Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konsument. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konsument. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Jaki tablet wybrać (i po co)?

Takie coś mam teraz... Uwielbiam gadżety wszelkiej maści. Dodatki idealne – od spinek do mankietów z asem pik, po “wypasiony” telefon – rozpalają moją wyobraźnię. Mam na imię Bartek i jestem gadżeciarzem. Najwyraźniej widać to, zaglądając na moją listę życzeń – może nie umieszczam tam wszystkich możliwych gadżetów, ale sporo ich tam się znajdzie. Wprawdzie nie mam najnowszego smartfona (stary, dobry SE K 300 nadal działa), nie mam też lansiarskiego netbooka (jedyny przenośny komputer to służbowy), ale jak to mawia Wilq “chcieć to móc” i tej wiary się trzymam. Mieć to jedno, patrzeć z pożądaniem to drugie, a najzwyczajniej w świecie lubić – to trzecie i moje.

Taka karma.

Od jakiegoś czasu w głowie zalęgła mi się myśl o kolejnym gadżecie – który, co ciekawe, mógłby być nawet całkiem przydatny w moim codziennym życiu. Rok 2010 (a może 2011?) ma być rokiem tabletów. A skoro tak, to i ja postanowiłem, że może warto zobaczyć, z czym to się je.

Całe szaleństwo zaczęło się od wiadomej firmy z nadgryzionym jabłkiem i ich iPada. Wprawdzie to podobno tylko powiększony iPhone, ale miliony fanów Stefana i jego Jabłka oszalało ze szczęścia. Inni nie mogli być gorsi i natychmiast zapowiedzieli wypuszczenie swoich “iPad – killerów” (swoją drogą strasznie nam się zbrutalizował rynek, przynajmniej w warstwie nazewnictwa). Niestety, nie dla mnie te wszystkie zabawki – bo nie uśmiecha mi się (póki co) wydanie sporego kawałka miesięcznego budżetu na gadżet. Z łatwością natomiast wydałbym znacznie mniejszy kawałek moich zarobków na coś o zbliżonej (może nieco mniejszej) funkcjonalności.

I tu mój wzrok zwrócił się ku pracy małych żółtych rączek, które z pracowitością godną podziwu wyrabiają “iPad – podróbki”. Ale po kolei, aby jeden z moich wiernych Czytelników nie zarzucił mi, że zachwycam się narzędziem, zastanawiając się dopiero nad jego przydatnością. Wyjdźmy od tego, do czego takiego tabletu mógłbym używać.

Przede wszystkim – czytanie publikacji elektronicznych. Do tej pory do książek w formacie jar wystarczył mi mój telefon (choć nie wszystkie pliki potrafił otworzyć, bo mu pamięci nie starczyło), ale coraz więcej zaległości mam w czytaniu tego, co funkcjonuje jako pdf, txt czy doc. Na ekranie komputera mogę czytać krótkie artykuły, a nie kilkusetstronicowe książki. A i wszelkie akty prawne w związku ze zdobywaniem uprawnień zawodowych mógłbym mieć zawsze przy sobie, do poczytania. Zresztą – artykułów też mi się kilkadziesiąt nazbierało w Read It Later, a przerobić je na jakiś przyjemny format nie byłoby głupią myślą. Być może do tego typu zadań wystarczyłby jakiś prosty czytnik e-książek, ale problemem jest – podobnie jak przy iPadzie – cena.

Druga kwestia – efektywność. Owszem, zrobiłem sobie swego czasu najlepszy papierowy notatnik do systemu Getting Things Done, który sprawdzał się w codziennych zadaniach, aleważam, że warto przenieść się na nieco wyższy poziom. Istnieje genialny Evernote, który do pełni mojego szczęścia powinien być ze mną zawsze i wszędzie, a nie tylko w przeglądarce na komputerze. Istnieją inne systemy, z powodzeniem instalowane w najnowszych telefonach. Istnieje wreszcie zwykła przewaga rozwiązań elektronicznych nad papierowymi, jak choćby możliwość pracy w większej liczbie wymiarów (dane zadanie można przypisać do projektu, daty, kontekstu, osoby, zasobów… a potem posegregować, przenieść, skopiować i wysłać dalej). Ogółem każde rozwiązanie, które choć częściowo pasuje do mojej koncepcji ostatecznego narzędzia efektywności osobistej kwituję głośnym “chcę-to-już”, a wydaje mi się (nie bez podstaw), że na tabletach tego typu narzędzia są po prostu przyjaźniejsze.

