Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 października 2010

52 książki – 9 miesięcy

Brnąc dalej w zaszczytnej akcji podnoszenia średniej przeczytanych książek, warto rzucić okiem, co też ciekawego urodziło się po 9 miesiącach. Tempo całkiem niezłe, choć wszelkie spowolnienia tłumaczę zmianą stanu cywilnego. Tak, tak – nie jestem już najlepszą partią nad Wisłą, ożeniłem się, a to przełożyło się na spadek czytelnictwa. W końcu ślub i wesele to masa spraw do organizacji. Kto nie wierzy, niech sam spróbuje:) No a druga połowa września to podróż poślubna – i jakoś na czytanie nie było czasu… Zresztą na pisanie bloga, jak widać, również.

Ale dzięki mojemu ożenkowi wreszcie pojawiło się w temacie książkowym zdjęcie z książką! Dociekliwym tłumaczę – to traktat “O wojnie” von Clausewitza. Wybrany wyłącznie ze względu na szerokie marginesy. Pozycja na liście “do przeczytania”, swoją drogą – tymczasem leży sobie na półce z innymi książkami dla biznesu.

Zanim jednak przedstawię tradycyjną listę – wyznanie. W tym kwartale po raz pierwszy zacząłem czytać książkę i jej nie skończyłem. Ba, odrzuciła mnie ona od książek papierowych (tak, jak kiedyś “Pokaż, na co cię stać” zabiło we mnie miłość do audiobooków). Tą pozycją był “Wędrujący świat” Kołodki. Do dziś nie rozumiem, dlaczego zacząłem to czytać. W skrócie – narcyzm, prywata i niesamowicie trudny język (to o książce, nie o moich powodach). A przebrnąłem ledwo przez szesnaście stron. Odradzam gorąco, kupić tylko wtedy, jeśli ktoś ma w komodzie jedną nóżkę krótszą. I to znacznie krótszą, bo “Świat” jest sporą cegłą. Przypominam przy okazji żart, że stopnie miłości do siebie określamy następująco: normalny, narcystyczny, bufonada, Kołodko.

Ale nie ma sensu przeciągać w nieskończoność, skoro i tak pragniecie jedynie dowiedzieć się, z czym przyszło mi się zmagać w tym kwartale. I czy warto było?

  • D. Glukhowsky “Metro 2033”

Pierwsza z apokaliptycznych książek w tym kwartale. Gruba cegła, mocno wciągająca, rysująca bardzo spójny świat. A co to jest za świat? Tradycyjnie, jak to w tego typu produkcjach – mamy świat po wojnie atomowej. A właściwie – po zagładzie. Całkowitej. Na powierzchni nie pozostał już nikt. Piszę na powierzchni, ponieważ powieść dotyczy grupki kilkunastu tysięcy moskwiczan, którym w chwili ataku udało się zbiec do metra. Przypadkiem chwycili nieco trzody i drobiu, jakiś podstawowy sprzęt, broń… a to, czego zabrakło, zrobili sami. Lub przynoszą im stalkerzy – zawodowcy, odpowiednio wyposażeni na wyprawy na powierzchnię. Nie tylko w stroje ochronne, ale i w broń. Dużo broni. Bo na powierzchni czają się potwory. Zresztą na stacjach też nie jest lepiej – frakcje, wojny, wielka polityka, faszyści, komuniści, fanatycy religijni. Do wyboru, do koloru. A z okolic zapomnianej stacji zaczynają jeszcze przybywać “czarni” – zmutowane stwory, żądne krwi… A to dopiero początek. Warto dotrwać do zakończenia, bo ma w sobie to coś. Czy przeczytać? Bez wahania, nawet, jeśli do powieści tego typu podchodzimy łukiem.

  • R. Allen, M. Hansen “Jednominutowy milioner”

Książka będąca podobno biblią tych, którzy chcą się szybko wzbogacić. Polecana przez Cebulskiego w jego książce “Efekt motyla” (przeczytanej w poprzednim kwartale). Kompletny opis narzędzi niezbędnych do stania się milionerem. A konkretnie – światłym milionerem. Ci z Was, którym zapaliła się ostrzegawcza lampka na hasło “światły”, mogą ją zgasić. Żadnego werbunku do sekty nie stwierdzono. Ale wszelkiej maści pozytywne wizualizacje są tu na porządku dziennym. Podstawowe pytanie brzmi – czy minuta wystarczy, aby stać się milionerem? Autorzy odpowiadają dość wcześnie, nie trzymając nas w niepewności. Oczywiście, że wystarczy. Musimy mieć tylko bardzo wiele minut. A mówiąc serio: książka zasadza się na dwóch pytaniach. Pierwsze brzmi – czy umiałbyś zdobyć milion dolarów w miesiąc, kwartał albo rok? Tu zapewne większość odpowie sobie uczciwie, że nie. W tym momencie pada drugie pytanie – a gdyby od tego zależało życie Twoich najbliższych? Podchwytliwe, ale skuteczne. Książka dodatkowo jest ciekawie skomponowana – strony parzyste to poradnik z krwi i kości, a nieparzyste – opowieść o kobiecie, która miała tylko 90 dni na zdobycie miliona. Inaczej musiałaby na zawsze pożegnać się ze swoimi dziećmi. Jeśli lubisz książki motywacyjne – rzuć okiem.

  • M. Kozak “Renegat”

Ciąg dalszy przygód Vespera, bohatera książki “Nocarz” (również przeczytanej w poprzednim kwartale). Po tytule można się domyślić, co się stało. Tym razem sympatycznemu wampirowi z legitymacją ABW przyjdzie być “tym złym” (dajcie spokój, żaden “spoiler alert”, to było bardziej niż oczywiste). Mamy więc cały wachlarz duchowych rozterek – czy robię słusznie, co zrobić, jak zrobić, komu służyć, czemu być wiernym i tak w kółko. Plus tradycyjnie jedna scena seksu opisana ze szczegółami. Tym razem rozdziały układają się w dość spójny serial, a nie oderwane epizody, więc i lektura przykuwa skuteczniej. No i to zakończenie… Tak, można się domyślić, ale i tak chcę przeczytać ostatnią część, zatytułowaną “Nikt” (cóż za przewrotny tytuł). Książka jest znakomitym wypełniaczem podróży, nic więcej. Jeśli podobał Ci się “Nocarz”, to w klimatach z “Renegata” poczujesz się jak u siebie w domu.

  • A. Christie “Morderstwo w Orient Expresie”

Królowa kryminału znowu w moich rękach. Klasyczna sytuacja – zamknięta przestrzeń (tym razem luksusowe wagony pewnego kultowego pociągu, uwięzione w zamieci śnieżnej), trup, zagadka, coraz większy krąg podejrzanych, coraz mniej czasu. I na tym wszystkim, niczym wisienka na torcie, jeden wkurzający Belg, w randze detektywa. Hercules Poirot, bo o nim mowa, ma zwyczaj zjawiania się tam, gdzie akurat jest potrzebny. Albo – patrząc inaczej – ludzie z jego otoczenia mają brzydki zwyczaj umierać. I to niekoniecznie w naturalny sposób. Na szczęście błyskotliwy umysł detektywa poradzi sobie z każdą zbrodnią. Polecać chyba nie muszę, bo to książka równie specyficzna, jak wszystkie kryminały. Zwłaszcza te klasyczne. A ja jeden z elementów powieści zrozumiałem dopiero po przejażdżce nocnym pociągiem podczas podróży poślubnej (sypialne wagony w Polsce nie mają przejść między przedziałami).

  • M. Kozak “Fiolet”

Pani Kozak znowu pojawia się na liście, ale tym razem bez wampirów. Za to z kosmiczną inwazją. Tak wiec mamy kolejną książkową apokalipsę. Na naszej spokojnej planecie zupełnie nagle zaczynają wyrastać Fiołki. Wielkie rośliny (nie zgadniecie, jakiego koloru…), emitujące najprawdziwszy cyjanek. Draństwo upodobało sobie centra wielkich miast, wyrasta podstępnie, atakuje szybko i zabija wszystkich w pewnym promieniu. Gdy świat orientuje się, że fioletowe zło przybyło do nas z gwiazd, a “nasionka” regularnie wchodzą w naszą atmosferę, zaczyna się kombinowanie. Zarodniki można zniszczyć – ale tylko w powietrzu, zanim dotkną gruntu. Dlatego na całym świecie tworzone są jednostki spadochroniarzy, którzy mają jedno zadanie – podlecieć do namierzonego przez radary zarodnika i wytruć wszystko, co może zagrażać ludziom na dole. Nierzadko misje takie są samobójcze, bo truciznę do nasionka udaje się tłoczyć zbyt późno. Kiedy w centrum Warszawy wyrasta Fiołek, życie w stolicy zmienia się nie do poznania. W ścisłym centrum jest strefa śmierci. Na niebie królują spadochroniarze, przechwytujący zarodniki. A do tego mafia, służby, polityka – czyli polska rzeczywistość w sosie apokaliptycznym. Polecam, bo dość szybko się czyta i choć postacie są dość płaskie, to historia ma w sobie “to coś”.

  • A, Ziemiański “Wojny urojone”

Apokalipsa inaczej. Na orbitę ziemską wraca po długiej podróży wielki statek kosmiczny, właściwie – dwa statki. Na ich pokładach: kilka tysięcy mężczyzn. I jeden problem – ze starej planety nie docierają żadne oznaki ludzkiej bytności. A w każdym razie w takim jej stadium rozwoju, jakiej można się było spodziewać. Ludzie na planecie żyją w dziwnych miastach, z technologią jakby żywcem wyjętą ze średniowiecza. Kosmiczni podróżnicy postanawiają wyjaśnić zagadkę – główny bohater, wraz z kolegą, zostają wysłani przez dowódcę do zbadania sprawy. Z każdym kolejnym krokiem będą brnąć w nierealny świat. A my wraz z nimi. “Wojny urojone” to bardzo dobra książka, nie jest tak naiwna jak “Dziennik czasu plagi”, choć bazuje na tych samych ogranych schematach. Pomysł na scenariusz filmu – praktycznie gotowy. Bohaterowie – dokładnie tacy, jacy być powinni. Lektura lekka, łatwa i przyjemna, choć można dopatrzeć się drugiego dna. Oraz kilku niezłych tekstów. Zdecydowanie warto.

