czwartek, 7 października 2010

52 książki – 9 miesięcy

Brnąc dalej w zaszczytnej akcji podnoszenia średniej przeczytanych książek, warto rzucić okiem, co też ciekawego urodziło się po 9 miesiącach. Tempo całkiem niezłe, choć wszelkie spowolnienia tłumaczę zmianą stanu cywilnego. Tak, tak – nie jestem już najlepszą partią nad Wisłą, ożeniłem się, a to przełożyło się na spadek czytelnictwa. W końcu ślub i wesele to masa spraw do organizacji. Kto nie wierzy, niech sam spróbuje:) No a druga połowa września to podróż poślubna – i jakoś na czytanie nie było czasu… Zresztą na pisanie bloga, jak widać, również.

Ale dzięki mojemu ożenkowi wreszcie pojawiło się w temacie książkowym zdjęcie z książką! Dociekliwym tłumaczę – to traktat “O wojnie” von Clausewitza. Wybrany wyłącznie ze względu na szerokie marginesy. Pozycja na liście “do przeczytania”, swoją drogą – tymczasem leży sobie na półce z innymi książkami dla biznesu.

Zanim jednak przedstawię tradycyjną listę – wyznanie. W tym kwartale po raz pierwszy zacząłem czytać książkę i jej nie skończyłem. Ba, odrzuciła mnie ona od książek papierowych (tak, jak kiedyś “Pokaż, na co cię stać” zabiło we mnie miłość do audiobooków). Tą pozycją był “Wędrujący świat” Kołodki. Do dziś nie rozumiem, dlaczego zacząłem to czytać. W skrócie – narcyzm, prywata i niesamowicie trudny język (to o książce, nie o moich powodach). A przebrnąłem ledwo przez szesnaście stron. Odradzam gorąco, kupić tylko wtedy, jeśli ktoś ma w komodzie jedną nóżkę krótszą. I to znacznie krótszą, bo “Świat” jest sporą cegłą. Przypominam przy okazji żart, że stopnie miłości do siebie określamy następująco: normalny, narcystyczny, bufonada, Kołodko.

Ale nie ma sensu przeciągać w nieskończoność, skoro i tak pragniecie jedynie dowiedzieć się, z czym przyszło mi się zmagać w tym kwartale. I czy warto było?

  • D. Glukhowsky “Metro 2033”

Pierwsza z apokaliptycznych książek w tym kwartale. Gruba cegła, mocno wciągająca, rysująca bardzo spójny świat. A co to jest za świat? Tradycyjnie, jak to w tego typu produkcjach – mamy świat po wojnie atomowej. A właściwie – po zagładzie. Całkowitej. Na powierzchni nie pozostał już nikt. Piszę na powierzchni, ponieważ powieść dotyczy grupki kilkunastu tysięcy moskwiczan, którym w chwili ataku udało się zbiec do metra. Przypadkiem chwycili nieco trzody i drobiu, jakiś podstawowy sprzęt, broń… a to, czego zabrakło, zrobili sami. Lub przynoszą im stalkerzy – zawodowcy, odpowiednio wyposażeni na wyprawy na powierzchnię. Nie tylko w stroje ochronne, ale i w broń. Dużo broni. Bo na powierzchni czają się potwory. Zresztą na stacjach też nie jest lepiej – frakcje, wojny, wielka polityka, faszyści, komuniści, fanatycy religijni. Do wyboru, do koloru. A z okolic zapomnianej stacji zaczynają jeszcze przybywać “czarni” – zmutowane stwory, żądne krwi… A to dopiero początek. Warto dotrwać do zakończenia, bo ma w sobie to coś. Czy przeczytać? Bez wahania, nawet, jeśli do powieści tego typu podchodzimy łukiem.

  • R. Allen, M. Hansen “Jednominutowy milioner”

