Pokazywanie postów oznaczonych etykietą empik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą empik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 maja 2010

Klient – nasz pan

Ciekawa historia przytrafiła nam się ostatnio w Empiku. Są jednak na świecie rzeczy, o których się nikomu nie śniło.

Narzeczona, przeglądając oferty na empik.com zauważyła, że pewne produkty (nie wymieniam nazwy, bo nie jest to istotne – a owe produkty nabyliśmy jako prezent na przyszłość), składające się na dość zacną kolekcję, są w dużej przecenie. Okazja może się już nie powtórzyć, więc decyzja zapadła w kilka sekund – kupujemy całość, od ręki.

Minęło nieco czasu i Narzeczona otrzymała maila od empik.com – niestety, zamówienie nie może być zrealizowane, ponieważ nie możemy skompletować kilku elementów. Czy w takim razie należy anulować całe zamówienie, czy też tylko tę jego część, która nie może być zrealizowana? Z ciężkim sercem wybraliśmy opcję numer dwa. Ale wrodzona ciekawość Narzeczonej kazała jej sprawdzić, czy owe niedostępne produkty faktycznie nie są ujęte w ofercie sklepu.

Niespodzianka – każdy z nich jest nie tylko dostępny, ale i dostarczany praktycznie od ręki.

Chytry plan w głowie mojej Narzeczonej był następujący – produkty anulowane w jej zamówieniu zamówię ja, na moje konto empik.com – i zobaczymy co się stanie.

Po kilku dniach otrzymałem maila – moje zamówienie zostało zrealizowane i czeka do odbioru w sopockim Empiku. Zamówienie Narzeczonej jeszcze przez kilka dni nie mogło dotrzeć do salonu w gdańskiej Alfie…

Błąd matriksa?

Co by jednak nie mówić – Empik dobrym sklepem jest (nawet, jeśli ustawia w dziale dziecięcym Kamasutrę dla najmłodszych i rysunkową wersję “Boga urojonego”). A salon w Sopocie jest zupełnie wyjątkowy – zawsze odbierając tam zamówienie czuję się wyjątkowo (bardziej wyjątkowo niż w innych trójmiejskich salonach). Otóż ZAWSZE, gdy odbieram zamówienie internetowe w punkcie informacyjnym, przemiła pani (bądź – co rzadsze – pan) z uśmiechem zanosi moją paczuszkę do kasy. Gdy raz odruchowo wyciągnąłem rękę po zamówione książki, usłyszałem “proszę się nie przejmować, ja zaniosę zamówienie do kasy”. Wszystko z uśmiechem. Paczuszka leżała sobie potem koło kasy, a ja mogłem spokojnie buszować między regałami.

Bardzo miłe wrażenie.

W chwili, gdy piszę te słowa, siedzę w pociągu relacji Gdańsk – Warszawa. Jak to zwykle w pociągach InterCity (popularnie zwanymi “ickami”) bywa – przewoźnik oferuje drobny poczęstunek, ciastko z herbatą, dla każdego podróżnego. Dziś traktuję to jako standard – jednak pamiętam jak miło mi było, gdy spotkało mnie to po raz pierwszy (a było to w czasach gdy zamiast małego pierniczka oferowano kanapkę…). Dziś jednak znowu zostałem bardzo mile zaskoczony. Pani z wagonu restauracyjnego, która zwykle roznosi owe poczęstunki na wózku barowym, po każdej stacji przechodziła wzdłuż wagonu, dostrzegała osoby, które dopiero wsiadły i zbierała od nich zamówienia. A potem, gdy pociąg ruszył, donosiła owe zamówienia. Dodatkowo dowiedziałem się, że można zamówić posiłek w wagonie restauracyjnym (dawny “Wars”) z opcją doniesienia do przedziału.

Nie wiem, od jak dawna takie porządki są w “ickach”, ale zrobiło to na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie.

Ale to nie wszystko. Pani, która roznosiła posiłki, była osobą niesamowicie pogodną, uśmiechniętą. Do każdego odnosiła się z życzliwością. Wręcz tryskała radością – aż podróżujący ze mną Niemcy dziwili się, że owa pani potrafi tak radośnie podawać kawę i zbierać puste kubki.

Wiem, że na tzw. “Zachodzie” to zapewne standard, ale dla mnie to zawsze jest (i pewnie jeszcze długo będzie) miłe zaskoczenie – że można do swojej pracy (zwłaszcza dość monotonnej, jak sądzę) podchodzić z taką radością, jak pani z wagonu restauracyjnego i z takim oddaniem dla klienta, jak pani z sopockiego Empiku. Oby więcej takich pracowników, a wszystkim nam będzie żyło się ciut lżej.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Zaobserwowane - wielka księga wszystkiego, głównie głupoty

UWAGA – WPIS ZAWIERA TREŚCI MOGĄCE WZBURZAĆ, OBRAŻAĆ, GORSZYĆ. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Nie tak dawno wybraliśmy się do Empiku (pełna kultura) w Galerii Bałtyckiej, aby kupić kilka książeczek dla mojej siostrzenicy. Mała podobno szaleje na punkcie książek, więc co może kupić dobry wujek, jeśli nie kilka pozycji, które bawią i uczą (tu uprzedzam moją siostrę, jeśli będzie to czytać – spoko, książek, o których za chwilę napiszę, nie kupiłem).

