencjałem (tylu potencjalnych użytkowników…) oraz funkcjami nieco uboższymi niż Blip. Można z nim żyć, można i bez niego. Ale nagle okazało się, ze nasi znajomi, zdawać by się mogło sympatyczni i inteligentni ludzie (niektórzy nawet z wykształceniem technicznym) zaczynają praktykować sieciową magię i wklejają łańcuszki. Wiele łańcuszków.

Ktoś to zapoczątkował – znajdźcie go i zabijcie.

Jak to skomentowała moja koleżanka (na Śledziku oczywiście) – ile ci ludzie musieli kupić Abgymników?:)

Okazuje się także, że Nasza Klasa to miejsce przyciągające w magiczny sposób niesamowite rzesze dziwaków. I nie chodzi mi o gimnazjalistki lansujące się w toalecie, ale o ludzi, którzy zakładają np. takie profile.

Następna będzie głowica atomowa pod wezwaniem św. Jerzego.

Ale walenie w NK jest takie proste… Zajrzyjmy w szeroki świat – Facebook. Od czasu, jak twórcy udostępnili możliwość pisania dowolnych aplikacji na FB, masowo zaczęły pojawiać się głupawe testy. Kiedyś śmiałem się, że wkrótce pojawi się test “czy jesteś dziwką”, ale to, co zobaczyłem dziś, rozłożyło mnie na obie łopatki.

Jak z kreskówki tworzonej na psychotropach.

Facebook nigdy nie potrafił mnie do siebie przekonać – a teraz odrzuca jeszcze bardziej. Choć muszę przyznać, ze z jednej aplikacji korzystam – z gry Mafia Wars. Ale nie po to, aby tworzyć rodziny i zabijać oponentów, ale aby patrzeć na stopę zwrotu z nieruchomości, w które można lokować kasę zdobytą na rozbojach. Ot, takie zboczenie zawodowe…

piątek, 25 września 2009

Głupota nie boli

Na krótko, bo ludzka głupota (albo brak dobrej woli) zawsze doprowadzają mnie do podenerwowania.

Wracałem dziś do domu taką drogą, że musiałem przejść przez pętlę tramwajową na Zaspie. Pętlę kilka lat temu odremontowano, zrobiono ładne przystanki i przejścia…  No właśnie, przejścia. Gdy doszedłem do torów, tuż przed 18, moim oczom ukazał się taki widok:

Ta pani w czerwonym to motorniczy owego tramwaju.

Trzy tramwaje stały sobie radośnie w korku (czy też czekając na swój czas), blokując przejście przez tory. Oczywiście, mogłem nadłożyć drogi i obejść całą trójkę (ostatecznie przepiratowałem się przez tory, choć gdybym miał wózek z dzieckiem, to bym sobie biegał…), ale nie o to chodzi. Te trzy tramwaje wyglądały tak:

Ja rozumiem, że punktualność w gdańskiej komunikacji jest pojęciem czysto teoretycznym (kto zna linię 227, ten wie, o czym mówię). Że w wyniku dziwnego absurdu za tramwajem linii 4 mogły stać DWA tramwaje linii 12. Że tramwaje miały czekać grzecznie na swój czas, w związku z czym motorniczy też człowiek i może sobie porozmawiać.

Ale teraz zagadka logiczna – oto, jak wygląda pętla na Zaspie:


Pokaż Bez tytułu na większej mapie

Te niebieskie kreski symbolizują tramwaje – niebieskie 12 i czerwona 4.

Czy tylko ja wpadłem na pomysł, że tramwaje mogłyby wykorzystać fakt, że stoją na pętli i ją objechać – w rezultacie tego karkołomnego manewru tramwaj linii 4 stałby tam, gdzie stoi, a obie “dwunastki” czekałyby grzecznie po drugiej stronie pętli, nie tarasując torowiska? A jeśli nie tylko ja na to wpadłem, to dlaczego nie wpadł na to nikt z motorniczych?

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com