Książka będąca podobno biblią tych, którzy chcą się szybko wzbogacić. Polecana przez Cebulskiego w jego książce “Efekt motyla” (przeczytanej w poprzednim kwartale). Kompletny opis narzędzi niezbędnych do stania się milionerem. A konkretnie – światłym milionerem. Ci z Was, którym zapaliła się ostrzegawcza lampka na hasło “światły”, mogą ją zgasić. Żadnego werbunku do sekty nie stwierdzono. Ale wszelkiej maści pozytywne wizualizacje są tu na porządku dziennym. Podstawowe pytanie brzmi – czy minuta wystarczy, aby stać się milionerem? Autorzy odpowiadają dość wcześnie, nie trzymając nas w niepewności. Oczywiście, że wystarczy. Musimy mieć tylko bardzo wiele minut. A mówiąc serio: książka zasadza się na dwóch pytaniach. Pierwsze brzmi – czy umiałbyś zdobyć milion dolarów w miesiąc, kwartał albo rok? Tu zapewne większość odpowie sobie uczciwie, że nie. W tym momencie pada drugie pytanie – a gdyby od tego zależało życie Twoich najbliższych? Podchwytliwe, ale skuteczne. Książka dodatkowo jest ciekawie skomponowana – strony parzyste to poradnik z krwi i kości, a nieparzyste – opowieść o kobiecie, która miała tylko 90 dni na zdobycie miliona. Inaczej musiałaby na zawsze pożegnać się ze swoimi dziećmi. Jeśli lubisz książki motywacyjne – rzuć okiem.

  • M. Kozak “Renegat”

Ciąg dalszy przygód Vespera, bohatera książki “Nocarz” (również przeczytanej w poprzednim kwartale). Po tytule można się domyślić, co się stało. Tym razem sympatycznemu wampirowi z legitymacją ABW przyjdzie być “tym złym” (dajcie spokój, żaden “spoiler alert”, to było bardziej niż oczywiste). Mamy więc cały wachlarz duchowych rozterek – czy robię słusznie, co zrobić, jak zrobić, komu służyć, czemu być wiernym i tak w kółko. Plus tradycyjnie jedna scena seksu opisana ze szczegółami. Tym razem rozdziały układają się w dość spójny serial, a nie oderwane epizody, więc i lektura przykuwa skuteczniej. No i to zakończenie… Tak, można się domyślić, ale i tak chcę przeczytać ostatnią część, zatytułowaną “Nikt” (cóż za przewrotny tytuł). Książka jest znakomitym wypełniaczem podróży, nic więcej. Jeśli podobał Ci się “Nocarz”, to w klimatach z “Renegata” poczujesz się jak u siebie w domu.

  • A. Christie “Morderstwo w Orient Expresie”

Królowa kryminału znowu w moich rękach. Klasyczna sytuacja – zamknięta przestrzeń (tym razem luksusowe wagony pewnego kultowego pociągu, uwięzione w zamieci śnieżnej), trup, zagadka, coraz większy krąg podejrzanych, coraz mniej czasu. I na tym wszystkim, niczym wisienka na torcie, jeden wkurzający Belg, w randze detektywa. Hercules Poirot, bo o nim mowa, ma zwyczaj zjawiania się tam, gdzie akurat jest potrzebny. Albo – patrząc inaczej – ludzie z jego otoczenia mają brzydki zwyczaj umierać. I to niekoniecznie w naturalny sposób. Na szczęście błyskotliwy umysł detektywa poradzi sobie z każdą zbrodnią. Polecać chyba nie muszę, bo to książka równie specyficzna, jak wszystkie kryminały. Zwłaszcza te klasyczne. A ja jeden z elementów powieści zrozumiałem dopiero po przejażdżce nocnym pociągiem podczas podróży poślubnej (sypialne wagony w Polsce nie mają przejść między przedziałami).

  • M. Kozak “Fiolet”

Pani Kozak znowu pojawia się na liście, ale tym razem bez wampirów. Za to z kosmiczną inwazją. Tak wiec mamy kolejną książkową apokalipsę. Na naszej spokojnej planecie zupełnie nagle zaczynają wyrastać Fiołki. Wielkie rośliny (nie zgadniecie, jakiego koloru…), emitujące najprawdziwszy cyjanek. Draństwo upodobało sobie centra wielkich miast, wyrasta podstępnie, atakuje szybko i zabija wszystkich w pewnym promieniu. Gdy świat orientuje się, że fioletowe zło przybyło do nas z gwiazd, a “nasionka” regularnie wchodzą w naszą atmosferę, zaczyna się kombinowanie. Zarodniki można zniszczyć – ale tylko w powietrzu, zanim dotkną gruntu. Dlatego na całym świecie tworzone są jednostki spadochroniarzy, którzy mają jedno zadanie – podlecieć do namierzonego przez radary zarodnika i wytruć wszystko, co może zagrażać ludziom na dole. Nierzadko misje takie są samobójcze, bo truciznę do nasionka udaje się tłoczyć zbyt późno. Kiedy w centrum Warszawy wyrasta Fiołek, życie w stolicy zmienia się nie do poznania. W ścisłym centrum jest strefa śmierci. Na niebie królują spadochroniarze, przechwytujący zarodniki. A do tego mafia, służby, polityka – czyli polska rzeczywistość w sosie apokaliptycznym. Polecam, bo dość szybko się czyta i choć postacie są dość płaskie, to historia ma w sobie “to coś”.