Wybierając pomiędzy książkami z serii “Reksio uczy” (Reksio rządzi!) a klasycznymi bajkami Brzechwy (“na straganie leży leń”, czy jakoś tak…) trafiliśmy na regał oznaczony jako “kolorowanki | edukacja”. No cóż, na edukację nigdy nie jest za wcześnie. Regał, jak możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu, wygląda zwyczajnie, wręcz niepozornie.

Poszukując dobrej książki dla małej dziewczynki znalazłem pozycję, która mnie nieco zszokowała. Tytuł pasowałby doskonale do jakiegoś horroru z przymrużeniem oka.

Ale w sumie – dzieci są ciekawe świata. Przypomniałem sobie, że kilka lat temu słyszałem o pozycji “Książka o kupie” – o ile dobrze kojarzyłem fabułę, książka opowiadała o przygodach krecika, któremu jakieś zwierze zabrudziło norkę, albo czubek głowy (bo krecik nierozsądnie z norki wyjrzał). Mały krecik ruszył więc na poszukiwania sprawcy, podglądając zwierzęta w czasie…gdy były nieosiągalne. Książka zaspokajająca ciekawość, tłumacząca świat, z nutką detektywistyczną. W sumie – czemu nie? Robale wpisują się w ten nurt – a dziś dzieci pytają o wszystko.

Potem przypomniałem sobie, że nie tak dawno słyszałem o książce “Wielka księga siusiaków”. W sumie zakładałem, że treść będzie podobna – znowu krecikowi coś wpadło do norki, znowu musi znaleźć winnego. Klasyk. Perwersyjny, ale klasyk. Uśmiechnąłem się do swoich myśli (często mi się to zdarza) i powiedziałem do Ukochanej:

- Szkoda, że nie ma tu “Wielkiej księgi siusiaków”.

- Ależ jest, zobacz tutaj – powiedziała moja Narzeczona, a ja pochyliłem się nad półką. Faktycznie, taka książka dumnie stała na regale.

Razem z koleżankami.

Tak, dobrze widzicie tytuły. “Nocnik nad nocnikami”, “Wielka księga cipek” czy “Boga przecież nie ma”. A do tego obok jeszcze coś dla nieco starszych dziewczynek.

Jak widać, tu mamy do czynienia z “Małą książką”, a nie “Wielką księgą” – najwyraźniej temat nie wymaga aż takiej uwagi.

Zaintrygowany tytułem książki o Bogu (może się tu zabłąkała, może przenieśli ją z działu o religiach) otworzyłem małą książeczkę na losowej stronie.

Czy książka dla dzieci operuje takimi słowami jak “dowód ontologiczny”? Swoją drogą – rozumiem, że nie ma obowiązku wychowywania dzieci w jakiejkolwiek wierze, ale pewien agresywny ton w tej książce budzi jednak mój niepokój.

Na teologii znam się raczej słabo, może to nie jest książka dla mnie. Ale ponieważ nawet z książek dla dzieci można się czegoś dowiedzieć, postanowiłem sięgnąć po tę, z której faktycznie mógłbym coś wynieść. Znowu otworzyłem na losowej stronie i…

…zdębiałem. Jeżeli ktoś nie widzi zbyt dokładnie, oto fragment strony 31.

Wygląda jak skrzyżowanie “Cosmo” z “Hustlerem”. W wersji dla dzieci, oczywiście. Pobieżne przekartkowanie reszty książeczki pozostawiło mnie z uczuciem głębokiego zniesmaczenia. Wszystko to w pobliżu kącika dla dzieci, na jednej z najniższych półek, w zasięgu małych rączek.

Nie wiem, może jestem zbyt konserwatywny, może nie nadaję się na te nowe, wspaniałe czasy. Rozumiem, że dzieci są ciekawe świata. Że tę ciekawość należy zaspokajać. Że poczytaj mi mamo i że książka najlepszą zabawką. Że sam nie mam dzieci, więc co ja się wypowiadam, nie znam się, porozmawiamy za kilka lat. Ale to już chyba przesada. To, co znajdowało się w tych książeczkach, nie nadaje się tu nawet do cytowania, abym nie miał potem wejść z wyszukiwarek jakichś napaleńców, wpisujących dziwne zapytania.