  • A. MacLean “Stacja arktyczna “Zebra””

Powieści sensacyjne MacLeana mają swój urok. I nie mówię tu tylko o tych, które dzieją się podczas ostatniej wojny światowej. “Zebra” to historia z czasów Zimnej Wojny – więc przy czytaniu ma się świadomość, że dziś pewne sprawy załatwia się inaczej. Niemniej opowieść wciąga – i tak być powinno. Do samego końca kombinowałem, kto jest tym złym, a kto jest tym dobrym. A do tego otrzymujemy niesamowicie realistyczny opis niegościnnej, lodowej pustyni. Jeśli tam faktycznie tak wygląda, to za wycieczkę w okolice Bieguna Północnego chyba podziękuję. Kronikarsko o fabule – stacja meteorologiczna na gigantycznej, dryfującej krze lodowej, w wyniku pożaru traci łączność ze światem. Dzielna marynarka spod znaku gwiazd i pasków wysyła dzielnych marynarzy na dzielnej łodzi podwodnej o napędzie atomowym, aby uratować polarników. Ale nie wszystko idzie gładko, co prowadzi do wniosków, że może ktoś, gdzieś, jakoś – maczał w tej całej sprawie brudne paluchy. Pomimo arktycznego wiatru, wiejącego ze stron książki, gorąco polecam.

  • J. Clarkson “Świat wg Clarksona 3”

Zbiór felietonów autorstwa najbardziej rozpoznawalnego dziennikarza motoryzacyjnego z Wielkiej Brytanii. Choć felietony napisano kilka lat temu, dotykają dość uniwersalnych tematów, jak relacje międzyludzkie, polityka na Wyspach czy ekologia. Znając styl Clarksona nietrudno się domyślić, że będzie miał zdanie odmienne niż politycznie poprawna większość. Płetwale błękitne? Można je wybić. Ekolodzy? Zacznijmy do nich strzelać. Dzieci? Demony z piekła rodem. I tak w kółko. Barwne metafory, przewrotne logika i wyrazisty autor – to się może podobać. Warto poznać, nawet jako “sztukę dla sztuki” – nie trzeba się zgadzać z Clarksonem, aby docenić jego kunszt felietonisty. I tylko felietonisty, bo pisarzem to on chyba nie jest. Krótka, treściwa i zabawna forma – oto jego powołanie.

Kusiło mnie, aby umieścić w tym zestawieniu jeszcze jedną, rewelacyjną książkę, którą skończyłem czytać po powrocie z podróży (czyli na początku października), a której we wrześniu najzwyczajniej nie zdążyłem doczytać (nie chciało mi się zabierać książki, gdzie zostało mi około 30 stron). Ale skoro ustaliłem sobie na początku twarde zasady, że opisuję wyłącznie książki, które skończyłem czytać w danym kwartale, to będę zasadniczy. Ową książką zacznę więc zestawienie za czwarty kwartał – opublikowane na początku stycznia. Wtedy też podsumujemy całą akcję i zobaczymy, co z niej wyszło. Trzymajcie kciuki, bo droga wciąż daleka, a czasu coraz mniej!

poniedziałek, 26 lipca 2010

Shrek Forever – and never again

Byłem, widziałem. Ponoć to ostatni film z tej serii. Narzeczona przezornie dodaje “w tym roku”, ale faktycznie – jeśli historia będzie dalej szła w tę stronę, to więcej się z zielonego ogra nie wyciśnie.

Pamiętacie, jakim szokiem był pierwszy “Shrek”? Kiedy poszliśmy do kina na bajkę, a trafiliśmy na ostrą parodię, przeznaczoną dla dorosłych? To była jazda! Te aluzje, odwołania, żarty z podwójnym dnem. No i rewelacyjna polska wersja językowa, ze Stuhrem kradnącym cały show. Świat zwariował na punkcie zielonego stwora i nie było w tym nic dziwnego. Potem przyszła dość dobra część druga i trzecia, też nie od macochy. Owszem, to już nie była ta świeżość, ale to nadal były świetne żarty, rozrywka dla młodych i starych – no i genialny dubbing.

Dziś możemy oglądać część czwartą. Shrek ma dość nudnego życia na łonie rodziny i z pewnym kurduplowatym czarnoksiężnikiem podpisuje pakt – jeden dzień z jego przeszłości w zamian za jeden dzień starego, dobrego życia ogra – odludka. Niewyrośnięty mag bierze dzień narodzin ogra, w związku z czym tworzy się pewien paradoks – Shrek nigdy się nie narodził, a więc gdy skończy się doba, nie będzie miał do czego wracać. Musi więc naprawić to co popsuł – najlepiej z pomocą sprawdzonych przyjaciół. Ale jak ich do siebie przekonać, skoro oni ni mogą znać kogoś, kto nie istnieje?

Całkiem niezły punkt wyjścia, prawda? Zwłaszcza dla antybajki, jaką były filmu o ogrze. Piszę “były”, bo to, co dostajemy tym razem to typowy, disnejowski lukier. Bohater w kłopotach, walka o swoje, wielka miłość i – no chyba nie spodziewacie się niczego innego – szczęśliwe zakończenie. Jakaś przewrotność? Zapomnijcie. Złamanie schematu? Nic z tego. Wysublimowane żarty z drugim dnem? Ani jednego. To może genialne tłumaczenie z nawiązaniami do polskich realiów? Cóż, najwyraźniej krajowa ekipa odpowiedzialna za czwartą część też stwierdziła “robimy cokolwiek, bo i tak tłumy przyjdą”.

OK, przesadzam, na upartego można się dopatrzyć jednego odwołania do polskich realiów. Ale słabego.

Trochę to smutne, że zamiast z wielkimi fajerwerkami i zaskakującym zakończeniem, przychodzi nam się żegnać (ale czy rzeczywiście pożegnać?) ze Shrekiem, Osłem, Fioną, Kotem, Ciastkiem i resztą ferajny w tak oklepany sposób. A mogło być tak pięknie.

Poniżej tradycyjnie – zwiastun.

Aha, gdybyście dali się skusić na wersję 3D – szału nie ma. Filmy trójwymiarowe najlepsze są na ekranach sferycznych. Ale tak to już chyba będzie, że większość filmów będzie w 3D, a kina pozostaną 2D.

czwartek, 1 lipca 2010

52 książki – półrocze

Ani się człowiek obejrzał, a minął kolejny kwartał. Pora więc na drugie podsumowanie akcji 52 książki w moim wykonaniu. Półmetek już za nami, więc można mniej więcej szacować, jak mi idzie. Oczywiście są szanse, że ostro przyspieszę na finiszu, ale z drugiej strony trzeci kwartał upłynie mi pod znakiem nowej drogi życia, więc zapewne i czytania będzie mniej. Choć widzę, że nieznacznie przyspieszyłem w tym kwartale (zarówno patrząc na liczbę książek, jak i na liczbę stron, którą skrzętnie notuję i ujawnię po zakończeniu roku), to i tak mi daleko do pewnej wpływowej blogerki, która wręcz połyka książki:)

W tym kwartale znalazło się kilka pozycji klasycznych, obowiązkowych z samego faktu istnienia. Niemniej przy każdym tytule zamieszczam miniaturową recenzję z rekomendacją.

Nie przedłużajmy więc bez sensu tego wstępu (który swój sens ma) – oto książki, które skończyłem czytać w ciągu minionych trzech miesięcy.

  • J. Clavell “Król szczurów"

Bardzo dobra lektura. Dla nas w Polsce II WŚ to głównie działania w Europie – wiedza o wojnie na Pacyfiku nie jest chyba zbyt powszechna. A zwłaszcza wiedza o japońskich obozach jenieckich. “Król szczurów” to obraz życia w jednym z takich obozów – obraz ponury, pełen śmierci, strachu, brudu, smrodu i chorób. A jednocześnie pokazujący, że nawet w tak trudnych warunkach można sobie radzić. Czasem działając na granicy moralności, często poza granicami obowiązujących przepisów – ale człowiek zawsze będzie chciał przeżyć. I ta wola przeżycia może go zmotywować do robienia rzeczy niesamowitych. Opowieść o przedsiębiorczym Amerykaninie, ścigającym go angielskim żandarmie i całej obozowej rzeczywistości – to coś, co przeczytać warto. Choćby dla samego spojrzenia na kwestię obozów wojennych inaczej niż po seansie “Wielkiej ucieczki” czy przygód Franka Dolasa.

  • G. Friedman “Następne 100 lat”

Amerykański politolog opisuje XXI wiek. Cały. Z tej książki możemy się spokojnie przekonać, jak będzie wyglądać najbliższe 90 lat – a weryfikacja owych prognoz jest utrudniona faktem, że całość zaczyna się właśnie około 2010 roku. W Polsce ta książka dostała dodatkową reklamę, bo zdaniem Friedmana w najbliższym stuleciu Polska zostanie jednym ze światowych mocarstw. Oczywiście, jeśli wczytać się dokładnie, okaże się, że nie mocarstwem, a silnym krajem, nie sama, a z pomocą Wujka Sama, i nie na długo, bo główny eksporter demokracji będzie miał swoje plany – ale nie warto zdradzać zakończenia, prawda? Dość powiedzieć, że dzięki ścisłemu sojuszowi z USA możemy zyskać więcej niż dzięki mistrzostwom w 2012. A co jeszcze będzie się działo ze światem? Tu już odsyłam do książki, po którą warto sięgnąć dla poznania mechanizmów konstruowania tego typu prognoz – oraz ku pokrzepieniu serc. No i żeby wiedzieć, kiedy zacząć gromadzić konserwy na wojnę z… Turcją.

  • A. Pilipiuk “Kroniki Jakuba Wędrowycza”

W pierwszych klasach liceum (a może ostatnich podstawówki) w drugim obiegu (tak, żeby nauczyciel nie widział) krążył zbiór opowiadań pod nazwą “Magiczne przygody Kubusia Puchatka”. Chętni mogą zapytać Wujka Google, a z pewnością dotrą do pełnego tekstu. W “Magicznych przygodach…” znani i lubiani bohaterowie ze Stumilowego Lasu wiedli życie pełne alkoholu, narkotyków, ostrej muzyki, przekleństw, przygodnego seksu w różnych konfiguracjach i losowo popełnianych aktów przemocy (głównie przeciwko dresiarzom i klerowi). Ot, taka opowiastka w sam raz dla nastolatków. Dlaczego o tym wspominam? Bo “Kroniki Jakuba Wędrowycza” to ten sam poziom, minus przekleństwa, seks i narkotyki. Wersja nieco ugrzeczniona. Opowieści o zmaganiach najpotężniejszego świeckiego egzorcysty w Polsce z siłami mniej lub bardziej czystymi jakoś do mnie nie przemówiły. No, może poza ostatnim rozdziałem, który z jakiegoś powodu przypadł mi do gustu – ale i tak już nie pamiętam, o czym był. Może to i jest zabawne, a ja nie mam poczucia humoru. A może nie jestem już w liceum. Takim starym koniom jak ja – raczej odradzam. Młodsi ciałem i duchem mogą sięgnąć.