  • A, Ziemiański “Wojny urojone”

Apokalipsa inaczej. Na orbitę ziemską wraca po długiej podróży wielki statek kosmiczny, właściwie – dwa statki. Na ich pokładach: kilka tysięcy mężczyzn. I jeden problem – ze starej planety nie docierają żadne oznaki ludzkiej bytności. A w każdym razie w takim jej stadium rozwoju, jakiej można się było spodziewać. Ludzie na planecie żyją w dziwnych miastach, z technologią jakby żywcem wyjętą ze średniowiecza. Kosmiczni podróżnicy postanawiają wyjaśnić zagadkę – główny bohater, wraz z kolegą, zostają wysłani przez dowódcę do zbadania sprawy. Z każdym kolejnym krokiem będą brnąć w nierealny świat. A my wraz z nimi. “Wojny urojone” to bardzo dobra książka, nie jest tak naiwna jak “Dziennik czasu plagi”, choć bazuje na tych samych ogranych schematach. Pomysł na scenariusz filmu – praktycznie gotowy. Bohaterowie – dokładnie tacy, jacy być powinni. Lektura lekka, łatwa i przyjemna, choć można dopatrzeć się drugiego dna. Oraz kilku niezłych tekstów. Zdecydowanie warto.

  • A. MacLean “Stacja arktyczna “Zebra””

Powieści sensacyjne MacLeana mają swój urok. I nie mówię tu tylko o tych, które dzieją się podczas ostatniej wojny światowej. “Zebra” to historia z czasów Zimnej Wojny – więc przy czytaniu ma się świadomość, że dziś pewne sprawy załatwia się inaczej. Niemniej opowieść wciąga – i tak być powinno. Do samego końca kombinowałem, kto jest tym złym, a kto jest tym dobrym. A do tego otrzymujemy niesamowicie realistyczny opis niegościnnej, lodowej pustyni. Jeśli tam faktycznie tak wygląda, to za wycieczkę w okolice Bieguna Północnego chyba podziękuję. Kronikarsko o fabule – stacja meteorologiczna na gigantycznej, dryfującej krze lodowej, w wyniku pożaru traci łączność ze światem. Dzielna marynarka spod znaku gwiazd i pasków wysyła dzielnych marynarzy na dzielnej łodzi podwodnej o napędzie atomowym, aby uratować polarników. Ale nie wszystko idzie gładko, co prowadzi do wniosków, że może ktoś, gdzieś, jakoś – maczał w tej całej sprawie brudne paluchy. Pomimo arktycznego wiatru, wiejącego ze stron książki, gorąco polecam.

  • J. Clarkson “Świat wg Clarksona 3”

Zbiór felietonów autorstwa najbardziej rozpoznawalnego dziennikarza motoryzacyjnego z Wielkiej Brytanii. Choć felietony napisano kilka lat temu, dotykają dość uniwersalnych tematów, jak relacje międzyludzkie, polityka na Wyspach czy ekologia. Znając styl Clarksona nietrudno się domyślić, że będzie miał zdanie odmienne niż politycznie poprawna większość. Płetwale błękitne? Można je wybić. Ekolodzy? Zacznijmy do nich strzelać. Dzieci? Demony z piekła rodem. I tak w kółko. Barwne metafory, przewrotne logika i wyrazisty autor – to się może podobać. Warto poznać, nawet jako “sztukę dla sztuki” – nie trzeba się zgadzać z Clarksonem, aby docenić jego kunszt felietonisty. I tylko felietonisty, bo pisarzem to on chyba nie jest. Krótka, treściwa i zabawna forma – oto jego powołanie.

Kusiło mnie, aby umieścić w tym zestawieniu jeszcze jedną, rewelacyjną książkę, którą skończyłem czytać po powrocie z podróży (czyli na początku października), a której we wrześniu najzwyczajniej nie zdążyłem doczytać (nie chciało mi się zabierać książki, gdzie zostało mi około 30 stron). Ale skoro ustaliłem sobie na początku twarde zasady, że opisuję wyłącznie książki, które skończyłem czytać w danym kwartale, to będę zasadniczy. Ową książką zacznę więc zestawienie za czwarty kwartał – opublikowane na początku stycznia. Wtedy też podsumujemy całą akcję i zobaczymy, co z niej wyszło. Trzymajcie kciuki, bo droga wciąż daleka, a czasu coraz mniej!