Zastanawiam się, co będzie następne - “Kamasutra dla najmłodszych” czy może “Zrób to sam”? No i czemu nie ma “Wielkiej księgi pośladków, biustów i skórzanych pejczy”? Co znamienne – wszystkie książeczki poruszające tematykę “bez tabu” napisane zostały przez autorów o skandynawskich nazwiskach. Ziemia, która dała nam wikingów, Lego oraz tanie meble do samodzielnego montażu, teraz rodzi autorów tego typu “dzieł”. Coś im do wody sypią czy jak?

sobota, 5 września 2009

Pan każe – sprzedawca musi

Taka garść refleksji po moich ostatnich zakupach mnie naszła…

Najpierw kupowałem w Empiku bilet na koncert Morricone w Stoczni. Płaciłem kartą, w związku z czym zaatakował mnie ostatni empikowski zwyczaj – sprzedawca żegna sięze mną, mówiąc “do widzenia, panie Bartoszu” (dane z karty bierze). Wołacz pełnej formy mojego imienia uważam za nieco pretensjonalny, a poza tym – ten zwyczaj, mający w zamyśle skracać dystans “klient – sklep”, faktycznie go wydłuża. Już chciałem odpowiedzieć do kasjerki “do widzenia, pani Paulino” (plakietka ją zdradziła, ha!), ale pomyślałem, że przecież ta dziewczyna “tylko wykonuje rozkazy”. Może niekoniecznie poczuje się komfortowo, gdy się z nią tak spoufalę?

Ale sam koncert – świetny. Będę długo wspominać.

Kolejny przykład. Mam bilet kwartalny na SKM z Zaspy do Sopotu. ale raz na jakiś czas chcę pojechać gdzieś dalej. Podchodzę więc w minionym tygodniu do kasy SKM w Sopocie i proszę o dopłatę do Wrzeszcza. A tu pani się krzywi i mówi, że właściwie powinienem mieć bilet z Sopotu do Zaspy, ale w drodze wyjątku mi sprzeda. Następnego dnia proszę tę samą panią o bilet do Głównego. Tym razem pani się zbuntowała, powtórzyła tekst o tym, że mam bilet od złej stacji (ma bilet w obie strony…) i powiedziała, że dopłaty mi nie sprzeda. Bo “miała kontrolę i kontrolerka na nie krzyczy, gdy tak sprzedają dopłaty” – w przeciwną stronę, niż jest wystawiony bilet (mówimy o podstawowej trasie – bilet jest, powtarzam, w obie strony). Podszedłem do drugiej kasy, gdzie bilet dostałem bez problemu. Widocznie tam nie było kontrolerki. A ja mogłem kupić dopłatę tak, jak robiłem to od wielu, wielu lat…

Zastanawiam się teraz, czy napisać do SKM o interpretację sprzedaży dopłat:)

I ostatni przykład. W Tesco kupowałem klej typu “kropelka” – taki, co zawsze leży przy kasach. Wziąłem dwa z pierwszej kasy z brzegu (choć była zamknięta) i poszedłem do jedynej otwartej. Tam też był ten klej – z jedną, małą różnicą. Przy kasie, gdzie wziąłem klej, podana była cena 2,49 – a przy tej, gdzie stałem – 2,79. No, pomyślałem, może być ciekawie przy płaceniu. Jaką cenę wybije kasa? Wybiła 2,95… Zrezygnowałem z jednego – ale gdy przyszedł kierownik, aby wykasować zakup, pokazałem mu te etykiety z 2,49. W tym momencie stojący za mną dziadek zaczął krzyczeć na kierownika, ale ten go przepięknie zignorował (brawo! klient nie zawsze ma rację), po czym bez słowa polecił kasjerce skasować kleje za 2,50. Stwierdziłem, że o te dwa grosze walczyć nie będę.

Powyższe przykłady pokazują, że kasjerzy nie są zdolni do podejmowania decyzji samodzielnie. Może są tak zastraszeni, może tak ich szkolą, a może tak wierzą swoim przełożonym? Nie wiem. Ale jak ja mam się odnieść do takiego sklepu, gdzie nie mogę załatwić czegoś tak, jakbym chciał (SKM), albo gdzie jestem dziwnie traktowany (Empik) czy wręcz oszukiwany (Tesco), bo jakiś magiczny system tak zdecydował?

Następnym razem powiem “do widzenia, pani Paulino”. Ja też mogę grać tę rolę.

PS: o Leclercu pisałem tyle, że teraz tylko krótka wzmianka – w temacie podobnym do Tesco. Uważajcie przy kasie, bo w systemie są inne ceny, niż na etykietach. Dowód? Zdjęcie poniżej:

Paragon i ser pochodzą z tego samego dnia. Niby kwestia groszy, za kilogram 12,95 czy 14,95, ale na czymś nas oszukują…

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com