  • A. Christie “Czarna kawa”

Królowa kryminału. Coś trzeba dodawać? Mamy trupa, mamy podejrzenie kto jest mordercą – pojawia się genialny detektyw Poirot – a potem mamy mieszanie tropów. Już wiemy, kto zabił, a potem okazuje się, że jednak ktoś inny, a potem, że znowu ktoś inny miał motyw, ale nie miał możliwości. I tak w kółko, aż do samego końca. Kogo zabito i dlaczego jest mniej istotne niż to kto, kiedy i jak tego dokonał. Jeśli ktoś lubi kryminały, to może sięgać w ciemno – o ile już jej nie zna. Ta książka to miał być mój pierwszy kontakt z twórczością Christie – bo w młodości czytałem głównie Joe Aleksa. I muszę przyznać, że ów pierwszy kontakt był bardzo udany…

  • A. Christie “Dom przestępców”

…do czasu, jak sięgnąłem po “Dom przestępców”. Nie, żebym nagle stracił przyjemność. Po prostu przypomniałem sobie, że tę książkę już kiedyś czytałem. Tak więc “Czarna kawa” straciła palmę pierwszeństwa. No i mniej więcej od drugiego, trzeciego rozdziału wiedziałem z całą pewnością, kto zabił. O co chodzi tym razem? A czy to istotne? Nie ma Poirota – to jedno. Nadal mamy trupa, podejrzenie, zmyłkę, kolejnego trupa, dalszy ciąg zmyłek – i tak do ostatniej litery. Choć rozwiązanie zagadki jest dość ciekawe. Ale nic więcej już nie piszę, rekomendacja taka sama jak w przypadku “Czarnej kawy”.

  • J.D. Salinger “Buszujący w zbożu”

To podobno ulubiona książka wielkiego fana Jodie Foster, Johna Hinckleya – tego samego, który z miłości do młodej aktorki strzelił do Reagana. “Buszujący…” miał też niesamowity wpływ na Marka Chapmana – tego, który strzelił do Lennona. Książka inspirująca dwóch “samotnych strzelców” (co wykorzystano w dobrym filmie “Teoria spisku” z Melem Gibsonem) – coś takiego musiałem przeczytać (przesłuchałem też kiedyś “White Album” Beatlesów, który ponoć zainspirował Charlesa Mansona, nazwijmy to eksperymentowaniem). Po zakończeniu lektury nie miałem ochoty strzelać do nikogo znanego, więc na wyżej wspomnianych panów musiało wpłynąć coś jeszcze. Co do samej lektury – dziś ten tekst już tak nie gorszy, ale w momencie pierwszego wydania przekleństwa i seks wśród nastolatków musiały szokować. Historia chłopca, który błąka się po Nowym Jorku wciągnęła mnie na dobre – niby zwykła opowiastka, bez pościgów, morderstw i fajerwerków, a jednak ma w sobie coś pociągającego. Może dlatego że sam kiedyś chciałem się tak błąkać po mieście, aby przemyśleć swoje życie? “Buszujący w zbożu” to klasyka, ale nie tylko dlatego warto po niego sięgnąć. To kawał dobrej lektury (i pewnie dlatego jest klasyką).

  • F. Forsyth ”Dzień Szakala”

Pozostajemy w klimatach zamachowców i samotnych strzelców, ale zajmujemy się tematem nieco poważniej. Jeśli “Psy wojny” tego samego autora to podręcznik dla najemników i wszystkich planujących przewrót w małych państewkach afrykańskich, tak “Dzień Szakala” to instrukcja dla zamachowców – i to z serii “dla opornych”. Ciekawie czyta się o tych wszystkich przygotowaniach w realiach lat 60. ubiegłego wieku – człowiek zastanawia się, jak by to wyglądało dzisiaj, w dobie globalizacji (podobne przemyślenia miałem przy lekturze “Monachium”). Czy byłoby łatwiej, czy trudniej? Na to pytanie potrafiłby odpowiedzieć jedynie jakiś współczesny “cyngiel” pierwszej kategorii. Dla nas, niezaznajomionych z morderczym rzemiosłem (jak mniemam) “Dzień Szakala” to wartka akcja, dobrze zarysowane postacie, precyzyjne opisy mojego ulubionego Paryża i historia, która musi wciągnąć. Jeśli nie masz alergii na powieści sensacyjne – chwytaj książkę w dłoń.

  • S. Johnson “Kto ukradł mój Ser?”

Podobno ta książka potrafi zmienić życie człowieka. Podobno na zawartych w niej treściach bazują liczne duże koncerny. Podobno po jej przeczytaniu nie ma siły – trzeba zacząć żyć inaczej i nie dać się zaskoczyć zmianom. Książka krótka, prosta, z jasnym przekazem – ale może właśnie dlatego tak dobrze trafia do ludzi? Historia dwóch myszek i dwóch ludzi, zamkniętych w tajemniczym labiryncie, poszukujących Sera – a potem znajdujących go. A potem, gdy cały Ser nagle znika – zaczynają się kłopoty. Jak poradzić sobie w nowej, bezserowej sytuacji? Siedzieć i narzekać? Pobiec przed siebie? Nieistotne, co dla Ciebie symbolizuje Ser. Miej świadomość, że kiedyś go stracisz. Przygotuj się na to – a ta książka, nawet jeśli powie Ci coś oczywistego, przygotuje Cię na rozstanie się ze swoim Serem. Warto przeczytać w jeden wieczór i pomyśleć, co ja robię ze swoim Serem.

  • A. Christie “Dziesięć małych murzyniątek”

…jadło obiad w Murzyniewie – jedno z nich się zakrztusiło i zostało tylko dziewięć. Zwykli obywatele są mordowani na tajemniczej wyspie wedle klucza z dziecięcej wyliczanki. Znowu Christie i znowu klasyk. Ta książka to matka wszelkiej maści horrorów dla nastolatków, choć sama jest pełnokrwistym kryminałem. Narastające z akapitu na akapit napięcie można kroić nożem. Czytelnik chce wiedzieć tylko jedno – jak to wszystko jest możliwe. Otóż jest możliwe, jak pokazuje zakończenie. Podobno polityczna poprawność nakazuje niektórym wydawcom zastępować małe murzyniątka odpowiednio marynarzami albo innymi osobami, ale zasada jest ta sama. Wyspa, wyliczanka, morderstwa. Nawet, jeśli nie lubicie kryminałów, to tę pozycję warto znać.

  • Z. Ryżak “Efekt jojo w motywacji”

Początkowo myślałem, że jest to świetny przykład jak napisać książkę motywacyjną bazując na cytatach z Marka Aureliusza. Jednak z czasem umacniałem się w swoim drugim przeświadczeniu – że “Efekt jojo…” to pochwała minimalizmu w życiu. Nam, ludziom postronnym, efekt jojo kojarzy się zapewne z odchudzaniem i najpopularniejszymi tematami z pism kobiecych (zaraz obok lepienia pierogów i tego długiego wyrazu na “c”). Tymczasem jojo działa w całym naszym życiu. Zawsze poruszamy się po czymś, co od biedy może przypominać sinusoidę – i trzeba to zaakceptować. Nauczyć się z tym żyć. I zrozumieć, że nie zawsze i nie wszystko trzeba zrobić. A motywacja przyjdzie sama, bez względu na to, ile szkoleń zaliczysz i książek przeczytasz. Jeśli masz problem z natłokiem spraw w życiu – przeczytaj (albo przesłuchaj, tak jak ja). Pointa? Po prostu weź się do roboty.

  • K. Cebulski “Efekt motyla”

Znacie tę historię – trzepot skrzydeł motyla w jednym miejscu świata spowoduje burzę w zupełnie innym miejscu. Jak się człowiek nad tym dokładniej zastanowi, to powinien tym małym draniom wyrwać wszystkie skrzydełka, żeby nie było już żadnych klęsk żywiołowych. Tu jednak mamy historię młodego polskiego milionera. Twórcy np. księgarni internetowej Aragorn.pl – oraz właściciela kilku innych biznesów. Jeśli ktoś, kto zaczął pracę w wieku lat szesnastu, a w wieku lat dwudziestu dwóch jest milionerem, pisze książkę o sobie – to warto ją przeczytać. Ów efekt motyla w życiu sprowadza się do tego, że nie warto siedzieć przed telewizorem i wylegiwać się w łóżku – trzeba rzucać się w wir życia, bo nigdy nie wiemy, co wyniknie z poszczególnych zdarzeń. Może właśnie uda nam się trafić na tego motyla, który przyniesie nam bogactwo, miłość i szczęście? Historia Cebulskiego jest mocno inspirująca – aż chce się samemu coś zdziałać. I o to chodziło. Jeśli potrzebujesz przykładu, aby mieć kopa do działania – tu masz drogę.

  • M. Szuba “Pokaż, na co cię stać”

Wydawać by się mogło, że to zbiór tekstów grupy Feel. Albo apel opublikowany przez urzędników kontroli skarbowej. Tymczasem to kolejna książka motywacyjna w tym zestawieniu. O ile jednak książki Ryżaka i Cebulskiego chłonąłem bez przerwy, o tyle pozycja autorstwa Szuby mnie rozczarowała. Do tego stopnia, że odpuściłem sobie na jakiś czas audiobooki. Po prostu bałem się, że trafię na kolejną tak ciągnącą się książkę… O czym jest ta książka? O tym, o czym podobne podręczniki do motywacji – jak się zmusić, gdy nam się nie chce, a chcielibyśmy chcieć. Niestety (dla mnie i tej recenzji) książka bazuje na NLP. A więc mamy garść porad jak się zaczarować. Mój problem polega na tym, że w NLP wierzę połowicznie – tzn. sądzę, że potrafiłbym kogoś w ten sposób poderwać, przekonać do siebie itp, ale nie wierzę, że to podziałałoby na mnie. Do tego mamy tu zupełne podstawy NLP. Jeśli dla kogoś kotwice, wizualizacje i tego typu zaklęcia to chleb powszedni – może sobie darować. Jeśli nie wie, o czym mówię – są lepsze pozycje. Dodatkowy minus za wplecenie w audiobooka fragmentów wykładu – z fatalnym nagłośnieniem.