Kolejna kwestia – pisanie. Dziś tego bloga, jutro może kolejnego, a w perspektywie – opowiadań, książek, epopei… Prawda jest taka, że mam kilkanaście pomysłów na pisanie dziennie – część wynika wprost z mojej głowy, część z przeczytanych artykułów. I pomysły te są dość rozproszone – a to w ręcznie robionym genialnym notatniku, a to w Notatniku Google, a to leżą jeszcze nieprzeczytane w Read It Later. Wspomniany Evernote pomógłby mi zebrać je wszystkie w jednym miejscu i zgrabnie przejść od pomysłu do realizacji (taką mam nadzieję).

Wreszcie – miło by było mieć dostęp do kalendarza czy kontaktów z Google zawsze pod ręką, nawet offline. Od czasu do czasu sprawdzić pocztę, odpisać na maile, po prostu na spokojnie oporządzić sieciowe poletko. Ale to celowo wymieniam jako punkt ostatni.

...a takie coś chciałbym mieć. Wiemy już co chcę robić – teraz powiedzmy czym, jeśli nie wypasionymi tabletami od wielkich firm. Otóż od jakiegoś czasu są w sprzedaży na Allegro chińskie tablety (zapewne pomyślane jako podróbki iPada), oparte o system Android od Google. Patrząc na specyfikację podawaną na aukcjach, zawartość wygląda następująco (wypiszę to, co sam rozumiem): dotykowy ekran 7 cali o rozdzielczości 800x480, system Android 1.6, pamięć wewnętrzna 2 GB, slot na kart SD (do 32 GB), WIFI, kamera 1,3 mpx.

Moje pytanie do Was wszystkich brzmi – czy to, co tkwi w takim tablecie, jest dla mnie wystarczające? A konkretnie:

  • czy czytanie plików jar, txt czy pdf nie będzie problemem? Wiem, że dla plików jar są specjalne programy do odtwarzania i jakoś to chodzi…
  • czy możliwe będzie zainstalowanie Evernote albo innych programów (w specyfikacjach podawany jest dostęp do Android Market, ale różnie słyszałem)?
  • czy można na takim czymś robić szybki notatki odręczne jakimś rysikiem?
  • czy są jakieś aplikacje odczytujące notatki ręczne?
  • czy są może jakieś aplikacje do pisania, choć krótkich notatek – jako fragmentów notek blogowych?
  • czy dałoby radę podłączyć do takiego tabletu zwykłą klawiaturę poprzez USB?
  • czy – jeśli w domu nie mam bezprzewodowego dostępu do sieci – jestem skazany na synchronizację GMaila, kalendarza i Evernote tylko w pracy i miejscach publicznych?

Potrzebuję porady. Co sądzicie o takim produkcie – poza oczywistą oczywistością, że to chińszczyzna? Wychodzę z założenia, że Chińczycy produkują już nieco lepiej, niż kilkanaście lat temu… A może potraficie polecić coś innego, co będzie spełniało moje wymagania i nie wyczyści mi konta?

Spytam krótko i tradycyjnie – pomożecie?

piątek, 14 maja 2010

Klient – nasz pan

Ciekawa historia przytrafiła nam się ostatnio w Empiku. Są jednak na świecie rzeczy, o których się nikomu nie śniło.

Narzeczona, przeglądając oferty na empik.com zauważyła, że pewne produkty (nie wymieniam nazwy, bo nie jest to istotne – a owe produkty nabyliśmy jako prezent na przyszłość), składające się na dość zacną kolekcję, są w dużej przecenie. Okazja może się już nie powtórzyć, więc decyzja zapadła w kilka sekund – kupujemy całość, od ręki.