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Jaki tablet wybrać (i po co)?

Takie coś mam teraz... Uwielbiam gadżety wszelkiej maści. Dodatki idealne – od spinek do mankietów z asem pik, po “wypasiony” telefon – rozpalają moją wyobraźnię. Mam na imię Bartek i jestem gadżeciarzem. Najwyraźniej widać to, zaglądając na moją listę życzeń – może nie umieszczam tam wszystkich możliwych gadżetów, ale sporo ich tam się znajdzie. Wprawdzie nie mam najnowszego smartfona (stary, dobry SE K 300 nadal działa), nie mam też lansiarskiego netbooka (jedyny przenośny komputer to służbowy), ale jak to mawia Wilq “chcieć to móc” i tej wiary się trzymam. Mieć to jedno, patrzeć z pożądaniem to drugie, a najzwyczajniej w świecie lubić – to trzecie i moje.

Taka karma.

Od jakiegoś czasu w głowie zalęgła mi się myśl o kolejnym gadżecie – który, co ciekawe, mógłby być nawet całkiem przydatny w moim codziennym życiu. Rok 2010 (a może 2011?) ma być rokiem tabletów. A skoro tak, to i ja postanowiłem, że może warto zobaczyć, z czym to się je.

Całe szaleństwo zaczęło się od wiadomej firmy z nadgryzionym jabłkiem i ich iPada. Wprawdzie to podobno tylko powiększony iPhone, ale miliony fanów Stefana i jego Jabłka oszalało ze szczęścia. Inni nie mogli być gorsi i natychmiast zapowiedzieli wypuszczenie swoich “iPad – killerów” (swoją drogą strasznie nam się zbrutalizował rynek, przynajmniej w warstwie nazewnictwa). Niestety, nie dla mnie te wszystkie zabawki – bo nie uśmiecha mi się (póki co) wydanie sporego kawałka miesięcznego budżetu na gadżet. Z łatwością natomiast wydałbym znacznie mniejszy kawałek moich zarobków na coś o zbliżonej (może nieco mniejszej) funkcjonalności.

I tu mój wzrok zwrócił się ku pracy małych żółtych rączek, które z pracowitością godną podziwu wyrabiają “iPad – podróbki”. Ale po kolei, aby jeden z moich wiernych Czytelników nie zarzucił mi, że zachwycam się narzędziem, zastanawiając się dopiero nad jego przydatnością. Wyjdźmy od tego, do czego takiego tabletu mógłbym używać.

Przede wszystkim – czytanie publikacji elektronicznych. Do tej pory do książek w formacie jar wystarczył mi mój telefon (choć nie wszystkie pliki potrafił otworzyć, bo mu pamięci nie starczyło), ale coraz więcej zaległości mam w czytaniu tego, co funkcjonuje jako pdf, txt czy doc. Na ekranie komputera mogę czytać krótkie artykuły, a nie kilkusetstronicowe książki. A i wszelkie akty prawne w związku ze zdobywaniem uprawnień zawodowych mógłbym mieć zawsze przy sobie, do poczytania. Zresztą – artykułów też mi się kilkadziesiąt nazbierało w Read It Later, a przerobić je na jakiś przyjemny format nie byłoby głupią myślą. Być może do tego typu zadań wystarczyłby jakiś prosty czytnik e-książek, ale problemem jest – podobnie jak przy iPadzie – cena.

Druga kwestia – efektywność. Owszem, zrobiłem sobie swego czasu najlepszy papierowy notatnik do systemu Getting Things Done, który sprawdzał się w codziennych zadaniach, aleważam, że warto przenieść się na nieco wyższy poziom. Istnieje genialny Evernote, który do pełni mojego szczęścia powinien być ze mną zawsze i wszędzie, a nie tylko w przeglądarce na komputerze. Istnieją inne systemy, z powodzeniem instalowane w najnowszych telefonach. Istnieje wreszcie zwykła przewaga rozwiązań elektronicznych nad papierowymi, jak choćby możliwość pracy w większej liczbie wymiarów (dane zadanie można przypisać do projektu, daty, kontekstu, osoby, zasobów… a potem posegregować, przenieść, skopiować i wysłać dalej). Ogółem każde rozwiązanie, które choć częściowo pasuje do mojej koncepcji ostatecznego narzędzia efektywności osobistej kwituję głośnym “chcę-to-już”, a wydaje mi się (nie bez podstaw), że na tabletach tego typu narzędzia są po prostu przyjaźniejsze.