  • S. Hawking “Krótka historia czasu”

Książka mająca w założeniu w prosty i klarowny sposób tłumaczyć to wszystko, co trudno przeciętnemu człowiekowi pojąć – fizyka, czas, podróże kosmiczne, czarne dziury… Książka napisana lekkim, fajnym stylem, choć nie znaczy to, że można ją czytać nieuważnie. Tu wszystko jest istotne dla zrozumienia tej czy innej kwestii. Jedna strona rozkojarzenia – i prawdopodobnie nie trafią do nas kolejne. Jeśli jednak poświęcimy tej klasycznej już pozycji odpowiednio dużo czasu i uwagi, cała ta magiczna teoria przyjdzie do nas sama. Najlepszą recenzją książki Hawkinga jest to, że napisał ją w latach osiemdziesiątych i nadal jest ona aktualna. W przypadku nauk przyrodniczych to spory sukces. Do tego postać samego autora, który żyje na przekór pierwotnym diagnozom lekarzy zachęcają, aby sięgnąć po książkę i odkryć, jak wielki umysł jest uwięziony w chorym i bezwładnym ciele. Przeczytać warto – choćby po to, aby nie wyjść na kompletnego w dyskusji. Oraz żeby z jeszcze większą przyjemnością czytać Cytadelę.

  • D. Spychalski ”Krzyżacki poker” t. I i II

Miałem tu problem natury technicznej – czy zaliczyć “Krzyżackiego pokera” jako jedną książkę (bo to w sumie jedna historia, rozbita na dwa tomy), czy jako dwie (bo to jednak dwa tomy, opisujące jedna historię). Nie wiem, tutaj umieszczam jako jedność, a przy końcu roku zobaczymy co i jak. No, chyba że pomysłodawcy akcji “52 książki” zechcą zabrać głos. Wróćmy jednak do lektury – książka Spychalskiego to opis historii alternatywnej (a to niespodzianka na moim blogu!) – i to dość nietypowej. Wyobraźmy sobie, że król Jan nie ruszył z odsieczą na Wiedeń. Że muzułmanie zajęli całą Europę. Całą? Nie, jest jedna mała wioska Galów jeden kraj, który oparł się nawale półksiężyca, a nawet stał się prawdziwym mocarstwem. To Rzeczpospolita – wielkie państwo, z własnymi koloniami w Afryce (gdzie ciemnoskórzy Polacy, z podgolonymi łbami i szablami przy kontuszach maja typowo polskie charaktery), stolicą we Lwowie oraz lennikiem – państwem krzyżackim. Zakonnicy, zmuszeni składać coroczny hołd w Toruniu, postanawiają uzyskać niepodległość. Z tej przyczyny wchodzą w posiadanie nowej, potężnej broni – bomby atomowej. Cała historia jest nieco nierówna i ma się wrażenie, że niektóre wątki upchnięto tylko po to, aby pokazać umiejętność autora w kreowaniu świata. Ale to drobiazg. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie. No i duma człowieka rozpiera, jak słyszy o najlepszej na świecie ciężarówce Żubr.

  • R. Kiyosaki “Młody, bogaty rentier”

Przyznaję bez bicia, że Kiyosakim (a raczej jego książkami) jestem zafascynowany od momentu gdy przeczytałem “Bogatego ojca, biednego ojca”. Wpierw z wypiekami na twarzy chłonąłem oczywiste oczywistości, odkrywane przede mną na nowo. Przyznaję bez bicia, że tamta lektura ukształtowała mój pogląd na wiele dziedzin finansów osobistych i – przykładowo – nigdy nie nazwę własnego mieszkania “inwestycją” czy “aktywem”. Kilka kolejnych książek otworzyło mi oczy na zakładanie firm i dochodzenie do bogactwa w ten sposób. Również niesamowite. Jednak od pewnego czasu jestem oczarowany umiejętnością Kiyosakiego do tworzenia grubych książek, obracając w kółko tymi samymi trzema zdaniami. Nie inaczej jest z “Rentierem” – niby to historia Kiyosakiego, jego drogi do finansowej niezależności, ale mamy tu to samo – nieruchomości, mocna wiara, tajemniczy mentor (który, jak udowodniono – prawdopodobnie nigdy nie istniał), opcje, magiczny świat bogatych i takie słowa klucze jak “dobry dług”, “kontekst” czy “rzeczywistość”. Nieco wkurza świadomość, ze najlepszym biznesem Kiyosakiego jest uczenie innych, jak robić biznesy, ale cóż – jest w tym skuteczny. Tym razem można sobie jednak odpuścić, jeśli się nie jest fanatykiem. Chwila lansu – mój egzemplarz jest z autografem autora.

  • M. Kozak “Nocarz”

Pierwsza część trylogii. Aż sam nie wiem, co o tym sądzić – bo z jednej strony wartka akcja, wybuchy, pościgi, strzelaniny, a z drugiej jakieś to wszystko oderwane od siebie. Jak serial, a nie jak film. Owszem, czyta się dobrze, czasem z wypiekami na twarzy, ale gdy kończy się rozdział, można swobodnie zamknąć książkę i pójść spać. O ile nie przyśni nam się nic z treści. Bo w książce mamy takie rzeczy, że hej – tajny ośrodek ABW, wampiry dobre, wampiry złe, zew natury (wampirzej, a jakże), sztuczną krew (dla tych dobrych), naturalną krew (dla tych złych – bo smaczniejsza), klany, lordów i jedną scenę seksu w barze (wspominam o niej, bo jest prawie jak z “Hustlera” – gdyby było ich więcej, to bym zrozumiał konwencję, ale jeśli jest tylko jedna, to nie widzę w niej żadnego celu). Ponieważ to dopiero pierwsza część trylogii, mógłbym spokojnie zdradzić zakończenie (zresztą trudno się go nie domyślać), ale taki wredny nie będę. “Nocarza” polecam, bo po pierwsze wspieramy polskie produkty, a po ostatnie – z literatury lekkiej, krwistej i nieco mrocznej mamy tu coś, co spokojnie można poczytać w pociągu. Wiem co mówię, czytałem.

I to tyle, jeśli chodzi o pierwsze półrocze moich 52 książek. Lada moment skończę dwie kolejne cegły, a w kolejce czekają następne. Trzymajcie kciuki, abym miał nadal czas na czytanie!

środa, 23 czerwca 2010

Przedwojenne lotnicze zdjęcia Gdańska

Otrzymaliśmy przepiękny album “Gdańsk na fotografii lotniczej z okresu międzywojennego”. Albumy mają niestety to do siebie, że po kilkukrotnym obejrzeniu pozwala im się zbierać kurz na półce. Tym razem jednak mam silne przeczucie, że będzie inaczej. Jako osoba zafascynowana tym, jak moje miasto wyglądało przed zrujnowaniem wyzwoleniem przez czerwonoarmistów, planuję zaglądać do niego bardzo często.

W albumie umieszczono blisko połowę zbioru lotniczych fotografii Gdańska z czasów pruskich, będących obecnie w posiadaniu Instytutu Herdera. Tu mała uwaga dla tych, którzy okres Wolnego Miasta i jakąkolwiek nim fascynację automatycznie łączą z gloryfikowaniem nazizmu – zdjęcia zostały zrobione pod koniec lat 20., a więc zanim na berlińskich salonach pojawił się pewien sfrustrowany malarz z Austrii. Gdańsk był miastem, jakich wiele…

i w tym tkwi urok tych zdjęć.

To album różny od tych z serii “Był sobie Gdańsk…” autorstwa Donalda Tuska i Grzegorza Fortuny (nie mam żadnego z nich, niestety, ale przeglądałem je kilkukrotnie). Tam mogliśmy obserwować wszystko z poziomu ulicy, dostrzegać detale, porównywać fasady budynków przed dziesiątkami lat z tym, co dotrwało do dziś. W przypadku zdjęć lotniczych mamy do czynienia z taką inną mapą. Inną, bo rozrysowaną pod kątem oraz prezentującą budynki.

Można więc pokusić się o nieco szersze spojrzenie, porównanie już nie tylko budynków czy ulic, ale całych kwartałów, dzielnic – ba! Miasta! Jednym zdjęciem udało się objąć całe Główne Miasto – i choć nie jest to może fotografia w najwyższej jakości, to sporo można zaobserwować. Pusty plac w miejscu Urzędu Wojewódzkiego. Wielką Synagogę, rozebraną w latach trzydziestych, aby nie wpadła w ręce hitlerowców. Zwartą zabudowę na Targu Węglowym i stary budynek teatru. Liczne budynki na Wyspie Spichrzów, po których do dziś pozostały tylko straszące ruiny. I wiele, wiele innych różnic.

Ten album to dla mnie podwójna frajda. Maniak Gdańska i maniak latania może połączyć obie manie w jednym wydawnictwie.

Patrzę na te zdjęcia i widzę, jak żywe to było miasto przed wojną. Jaką miało piękną zabudowę. I jak fajnie można było je rozwinąć – to w Gdańsku planowano budowę w latach 20. XX w. pierwszego w Niemczech drapacza chmur. Zresztą – wszystkie zdjęcia (nawet te, które nie załapały się do albumu) można obejrzeć na stronie Instytutu Herdera.

Jedno zdjęcie zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Wstawiam je tu ze znakiem wodnym, ale mam nadzieję, że sporo i tak widać:

Obszar na fotografii to Dolny Wrzeszcz. Widać dzisiejszy Plac Komorowskiego, Plac Wybickiego. Jasne pole po lewej, poza zabudowaniami – to lotnisko na dzisiejszej Zaspie. Natomiast te puste pola, ciągnące się aż do morza i w stronę Sopotu – to dzisiejsze dzielnice Zaspa i Przymorze. 90 lat po zrobieniu zdjęcia pola zamieniły się w betonową, miejską dżunglę.

Niesamowite.

Dla zainteresowanych – na stronie HI znalazłem informację o podobnym albumie o Wrocławiu. A więc nie tylko Danzig, także Breslau może pokazać, jak pięknie kiedyś wyglądał z powietrza.