Minęło nieco czasu i Narzeczona otrzymała maila od empik.com – niestety, zamówienie nie może być zrealizowane, ponieważ nie możemy skompletować kilku elementów. Czy w takim razie należy anulować całe zamówienie, czy też tylko tę jego część, która nie może być zrealizowana? Z ciężkim sercem wybraliśmy opcję numer dwa. Ale wrodzona ciekawość Narzeczonej kazała jej sprawdzić, czy owe niedostępne produkty faktycznie nie są ujęte w ofercie sklepu.

Niespodzianka – każdy z nich jest nie tylko dostępny, ale i dostarczany praktycznie od ręki.

Chytry plan w głowie mojej Narzeczonej był następujący – produkty anulowane w jej zamówieniu zamówię ja, na moje konto empik.com – i zobaczymy co się stanie.

Po kilku dniach otrzymałem maila – moje zamówienie zostało zrealizowane i czeka do odbioru w sopockim Empiku. Zamówienie Narzeczonej jeszcze przez kilka dni nie mogło dotrzeć do salonu w gdańskiej Alfie…

Błąd matriksa?

Co by jednak nie mówić – Empik dobrym sklepem jest (nawet, jeśli ustawia w dziale dziecięcym Kamasutrę dla najmłodszych i rysunkową wersję “Boga urojonego”). A salon w Sopocie jest zupełnie wyjątkowy – zawsze odbierając tam zamówienie czuję się wyjątkowo (bardziej wyjątkowo niż w innych trójmiejskich salonach). Otóż ZAWSZE, gdy odbieram zamówienie internetowe w punkcie informacyjnym, przemiła pani (bądź – co rzadsze – pan) z uśmiechem zanosi moją paczuszkę do kasy. Gdy raz odruchowo wyciągnąłem rękę po zamówione książki, usłyszałem “proszę się nie przejmować, ja zaniosę zamówienie do kasy”. Wszystko z uśmiechem. Paczuszka leżała sobie potem koło kasy, a ja mogłem spokojnie buszować między regałami.

Bardzo miłe wrażenie.

W chwili, gdy piszę te słowa, siedzę w pociągu relacji Gdańsk – Warszawa. Jak to zwykle w pociągach InterCity (popularnie zwanymi “ickami”) bywa – przewoźnik oferuje drobny poczęstunek, ciastko z herbatą, dla każdego podróżnego. Dziś traktuję to jako standard – jednak pamiętam jak miło mi było, gdy spotkało mnie to po raz pierwszy (a było to w czasach gdy zamiast małego pierniczka oferowano kanapkę…). Dziś jednak znowu zostałem bardzo mile zaskoczony. Pani z wagonu restauracyjnego, która zwykle roznosi owe poczęstunki na wózku barowym, po każdej stacji przechodziła wzdłuż wagonu, dostrzegała osoby, które dopiero wsiadły i zbierała od nich zamówienia. A potem, gdy pociąg ruszył, donosiła owe zamówienia. Dodatkowo dowiedziałem się, że można zamówić posiłek w wagonie restauracyjnym (dawny “Wars”) z opcją doniesienia do przedziału.

Nie wiem, od jak dawna takie porządki są w “ickach”, ale zrobiło to na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie.

Ale to nie wszystko. Pani, która roznosiła posiłki, była osobą niesamowicie pogodną, uśmiechniętą. Do każdego odnosiła się z życzliwością. Wręcz tryskała radością – aż podróżujący ze mną Niemcy dziwili się, że owa pani potrafi tak radośnie podawać kawę i zbierać puste kubki.

Wiem, że na tzw. “Zachodzie” to zapewne standard, ale dla mnie to zawsze jest (i pewnie jeszcze długo będzie) miłe zaskoczenie – że można do swojej pracy (zwłaszcza dość monotonnej, jak sądzę) podchodzić z taką radością, jak pani z wagonu restauracyjnego i z takim oddaniem dla klienta, jak pani z sopockiego Empiku. Oby więcej takich pracowników, a wszystkim nam będzie żyło się ciut lżej.