Kolejna kwestia – pisanie. Dziś tego bloga, jutro może kolejnego, a w perspektywie – opowiadań, książek, epopei… Prawda jest taka, że mam kilkanaście pomysłów na pisanie dziennie – część wynika wprost z mojej głowy, część z przeczytanych artykułów. I pomysły te są dość rozproszone – a to w ręcznie robionym genialnym notatniku, a to w Notatniku Google, a to leżą jeszcze nieprzeczytane w Read It Later. Wspomniany Evernote pomógłby mi zebrać je wszystkie w jednym miejscu i zgrabnie przejść od pomysłu do realizacji (taką mam nadzieję).

Wreszcie – miło by było mieć dostęp do kalendarza czy kontaktów z Google zawsze pod ręką, nawet offline. Od czasu do czasu sprawdzić pocztę, odpisać na maile, po prostu na spokojnie oporządzić sieciowe poletko. Ale to celowo wymieniam jako punkt ostatni.

...a takie coś chciałbym mieć. Wiemy już co chcę robić – teraz powiedzmy czym, jeśli nie wypasionymi tabletami od wielkich firm. Otóż od jakiegoś czasu są w sprzedaży na Allegro chińskie tablety (zapewne pomyślane jako podróbki iPada), oparte o system Android od Google. Patrząc na specyfikację podawaną na aukcjach, zawartość wygląda następująco (wypiszę to, co sam rozumiem): dotykowy ekran 7 cali o rozdzielczości 800x480, system Android 1.6, pamięć wewnętrzna 2 GB, slot na kart SD (do 32 GB), WIFI, kamera 1,3 mpx.

Moje pytanie do Was wszystkich brzmi – czy to, co tkwi w takim tablecie, jest dla mnie wystarczające? A konkretnie:

  • czy czytanie plików jar, txt czy pdf nie będzie problemem? Wiem, że dla plików jar są specjalne programy do odtwarzania i jakoś to chodzi…
  • czy możliwe będzie zainstalowanie Evernote albo innych programów (w specyfikacjach podawany jest dostęp do Android Market, ale różnie słyszałem)?
  • czy można na takim czymś robić szybki notatki odręczne jakimś rysikiem?
  • czy są jakieś aplikacje odczytujące notatki ręczne?
  • czy są może jakieś aplikacje do pisania, choć krótkich notatek – jako fragmentów notek blogowych?
  • czy dałoby radę podłączyć do takiego tabletu zwykłą klawiaturę poprzez USB?
  • czy – jeśli w domu nie mam bezprzewodowego dostępu do sieci – jestem skazany na synchronizację GMaila, kalendarza i Evernote tylko w pracy i miejscach publicznych?

Potrzebuję porady. Co sądzicie o takim produkcie – poza oczywistą oczywistością, że to chińszczyzna? Wychodzę z założenia, że Chińczycy produkują już nieco lepiej, niż kilkanaście lat temu… A może potraficie polecić coś innego, co będzie spełniało moje wymagania i nie wyczyści mi konta?

Spytam krótko i tradycyjnie – pomożecie?

wtorek, 3 sierpnia 2010

Zaobserwowane – ogłoszenia (z bonusem na początku)

Kontynuujemy cykl wpisów pokazujących cuda i dziwy tego świata. Patrzyliśmy już na tabliczki, podziwialiśmy zmagania z językiem polskim, docenilismy poczucie humoru dziennikarzy, a także zetknęliśmy się z książeczkami dla dzieci…świadomych wszystkiego.

Dziś popatrzymy sobie na…

…ale wpierw zapowiedziany bonus. Jak być może wiecie – mieszkam w falowcu. Szybki konkurs – co jest przedstawione na poniższym zdjęciu?

Ci z Was, którzy powiedzieli “grzejniki” – mają tylko część racji. Owszem, są to instalacje do ogrzewania powietrza (klatka schodowa w falowcu jest przeszklona, a do tego wyjścia na galerie nie są zbyt szczelne). Ale pomysłowy naród zrobił z grzejników wielce efektywny…stojak na kapsle.

Taka mała instalacja artystyczna. Nazwałbym ta “Choinką postindustrialną” – albo “Wszechświatem kontemplującym samego siebie” (ale tylko dlatego, że jest to moim zdaniem najlepszy tytuł dowolnej rzeźby współczesnej).