EDIT: na Blipie ^Norveg uzupełnił informację, że album o Wrocławiu był pierwszy, a za oba odpowiada to samo, wrocławskie wydawnictwo. A do tego podesłał mi zbiór kolejnych pięknych zdjęć lotniczych przedwojennego Gdańska, niektóre można całkiem nieźle powiększyć. Polecam.

sobota, 19 czerwca 2010

“Drużyna A” – bajka tysiąca efektów specjalnych

Każdy, kto dorastał w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku (jak to brzmi…), z pewnością kojarzy serial o grupie najemników, byłych żołnierzy, skazanych przez sąd wojskowy za przestępstwo, którego nie popełnili. A nawet, jeśli jakimś cudem nie przypomina sobie tej kultowej już produkcji telewizyjnej, to musi (absolutnie MUSI) rozpoznać choć fragment melodii użytej w czołówce:

Plotki o tym, że “Drużyna A” zostanie przeniesiona na ekran kinowy to podobno jeden z najstarszych internetowych żartów. Ten żart w 2010 roku stał się faktem. Wasz ulubiony bloger wybrał się do gdańskiego kina “Krewetka” (środy z Orange rządzą), aby przy chrupaniu popcornu i siorbaniu coli obejrzeć to arcydzieło.

Tu uwaga – w dziecięctwie swym nie byłem jakimś wielkim fanem “Drużyna A”. Jeżeli wszystkiego obejrzałem dwa czy trzy odcinki, to maks – a i tak ich nie pamiętam. Po prostu wolałem MacGyvera (a dziś, po latach, mam nawet taki scyzoryk, jak on).

Cóż można powiedzieć o takim filmie? Jeśli spodziewacie się niespodziewanych zwrotów akcji, drugiego dna, głębokiego rysu psychologicznego postaci czy zaskakującego zakończenia – to chyba nie uważaliście od początku tej notki. Nie lubię umieszczać podsumowań w środku, więc nadmienię tylko, że “Drużyna A” to typowa, efektowna guma do żucia dla oczu, cudownie odrywająca letnim popołudniem zwoje mózgowe od zużywania produkowanej przez nas energii i przestawiająca je na tryb “stand by”. Z drugiej strony – ile można oglądać ambitne kino irańskie?

Pokrótce przybliżę Wam fabułę, bo konstrukcja filmu jest dość ciekawa. Tym razem nie mamy lat 70. XX wieku i Wietnamu – jest początek naszego millenium, gdzieś pośrodku Meksyku. Członkowie drużyny (jeszcze nie będącej Drużyną) dopiero się poznają – bądź to zrządzeniem losu, bądź to dzięki akcji przeciwko złemu, meksykańskiemu wojskowemu, zorganizowanej przez najlepszego eksportera demokracji. Bohaterowie się poznają, pojawia się między nimi nić sympatii, rysują się pierwsze konflikty (z cyklu tych budzących śmiech, kiedy zwariowany pilot swoim zachowaniem budzi w spadochroniarzu lęk przed lataniem). I kiedy wydaje nam się, że niesamowita ucieczka i zawiązanie akcji to jakaś jedna trzecia filmu, a jego resztę zły, meksykański wojskowy będzie ścigał naszych bohaterów – zza horyzontu wyłania się myśliwiec, a do nas dociera, że to koniec…czołówki. Magia kina przenosi nas osiem lat w przód, do Wietnamu XXI wieku. Nasi herosi wiodą sobie spokojne życie w bazie wojskowej w Iraku, od czasu do czasu wyłapując przyjaciół Saddama. Wtedy to, pragnąc pomóc własnej ojczyźnie (ten fragment filmu sponsorują złowrogie literki C, I oraz A), wplątują się w niezłą aferę, w wyniku której “wojskowy sąd skazuje ich za przestępstwo, którego nie popełnili”.

Jeśli obawiacie się, że opowiedziałem jakieś 80% filmu – spokojnie, pilnuję się. Dopiero teraz Drużyna może uciec z więzienia o zaostrzonym rygorze (każdy członek z własnego) i wyruszą na Misję (celem pomocy ojczyźnie, oczyszczenia własnego imienia i dokonania najzupełniej prywatnej zemsty). Natomiast – podobnie jak w “Casino Royal” – najbardziej charakterystyczny tekst (ten z serialowej czołówki) usłyszymy dopiero na końcu (eee…spoiler alert).

Nie będę Wam opowiadał o historii, bo jest ona równie prawdopodobna jak 460 w pełni kompetentnych posłów. Gra aktorska – jest. Efekty specjalne…tak, jakieś są. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że nawet cygaro pułkownika Smitha zostało wygenerowane komputerowo. Ale dzięki temu na ekranie co chwilę coś wybucha, strzela, spada, leci albo robi to wszystko równocześnie. Dwa słowa: scena z czołgiem. Kto to widział, ten wie i może spokojnie oczekiwać roku 2012.

Zapewne rodzi się po Waszej stronie internetów jedno pytanie – czy warto iść do kina? Przyznam szczerze, że – cytując komiks Wilq – nie masz na to odpowiedzi. Wiecie bardzo dobrze, czego można się po tym filmie spodziewać. Jeśli chcecie wyłączyć myślenie na trochę – czemu nie. Jeśli musicie je wyłączyć, a skończył Wam się prozac i ritalin – iść koniecznie. Jeśli jesteście wiernymi fanami wersji telewizyjnej – tu zalecam ostrożność. Spotkałem się z przypadkiem ostrego zdegustowania, wiec choć de gustibus, to jednak lojalnie uprzedzam.

Ja bawiłem się świetnie. I cały czas nucę wiadomą melodyjkę.

Na zakończenie tradycyjnie zwiastun.

W zwiastunie widać scenę z czołgiem, więc jeśli nie chcecie psuć sobie niespodzianki… Czy ja nie powinienem tego napisać POWYŻEJ filmu?

niedziela, 23 maja 2010

“Człowiek, który gapił się na kozy” – REWELACJA!

Wreszcie – po kilkukrotnym przekładaniu daty premiery – film o tytule dobrym dla ambitnego kina irańskiego wszedł na nasze ekrany. A ja, Wasz ulubiony bloger, wreszcie byłem, zobaczyłem…

…i świetnie się bawiłem!

Już dawno nie rechotałem w kinie tak po prostu. Przy czym nie był to rechot z cyklu “szedł gruby, poślizgnął się na skórce od banana i rypnął jak długi”. Film skrzy się od tego rodzaju humoru, który po prostu lubię – lekko zwariowanego, nieprzewidywalnego i bazującego na sytuacjach mocno prawdopodobnych (na skórce od banana nie można się poślizgnąć).

O czym właściwie jest “Człowiek, który gapił się na kozy”? To historia dziennikarza, który trafia na ślad ściśle tajnej jednostki w amerykańskim wojsku. W latach osiemdziesiątych wojsko miało szkolić nową klasę żołnierzy, wojowników Jedi, biegle władających swoimi mocami parapsychologicznymi. Wiecie – telekineza, telepatia, bilokacja, przechodzenie przez ściany i tego typu umiejętności. Nasz bohater poznaje jednego z takich żołnierzy i razem z nim wjeżdża do ogarniętego wojną Iraku.

Przy recenzowaniu “Paragrafu 22” napisałem, że wojna to szaleństwo. “Człowiek…” pokazuje, że nie tylko wojna jest szaleństwem, ale wojsko, a dokładniej US Army, to zbieranina niezłych świrów. Ludzie, którzy uwierzą w pokonanie wroga siłą miłości i całą resztą hippisowskiej ideologii. Ludzie, którzy przypuszczą szturm na stację benzynową, aby zatankować swój samochód. Wreszcie ludzie, którzy puszczają więźniom programy dla dzieci, aby ich złamać (to akurat jest prawdą – podobno nic tak nie rozwiązuje języków w Guantanamo jak “Ulica Sezamkowa” z dodatkiem zespołu Metallica).

I tę zbieraninę wariatów, w ich popisowych rolach, możemy oglądać w kinie. A w rolach wariatów aktorzy pierwszego garnituru – Kevin Spacey, Jeff Bridges czy wreszcie George Clooney. No i Evan McGregor w roli dziennikarza. Po tych panach można spodziewać się niezłej mieszanki wybuchowej – i ani cienia złego aktorstwa. Rewelacyjnie zagrał zwłaszcza Clooney – człowiek, który jeszcze dwadzieścia lat temu wyglądał jak członek Wham!, z roli na rolę pokazuje, że jest po prostu doskonałym aktorem (i jednym z tych mężczyzn, którzy z roku na rok wyglądają coraz lepiej, jak Hugh Laurie, Sean Connery czy Ali Agca). Jest bardzo przekonujący w swoim szaleństwie – choć wiemy, że nie można być wojownikiem Jedi, to gdzieś w głębi serca chcielibyśmy, aby on nim właśnie był.

Tradycyjnie, jak to w moich recenzjach filmowych – zwiastun. Tym razem chyba wszystkie sceny z trailera wykorzystano w filmie.

Czy iść na “Kozy”? Oczywiście! Pędem do kina, usiąść wygodnie i rozkoszować się dobrym, inteligentnym i zabawnym filmem. A po powrocie z kina może poszukać jakiejś kozy…

piątek, 30 kwietnia 2010

Dobry program do fakturowania i nie tylko – inFakt.pl

Reklama Na Blogach
Przeglądając ostatnio możliwe kampanie reklamowe na platformie blogvertising.pl zauważyłem jedną dotyczącą serwisu umożliwiającego wystawianie faktur VAT – inFakt.pl. Z racji wykształcenia (finansowe) i doświadczenia zawodowego (ponad dwa lata w rewizji) stwierdziłem, że mógłbym obiektywnie rzucić okiem na ten serwis.

Co też niniejszym czynię.

InFakt.pl to internetowy program do fakturowania. Zasada jest prosta – program działa, jak to się obecnie mówi, w chmurze, czyli wszelkie dane przechowywane są poza naszym komputerem, dostępne on-line z dowolnego miejsca na świecie. Jest to rozwiązanie idące z duchem czasu – dziś w chmurze trzymamy maile, zdjęcia, dokumenty, dlaczego więc nie przechowywać tak ewidencji księgowej?

Aby skorzystać z programu inFakt.pl należy wpierw przejść nieskomplikowaną rejestrację: mail, nazwa użytkownika i hasło to wszystko, czego się od nas wymaga. Oczywiście, aby móc w pełni korzystać z programu, konieczne jest podanie danych o naszej działalności gospodarczej – firma, NIP, adres: to wszystko są dane, które zostaną wykorzystane przy wystawianiu faktur.

Po zalogowaniu naszym oczom ukazuje się następujący ekran:

Czerwonymi prostokątami zaznaczyłem najważniejsze funkcje. Na ekranie początkowym mamy możliwość dokonania szybkiego przeglądu faktur zapłaconych, do zapłaty czy zaległych. Menu u góry dotyczy w całości strony przychodowej naszej firmy – to dzięki zamieszczonym tam linkom możemy przechodzić do sekcji dotyczących danych klientów czy oferowanego przez nas asortymentu. Możemy też łatwo i szybko dodać nową fakturę, za pomocą przycisku znajdującego się po prawej stronie. Przycisk taki pojawia się w każdej sekcji i pozwala na szybkie dodanie towaru, kontrahenta itp.

Dodatkowo w części poświęconej fakturom możemy szybko określić, jaki rodzaj dokumentu wprowadzamy. Proste menu po prawej pozwala między innymi na wystawianie faktury proforma czy faktury korygującej. Tworzenie faktury jest proste i zajmuje mało czasu. Wystarczy wybrać z rozwijanej listy klienta (albo stworzyć nowego – niemniej lepiej mieć już jakąś bazę), określić kluczowe daty faktury (wystawienia, sprzedaży, zapłaty), sprzedawany produkt (program będzie sugerować na podstawie wpisów w bazie produktów) i formę płatności. W przypadku płatności częściowych dokonanych wcześniej – możliwe jest rozliczenie faktury z już zapłaconymi kwotami. Faktura jest tworzona według wybranego przez nas wcześniej szablonu, może zawierać nasze logo czy podpis. Do tego opcje przypominania o zapłacie czy wysyłania podziękowań dla klientów – to już prawie kompletny program do fakturowania.

Krótkie podsumowanie w prawym, górnym rogu ekranu pozwala nam na przemieszczanie się pomiędzy częścią dotyczącą przychodów i kosztów.

I znowu u góry ekranu dostępne jest proste menu, pozwalające przemieszczać się pomiędzy odpowiednimi sekcjami. Tym razem można definiować sprzedawców, kupowane dobra i usługi czy rozliczyć (tylko jako środek trwały) firmowy samochód. Można też (zakładka “Koszty”) podejrzeć uproszczone zestawienie kosztów dla zadanego okresu. Z kolei menu po prawej pozwala na szybkie dodawanie kosztów w podstawowych kategoriach. Podobnie jak w przypadku przychodów, tak i tu mamy do czynienia z szybkim i intuicyjnym wprowadzaniem kosztów wedle dokumentów źródłowych.

Dlaczego warto wprowadzać koszty? To pokazuje nam ostatnia z zakładek (po “Przychodach” i “Kosztach”) - “Raporty”. Gdy przejdziemy do tej sekcji okaże się, że inFakt.pl to nie tylko internetowy program do wystawiania faktur, ale mały system finansowo – księgowy.

Na powyższym zrzucie ekranu widać, że inFakt.pl umożliwia uzyskanie danych do rozliczenia księgi przychodów i rozchodów, deklaracji podatkowych czy do ZUS (tworzenie plików xml dla programu Płatnik), a także rejestrów sprzedaży i zakupu VAT. Czyli w praktyce tego wszystkiego, co małej firmie lub osobie fizycznej prowadzącej działalność gospodarczą jest potrzebne. Rewelacja.

Jak wygląda kwestia odpłatności inFakt.pl? Równie korzystnie co zestawienie przedstawionych powyżej funkcji. Za darmo mamy możliwość wystawienia do trzech faktur w miesiącu. Wystawienie do dwudziestu pięciu faktur miesięcznie to wydatek 49 zł rocznie. Ceny następnych pakietów rosną stopniowo, wraz z liczbą dostępnych faktur. Najdroższy pakiet, 199 zł rocznie, pozwala na wystawienie trzech tysięcy faktur miesięcznie, co jest ilością wystarczającą dla średniej wielkości przedsiębiorstwa handlowego. W ramach każdego z pakietów mamy nielimitowaną ilość faktur kosztowych czy klientów. Jeżeli porównamy to z kosztami prowadzenia księgowości przez biuro rachunkowe, to inFakt.pl okazuje się być atrakcyjną alternatywą – tym bardziej, że do jego obsługi nie są potrzebne umiejętności zawodowego księgowego.

To teraz pora na ocenę. Program do faktur inFakt.pl to znakomity system dla osób fizycznych, prowadzących działalność gospodarczą, jak też małych i średnich podmiotów, niezobligowanych do prowadzenia pełnej rachunkowości. Darmowy plan jest wystarczający np. dla freelancera, obsługującego niewielką liczbę klientów. Ale nawet najdroższy z pakietów, o dość sporych możliwościach, wypada korzystnie w porównaniu z ofertą dowolnego biura księgowego. Łatwość prowadzenia księgowości i dostępność z dowolnego komputera czynią z inFakt.pl narzędzie na miarę XXI wieku. Oczywiście – kilka rzeczy można dodać (jak choćby rozliczanie prywatnego samochodu czy tabele amortyzacyjne), niemniej już w tej chwili nie wahałbym się przed nazwaniem inFakt.pl pełnoprawnym, choć uproszczonym systemem księgowym. Jako osoba mająca do czynienia z rachunkowością sporo – polecam inFakt.pl tym, którzy szukają taniego i łatwego sposobu do prowadzenia małej księgowości.

wtorek, 6 kwietnia 2010

52 książki – podsumowanie pierwszego kwartału

Zgodnie z moim planem, pora na podsumowanie akcji “52 książki” w pierwszym kwartale 2010. Założyłem sobie, że na koniec każdego kwartału nie tylko podam, jakie książki przeczytałem, ale także dla każdej z nich zmieszczę krótką recenzję, opis, z zaznaczeniem, czy daną pozycję polecam, czy odradzam. Warunek do umieszczenia książki w podsumowaniu jest jeden – daną książkę skończyłem czytać w konkretnym kwartale. Dlatego w dzisiejszym zestawieniu jest kilka książek, które zacząłem czytać jeszcze w 2009.

Tym razem podsumowanie nieco opóźnione, ale to wszystko przez święta, sami rozumiecie. Ciasta same się nie zjedzą:)

Od razu zaznaczam, że nie czytałem jednej książki tygodniowo – ale średnią mam na całkiem niezłym poziomie. Na blisko 13 tygodni tego roku przypada 11 przeczytanych książek. Ciekawym, jak to będzie w grudniu… Wtedy, dodatkowo, zamieszczę podsumowanie z ilością przeczytanych stron – i zobaczymy, jak to wygląda. Wprawdzie "strony” w audiobookach czy mbookach będę musiał podać chyba za Biblioteką Narodową, ale chodzi przecież o kwestie orientacyjne. Strona stronie nierówna.

Tak więc – zaczynamy pierwsze podsumowanie.

  • N. Cawthorne “Życie erotyczne wielkich dyktatorów

Trochę pikanterii i ciekawostek z alkowy wielkich tego świata (głównie byłych wielkich), ale całość nie powala na kolana. To raczej taka książka historyczna dla osób niezbyt przekonanych do historii. Mamy więc seks, zdrady, miłość, namiętność “y tysiąc słoni” ([c] Pratchett) na tle wielkich wydarzeń historycznych. Pamiętam, że wielki temu przeczytałem “Życie seksualne wielkich artystów” i tamta książka bardziej mi się podobała – ale z drugiej strony byłem wtedy młodszy:) “Dyktatorów” można przejrzeć, jeśli nudzimy się w pociągu – albo jeśli ktoś ma obsesję na punkcie libido Mao, Hitlera czy Napoleona.

  • P. Wieczorkiewicz “Dylematy historii

Pozycja obowiązkowa dla miłośników…historii alternatywnej. Zwanej też historią kontrfaktyczną. W minionym roku przeczytałem “Co by było gdyby” – ale tamta książka, jako pisana przez Amerykanina, dużo miejsca poświęcała amerykańskiemu punktowi widzenia, a także np. wojnie secesyjnej – czyli czemuś, o czym wiem niewiele, w związku z czym trudno odróżnić fakt od kontrfaktu. Tu autorem jest Polak, więc i punkt widzenia inny, i realia bliższe sercu. Oczywiście takie gdybanie można nazwać bajeczkami dla dorosłych, ale osobiście uważam, że przyjrzenie się historii alternatywnej pozwala nam zauważyć pewne powiązania, ciągi przyczynowo – skutkowe, a tym samym lepiej zrozumieć historię prawdziwą. I – co najistotniejsze – wyciągać z niej wnioski.

  • A. Rodan “Życie erotyczne papieży

Nuda, nuda, nuda – a do tego seks, zdrady, miłość, namiętność, niestety bez słoni. Postanowiłem pójść za ciosem i zajrzeć pod kołdrę wszystkim biskupom Rzymu w historii. Książka opisywała ogólne grzechy i grzeszki papieży (bo – o ile się orientuję – synod trupi orgią seksualną nie był), sporo miejsca poświęcając Borgiom. Taaak, to były czasy… Konkluzja z lektury jest taka, że papież też człowiek, a od wieków dawnych do czasów obecnych jednak wiele się zmieniło. Na szczęście. Książka tylko dla zajadłych antyklerykałów i niewyżytych seksualnie maniaków. Jeśli ktoś cierpi na obie przypadłości – pewnie już ją ma, z notatkami ołówkiem na każdym marginesie.

  • F. Fukuyama “Koniec człowieka

W poprzedniej książce Fukuyama wieścił koniec historii. W tej rewiduje swoje poglądy i twierdzi, że historia się nie skończyła – natomiast podejrzewa, że następuje zmierzch człowieka. Czytanie jest więc szalenie wygodne, bo nie trzeba zaznajamiać się z poprzednią książką, skoro autor odcina się od zawartych w niej tez. Inna sprawa, że za lat kilka może odciąć się i od tych poglądów – ale takie już zbójeckie prawo pisarzy. Fukuyama ciekawie rysuje obraz przyszłego społeczeństwa, w którym rozwój nauki, zwłaszcza inżynierii genetycznej i medycyny, może prowadzić do subtelnego odrodzenia się eugeniki, zmian w konstrukcji społeczeństw, problemów ekonomicznych i temu podobnych atrakcji. Do przeczytania pod rozwagę. W końcu nie zawsze zastanawiamy się nad tym, jak prozac może zmienić świat w przyszłości. Oraz czy ADHD faktycznie jest chorobą – i co z tego wynika dla nas wszystkich.