Wróćmy jednak do tematu dzisiejszego spotkania z obrazem – do ogłoszeń. Ogłoszenia powinny mieć jakąś funkcję – najczęściej informacyjną. Mogą więc propagować istotne z punktu widzenia społeczeństwa akcje uświadamiające.

Jak łatwo się domyślić – w okolicy nie dopilnowano, aby akcja “Myślę – nie niszczę” miała odpowiedni rozgłos. Niemniej jest coś szalenie przewrotnego w takim właśnie mazaniu po murach. Można było napisać “HWDP” albo “Lechia pany”, a tu proszę…

Ale nadal jest to wandalizm na peronie SKM. Ogólnie wydawało mi się, że na terenie peronów niemożliwe jest umieszczanie jakichkolwiek ogłoszeń. A już zwłaszcza na kasowniku.

Ale jak widać – myliłem się. Nie rozumiem tylko celu tego ogłoszenia…

…zapewne osoby interesujące się żywo rynkiem kapitałowym potrafiłyby mi to wyjaśnić. Czyżby wrogie przejęcie? Pewnie nie dowiemy się tego jeszcze przez jakiś czas.

Jak jednak sugeruje nam poprzednie zdjęcie – na peronie SKM można umieścić ogłoszenie informujące, że ów peron w jakiejś niewielkiej części przeszedł remont. Napis “świeżo malowane” pozwala nam wszystkim sporo zaoszczędzić na pralni. Tak więc kiedy pomalujemy np. tablicę z rozkładem jazdy…

…należy tym faktem pochwalić się wszem i wobec. A że w Gdańsku wycieczek zza Odry nie brakuje, należy zawsze ustawić się frontem do klienta.

Że co? Że i tak nie zrozumie? Nie musi – musi wiedzieć, że ma się mieć na baczności (tu dygresja – w młodości niebywale śmieszyły mnie tabliczki “Baczność – przewody pod napięciem”: przecież jeśli stanę na baczność, to będę wyższy, a więc jest większa szansa, że o owe przewody zahaczę…).

W Gdańsku wykosztowano się także na system elektronicznej informacji o komunikacji miejskiej. Chciałoby się zakrzyknąć “Nareszcie!”, ale system od kilku miesięcy jest w fazie testów. I dlatego czasem trafiają się takie kwiatki.

Jeśli ktoś nie widzi, to niech porówna sobie godzinę pokazywaną na wyświetlaczu (i jasne niebo) z godzinami odjazdów najbliższych tramwajów.

Niedowiarków odsyłam na stronę gdańskiego ZTM. Można sprawdzić, że pomiędzy 18:48 a 1:05 powinien jechać przynajmniej jeden tramwaj.

Na sam koniec – coś dla ludzi o mocnych nerwach. Zaczęliśmy od kampanii społecznej, na kampanii społecznej skończymy. I to zupełnie na poważenie. Zastanawiałem się, czy temu ogłoszeniu nie poświęcić osobnego wpisu…

Takie tablice, będące efektem konkursu plastycznego w szkołach, stoją sobie w nadmorskim parku. Przesłanie słuszne – nie zakopuj martwych zwierząt w parku, bo niedaleko znajdują się ujęcia wody. Niemniej dziecko, które stworzyło ten rysunek, powinno chyba z kimś porozmawiać. Na obrazku mamy zapłakaną dziewczynkę, która pogrzebała…same kości (nie wiem, co zrobiła z mięsem swojego pieska czy kotka). Aby jednak nie było wątpliwości, że rozmawiamy o rzeczach ostatecznych, nad bohaterką unoszą się dusze, czy też raczej zwierzęce anioły. Jest anioł psa, świnki morskiej oraz demona z piekła rodem.

Zakopane kości (co z mięsem, serio?) oczywiście wpływają na sieć wodociągową. Siwy staruszek nie ma innego wyjścia, jak podlewać niepokruszonymi kośćmi swoją działeczkę. To jednak nic. Tu wkraczamy na grunt najkrwawszych horrorów, bowiem pewna blondynka z przerażeniem stwierdza, że kąpiel, którą sobie przygotowała, ma masę niespodziewanych dodatków.

Nie słyszała, że coś jej o wannę dudni? Nie lepiej ma jej koleżanka, która chce umyć zęby (wnioskuję po  czymś, co mogłoby być lustrem).

Tu już nie chodzi o kostkę w kubeczku z wodą. Tu chodzi o zbolałą minę i to, co w owym lusterku się odbiło. Stawiam osobiście na skrzydlatego demona.

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com