  • A. Ziemiański “Dziennik czasu plagi

Historia dobra, nawet bardzo dobra – ale jeśli kogoś kusi opis podróży przez opustoszały, ogarnięty dziwną epidemią kraj, to stanowczo polecam “Komórkę” S. Kinga przed “Dziennikiem…” Ziemiańskiego. Dla mnie jest to jednak nieco naciągane, że naukowiec, wyruszający do opustoszałej strefy, otoczonej wojskowym kordonem, a zamieszkałej przez wyznawców tajemniczego kultu – po zagubieniu się przystaje do motocyklowego gangu, z czasem zostając jego hersztem. Niemniej, jeśli przymkniemy oko na takie “bardziej-niż-hollywoodzkie” zwroty akcji, to opowieść jest wartka, zręcznie poprowadzona, miła w czytaniu i w sam raz na odprężenie. O ile ktoś lubi tego typu realia.

  • J. Dukaj “Perfekcyjna niedoskonałość

Jedno słowo: Dukaj. Kto zna, ten wie. Kto nie zna – niech pozna. Lojalnie uprzedzam, że lekko nie jest. Dukaj bowiem nie bawi się w przedstawianie wykreowanego przez siebie świata, aby czytelnik mógł łatwo się po nim poruszać. Dukaj wrzuca czytelnika w sam środek nowej rzeczywistości, a następnie, urywkami, tłumaczy o co w tym wszystkim chodzi. “Perfekcyjna niedoskonałość” nie ma może takiej siły rażenia jak “Lód” (i nie ma tysiąca stron), nie jest może tak łatwo przyswajalna – ale należy pamiętać, że to są dwie zupełnie różne historie, książki, nawet stylistyki. No i tu mamy do czynienia dopiero z pierwszą częścią planowanego cyklu. Opowieść o wskrzeszeńcu, kosmicznym podróżniku z XXI wieku, odtworzonym z resztek DNA w XXIX wieku, starającym się odnaleźć w nowej rzeczywistości – i grającym ważną rolę w zakulisowych knowaniach – potrafi wciągnąć. Nie można tylko się poddawać, gdy coś będzie niejasne – z czasem pojmiemy wszystko. A wizję wirtualnego tworzenie siebie z nanocząsteczek w dowolnym miejscu uważam za niezwykle kuszącą. Aż chciałoby się jakoś dożyć to tego XXIX wieku…

  • S. Lem “Opowieści o pilocie Pirxie

Przyznaję się bez bicia – mój pierwszy kontakt z Lemem. Wcześniej po prostu nie mogłem strawić tego, co ten człowiek pisał. Tym razem poszło łatwiej. Ale – i to będzie wtręt mocno osobisty – zawiodłem się. Spodziewałem się nieco bardziej zakręconych historyjek, a tu – zwykłe, reporterskie wręcz opowiadania o tym, jak to będziemy latać na odległe planety (z wykorzystaniem taśmowych systemów zapisu pamięci i temu podobnych eksponatów), plus od czasu do czasu wątek moralizatorski, do rozważenia po lekturze.. Z ręką na sercu – wolę Dicka z jego niejasnymi, pokrętnymi opowiadaniami i zaskakującymi zakończeniami. Z drugiej strony – Dick  był paranoikiem, uważającym Lema za grupkę pisarzy na usługach komunistycznego wywiadu, więc u niego niezwykłość to chleb powszedni. Lem to twardy realista, u niego nie ma miejsca na jakiekolwiek niedopowiedzenia. Gdyby Lem pisał “Z archiwum X”, byłoby to skrzyżowanie “Miasteczka Twin Peaks” z “House” – niby jest jakaś tajemnica, ale na końcu zawsze okazuje się, że to był toczeń. Niemiej szacunek dla Lema za przewidzenie w 2000 r., że Lepper zostanie premierem. Przeczytać “Opowieści…” warto, choćby dla znajomości klasyki.

  • J. Heller “Paragraf 22

Wydaje się, że każdy zna treść paragrafu 22 – osoba chora psychicznie ma prawo do zwolnienia z udziału w działaniach wojennych, niemniej każdy, kto wystąpi z taką prośbą, prawidłowo rozpoznaje zagrożenie wynikające z toczenia walk, a tym samym nie można mówić o zaburzeniach psychicznych, więc zwolnienie nie przysługuje. Jednak paragraf 22 to wyjaśnienie na każde świństwo, każde szaleństwo świata ogarniętego wojną. To kruczek, dzięki któremu dowolna podłość ujdzie nam płazem, bo popełniliśmy ją w majestacie prawa – dla jakiegoś wyższego celu, słusznego bądź nie. O ile większość książek o II WŚ (i nie tylko o niej), jak też i filmów takich jak “Szeregowiec Ryan” czy “Helikopter w ogniu” pokazuje, że wojna to zło, śmierć i cierpienie, o tyle pozycje takie jak “Paragraf 22” czy “Czas apokalipsy” mówią wprost – wojna to szaleństwo. Koniec, kropka. Nie doszukujmy się w tym sensu, nie starajmy się sobie tego wytłumaczyć. Wojna to szaleństwo. Pozycja obowiązkowa, nawet jeśli nigdy nie zaszpanujemy przeczytaniem Hellera w żadnym towarzystwie.

  • D. Logan “Tribal leadership

Darmowy audiobook ściągnięty ze strony sklepu z obuwiem. Brzmi ciekawie? I jest ciekawe. "”Plemienne przywództwo” nie jest żadnym nowym spojrzeniem, żadnym genialnym odkryciem w dziedzinie zarządzania. To raczej dostrzeżenie tego, co w wielu firmach działa od dawna – i pozwala im odnosić sukcesy. To pokazanie, że przeszczepienie sposobów budowania relacji na podstawowym, ludzkim poziomie, z pewnością zaowocuje w biznesie. Tworzenie związków międzyludzkich poczynając od najprostszej formy, jaką jest trójkąt, aby docelowo oprzeć się na utworzonej w ten sposób sieci, jest tak proste, że aż chce się zakrzyknąć “czemu ja na to nie wpadłem” – na szczęście są ludzie, którzy patrzą z boku, dostrzegają i potem piszą książki. A ponieważ “Tribal leadership” to typowy amerykański poradnik, można spodziewać się powtarzania kilku tez z coraz to nowymi przykładami. Na szczęście – co też jest charakterystyczne dla amerykańskich książek gatunku “how to” – owe przykłady są niezwykle inspirujące i energetyczne. Do przeczytania z rana, przed pracą.

  • N. Machiavelli “Książe

Za tą książką i jej autorem ciągnie się pogląd, że cel uświęca środki. Tym samym “Książę” jest automatycznie kojarzony ze złem, podstępem i świństwem – czyli współczesną polityką. Moim zdaniem – niesłusznie. Machiavelli był patriotą, pragnącym dla Włoch jak najlepiej – więc celem, uświęcającym wszelkie środki, były wielkie Włochy. Hasło “Honor i Ojczyzna” przebudowano na “Ojczyzna, potem długo, długo nic – i dopiero Honor”. Książka, jako zbiór dobrych rad do rządzenia księstwem, jest oczywiście sprzedawana jako podręcznik dla biznesu, ale w sumie niektóre z porad można spokojnie (z czystym sumieniem) wykorzystać w kierowaniu firmą. Choć rządzenie wg Machiavellego opiera się głównie na utrzymywaniu przeciwników w stanie niepewności, skłócenia czy zależności, wszystko to jest czynione dla dobra poddanych. To oni, jako faktyczne księstwo, są podstawą władzy – i to o nich należy wpierw pamiętać. Jeśli spojrzymy na “Księcia” w taki sposób, zobaczymy, że Machiavelli od współczesnej polityki jest równie daleko, jak programy TVP od jakiejkolwiek misji. Na takich polityków, a właściwie mężów stanu, przyjdzie nam chyba jeszcze poczekać. Do przeczytania i wyrobienia sobie własnego zdania.

  • M. Ciszewski “www.1939.com.pl

Kolejny darmowy audiobook – otrzymany w promocji Orange. Tej książki słuchałem absolutnie wszędzie – żałowałem wręcz, że mój leciwy odtwarzacz nie jest wodoodporny, bo wtedy mógłbym jej słuchać pod prysznicem. Tak wciągającej opowieści już dawno nie spotkałem. Historia batalionu, który zamiast do Afganistanu w 2009 roku, trafia na pole walki w 1939 roku to tylko na początku czysta fantastyka – potem jest już tylko, wybaczcie kolokwializm, kopanie hitlerowców w cztery litery. I powiewająca w tle biało – czerwona. Gdyby do szkół weszło wychowanie patriotyczne, powieść Ciszewskiego powinna być lekturą obowiązkową, podręcznikiem. Takiej dawki porządnego, jednak niezbyt nachalnego patriotyzmu nie spotyka się codziennie. Po akcjach komandosów GROM w nazistowskim sztabie mimowolnie się uśmiechałem. Autor jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem, który łączy z zegarmistrzowską precyzją wszystkie elementy kinowego hitu – jest walka, jest zdrada, jest miłość, jest wzruszenie, jest humor – jest wreszcie niesamowita ilość dobrej rozrywki. Nie chciałem wyjmować słuchawek z uszu i zaręczam, że będziecie mieć tak samo. A ponieważ są już kolejne książki z tego cyklu - “www.1944.waw.pl” oraz “Major”, to mam nadzieję, że na nich się nie zawiodę, gdy je wreszcie przeczytam.

I tak się kończy podsumowanie pierwszego kwartału. Już na początku kwietnia skończyłem czytać jeszcze jedną świetną książkę, ale o tym – za trzy miesiące.

PS: a jako ilustracja, ponieważ nie miałem żadnego fajnego zdjęcia książki:) – taka świąteczna, wiosenna dekoracja, wykonana przez moja Narzeczoną. Ot, dla przedłużenia świątecznego klimatu…

piątek, 26 marca 2010

“The Box. Pułapka” – jeśli lubisz takie klimaty…

Dzięki ^allegro, które zorganizowało na Blipie szybki konkurs, mogłem obejrzeć w gdańskim Multikinie film “The Box. Pułapka”. Na samym początku chylę czoła przed słynną polską szkołą tłumaczy filmowych. Zgaduję, że “Pudełko” nie oddawałoby grozy sytuacji, stąd dodatek w postaci “Pułapki”. Mała podpowiedź dla tłumaczy – obecnie większość ludzi wie, na co chce iść do kina, więc nie trzeba im tłumaczyć jak krowie na miedzy, co to za film. Ale w końcu “Dirty Dancing” to “Wirujący seks”, więc pewnie się czepiam bez powodu.

Film jest adaptacją opowiadania Richarda Mathesona, który największy rozgłos zyskał dzięki książce “Jestem legendą” (notabene sfilmowanej trzykrotnie, o ile dobrze kojarzę). Tamtego filmu nie widziałem, natomiast książkę mogę polecić z czystym sumieniem – kawałek świetnej prozy z dreszczykiem. Pamiętam, że przeczytałem też jeszcze jedno opowiadanie Mathesona, ale – aż wstyd – nie pamiętam jego tytułu, a próba podparcia się fabułą mogłaby zepsuć Wam ewentualną przyjemność, więc nie będę ciągnął tego wątku. Opowiadania “Button, button”, na podstawie którego powstał “The Box” nie czytałem, ale mam wielką ochotę.

Bo film, mówiąc kolokwialnie, narobił mi apetytu.

I to nie według zasady “film tak słaby, że książka musi być lepsza” – ale z chęci zestawienia niezłego kina z literackim pierwowzorem.

Pokrótce o filmie – młode małżeństwo, lata siedemdziesiąte, problemy finansowe, tajemniczy gość i oferta. Oferta bardzo podejrzana moralnie. Wystarczy wcisnąć guzik na małym pudełku, o otrzymamy milion dolarów. Milion! W 1976! Ale jest też haczyk – w tej samej chwili gdzieś, ktoś umrze. Czy można decydować o życiu kogoś, kogo nie znamy, za dużą sumę? Czy zapach zielonych uspokoi nasze sumienie? I właściwie dlaczego to nam złożono taką ofertę? Więcej zdradzać nie będę (no, może tylko to, że Bruce Willis w “Szóstym zmyśle” jest…nie, taki nie będę:)), ale z zamieszczonego poniżej trailera wywnioskujecie, że nie jest to film przepełniony filozoficznymi rozważaniami o moralności, a sprawnie zrealizowany thriller (z grubsza), gdzie nieprzygotowani bohaterowie muszą stawić czoła przerastającej ich sytuacji.

Podobała mi się w tym filmie Cameron Diaz – nie spodziewałem się, że potrafi zagrać zmęczoną, przestraszoną kobietę, z początkami zmarszczek i dylematami moralnymi. Z drugiej strony – do tej pory kojarzyłem ją tylko z jakichś lekkich komedii.

Film trzyma w napięciu, ze dwa razy udało mi się nawet podskoczyć – ale to ze względu na gwałtowność danej sceny. Od strony realizatorskiej nic nie można obrazowi zarzucić, ale to kino zza Wielkiej Wody, a rzemieślników tam mają przednich. Liczy się więc historia, a ta – w przeciwieństwie do opisywanego ostatnio “Tricku” – jest nie tylko dobra, ale i świetnie opowiedziana. Do samego końca nie możemy być pewnie, jak film się skończy, a gdzieś z tyłu głowy, nawet po wyjściu z kina, tłuc się będą pytania “ale dlaczego, jak?”. I to nie jest wynikiem pominięcia pewnych wątków, a raczej niezwykłości opowiadanej historii.

Osobiście lubię takie nierealne klimaty, zwłaszcza, jeśli mają choć cień przesłania. Dlatego na “Pułapce” bawiłem się (o ile można tak powiedzieć) dobrze, bo to ani sensacja, ani horror, ani mroczny thriller, a pewna mieszanka wszystkich wymienionych. Polecam więc wybranie się do najbliższego kina, jeśli macie ochotę na niezłą rozrywkę z dreszczykiem. Dla rzetelności jednak muszę nadmienić, że mojej Narzeczonej film się nie podobał.

De gustibus…

I jak zwykle – trailer. Oraz pytanie dla tych, którzy film już widzieli – ile scen ze zwiastuna nie pojawiło się w wersji ostatecznej?

No dobrze, żeby nie było zbyt różowo – jeszcze jedna uwaga do dystrybutora. Że tytuł filmu jest, jaki jest – trudno, tak MUSI być. Ale mam prośbę, aby przed wypuszczeniem filmu do kina zatrudnić korektora do sprawdzenia napisów. Bo jak zobaczyłem zdanie “podziwiam twój chart ducha”, to dopiero mi się włos zjeżył na głowie.

niedziela, 21 marca 2010

“Trick” – dobry samochód, ale zła droga

W kinie byłem. Na filmie – polskim. A tam, jak głosi kultowa wypowiedź z kultowego filmu “nic się nie dzieje”.

No, nie do końca nic. Coś jednak drgnęło i możemy się z tego cieszyć.

Rzeczony film to “Trick” Jana Hryniaka. Obraz reklamowany jako komedia sensacyjna. Gdzieś nawet natrafiłem na stwierdzenie, że w Polsce nie było takiego filmu od czasów “Vabanku” Machulskiego. Czy jest to prawdą? Czy faktycznie udało się stworzyć kino wybitne?

Nie.

“Trick” przede wszystkim jest kolejnym polskim filmem, który nie rozczarował mnie od strony realizacji. Słychać aktorów, a nie muzykę, dobre zdjęcia, porządny montaż (technicznie – o montażu jeszcze będzie), nawet jakieś śladowe efekty specjalne – nie ma się czego wstydzić. Do tego plejada rewelacyjnych aktorów (Chyra, Trela, Adamczyk, Więckiewicz – no nich mi ktoś powie, że oni nie są najzwyczajniej w świecie dobrzy…) i całkiem znośna historia. Na moje oko – materiał na mały hit. Polski “Ocean’s 11”. Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Bo te składniki źle wymieszano, a przez to zupa nie może być smaczna. Zacznijmy od prostej kwestii. Scenariusz – historia zdolnego fałszerza, który zmuszony jest do pracy dla gliniarza odpowiedzialnego za wsadzenie go do więzienia. Opowieść o ucieczce z więzienia i zemście. Trochę political fiction. Brzmi rewelacyjnie, a jednak bez żalu kilka wątków można skasować, ewentualnie znacząco przebudować (jak chociażby kwestię dziewczyny głównego bohatera – tak mdłej postaci już dawno nie widziałem). Kilka zaś przydałoby się rozbudować, jak choćby ową zemstę na dawnym wspólniku, bo takie opowieści to samograje.

Dalej – skoro pomimo tego mamy kilka niezłych wątków, to czemu nie zrobić ich autentycznymi? Jak? Za pomocą lepszych dialogów. Dbałości o szczegóły. Jakiejś spójności, logiki – bo np. miałem wrażenie (może tylko ja), że nagłą propozycja współpracy przy fałszowaniu dolarów była od dawna uwzględniona w planie ucieczki z więzienia… No i te dialogi – nawet, jeśli były z krwi i kości, to krew już powoli krzepła, a połamane kości przebijały się przez skórę.

Ale nawet jeśli scenariusz mamy taki, jaki mamy, to może udałoby się go ciekawiej pokazać?  Zapewne udałoby się, ale do tego potrzebny jest dynamiczniejszy montaż. Olanie chronologii i pokazanie wszystkiego jak nieustającego teledysku – z chwytliwą muzyczką. Dokładnie tak, jak w “Ocean’s 11”. Mamy akcję – mamy puentę – mamy wyjaśnienie przekrętu. I tak w kółko. A takie coś zostało pokazane raz. Owszem, w takim wypadku film byłby krótszy, ale to daje pole do popisu przy moich dwóch pierwszych zarzutach.

Podsumowując – chciałbym oglądać coraz więcej polskich filmów, które są tak realizowane. Na szczęście to już chyba staje się normą, więc teraz jedynie możemy sobie życzyć – a to lepszych piosenek, a to bardziej widowiskowych efektów specjalnych, ot – drobiazgów. No, może ten montaż…ale to już zależy od reżysera. Na aktorstwo też narzekać nie możemy (w konkretnych przypadkach, mówię jednak o aktorach, a nie o drewnach z takiego jednego serialu). Czekamy zatem na porywające scenariusze, z odlotowymi historiami. No i reżyserów, którzy udźwigną tego typu wyzwania. Jakby ktoś szukał czegoś konkretnego, to jeden scenariusz wala się u mnie na dysku od kilku lat. Doszlifować go trzeba. Z reżyserią też dałbym radę, jakby wyjścia nie było:)

I wtedy będzie “Ocean’s 11”. A nawet, 12, 13 czy 44. Bo teraz to zostaje nam tylko Oceans Four (przynajmniej w Gdańsku).

Poniżej – trailer “Tricku”, zawierający smaczniejsze kawałki z filmu i zdecydowanie lepiej zmontowany.

niedziela, 3 stycznia 2010

Wielka Gala Noworoczna

Prawie przed chwilą (no dobrze – przed trzema godzinami) wróciliśmy z Wielkiej Gali Noworocznej w hotelu Sheraton w Sopocie.

Krótko – było fenomenalnie. Yupiter Symphony Orchestra pod batutą Wojciecha Mrozka dała koncert, dzięki któremu świetnie zaczął się ten 2010 rok. Sam dyrygent dołączył zresztą do muzyków na klarnecie w kilku utworach.

Głosem czarowali:

  • Bożena Harasimowicz (sopran)
  • Agata Sava (mezzosopran)
  • Tomasz Krzysica (tenor)

Program zatytułowany “Od Wiednia do Hollywood” jednak ciążył w stronę Wiednia, co samo w sobie nie jest absolutnie żadną wadą – zawsze jednak ciekawi mnie, jak brzmiałyby filmowe hity w wykonaniu orkiestry kameralnej i śpiewaków operowych.

Bo jak brzmią “Hej sokoły” to już wiem – po tym koncercie. Tym nietypowym bisem nawiązano do faktu, że muzycy przybyli ze Lwowa…

Przyznaję – nakręciłem cztery filmiki na koncercie. I przyznaję – na żywo to brzmi o niebo lepiej. Ale ponieważ mówimy o Wielkiej Gali Noworocznej, to tego utworu nie mogłem sobie odmówić…

Klaszczcie, klaszczcie!

Aha – a w Sheratonie jeszcze spotkała nas taka zagadka językowa. Czy Waszym zdaniem to tłumaczenie jest poprawne?

The black one.

W tym roku życzę Wam wszystkiego najlepszego i obyście zawsze pamiętali Wasze płaszcze:)

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com