środa, 16 grudnia 2009

Nierealna Biedronka

Skuszony promocją – gra komputerowa za 10 PLN – nabyłem ostatnio w luksusowym salonie Biedronki grę nietuzinkową. Legendę. Kamień milowy.

Unreal Antologia.

Cztery części niesamowitej gry – która w swoim czasie powalała grafiką, a do dziś powala klimatem. Dodatkowo skusił mnie napis na pudełku. A brzmi on dokładnie tak:

 

Muzyki wprawdzie nie kojarzyłem, ale miałem okazję zapoznać się z nią – i to niezależnie od wycinania hord wrażych kosmitów. Wprawdzie dokładniejszy rzut oka na pudełko mógł wzbudzić moje wątpliwości…

 

…ale nie bądźmy drobiazgowi. kto dziś patrzy na to, co jest napisane małym druczkiem?

Po otwarciu sporego pudła, ze środka wypadło…to:

Jeden mały, cienki box. Z białą okładką. Zacząłem podejrzewać, że może na ścieżce dźwiękowej gry wykorzystano w całości “White Album” Beatlesów – ale gdzie jest gra!?

Okazało się, że – jak może już podejrzewacie – w pudełku było DVD z grą. I tyle.

O CD z muzyką można zapomnieć.

Dystrybutorem gry jest CD Projekt. Może to jakaś polityka – sprzedajemy tanio i w biedronce, więc nie odpowiadamy za to, co jest napisane na pudełku? Powiem, że się nieco zawiodłem. Ostatni raz zawiodłem się tak na grze, gdy jeszcze w liceum kupiłem CD Action z grą Quake 2 i okazało się, że akurat ta wersja nie ma muzyki – wydawca jej nie wykupił…

Próbowałem skontaktować się z CDP. Telefonicznie, szukałem jakiegoś maila…niestety, zadanie przerosło moje możliwości. Nie posłucham sobie muzyczki, oj nie.

A sama gra? Rewelacyjna, oczywiście. Mniej więcej w trzecim poziomie stwierdziłem, ze gęsia skórka nieco haczy o biurko, przez co myszka słabo chodzi, więc zrobiłem save’a, wyłączyłem grę i skuliłem się na łóżku. Gorąco polecam. Kto grał, ten wie:)

piątek, 13 listopada 2009

Dzień Użyteczności

Dziś obchodzimy Usability Day, zwany nad Wisłą Dniem Użyteczności. Jest to kolejne piękne, postępowe święto, które obchodzimy ku czci i na pamiątkę, więc niech się święci.

Tu dygresja – stale aktualizowaną listę postępowych świąt możecie znaleźć w stworzonym przeze mnie kalendarzu Google, dostępnym dla każdego. Można zajrzeć, zaprenumerować – i już nigdy nie przegapić Tygodnia Bagien i Terenów Podmokłych.

O co chodzi z tą całą użytecznością? W skrócie o to, aby żyło nam się lepiej, łatwiej i wygodniej. I to się chwali, więc z Dnia Użyteczności śmiać się nie będziemy.

Ale ponieważ nie byłbym sobą bez przytyku (niewielkiego), więc oto historia.

Jak kupujecie ubrania, to pewnie je przymierzacie w sklepie, prawda? Logiczne to – bo nie chcielibyśmy kupić czegoś, co będzie źle leżało. A że na świecie jest wiele złych ludzi, to sklepy zabezpieczają się przed tym, aby ktoś podczas przymierzania (czy nawet tylko oglądania) nie wyniósł bluzki czy sweterka. To też jest logiczne. A jeśli kupuję spodnie, to chcę zobaczyć, jak wyglądają na mnie zarówno wtedy, gdy stoję, jak i gdy siedzę, prawda?

To kto był tak mądry, aby umieścić alarm takim w strategicznym miejscu?

Nazwy sklepu nie podam, fotka zrobiona jest wieki temu – ale na dziś pasuje:)

poniedziałek, 7 września 2009

UPS…

Coś ostatnimi czasy mnożą się tu wpisy o moich bojach z różnymi firmami. A mam tyle innych tematów. gniew. Lego. I…latanie:) Ale na tamto jakoś mi czasu brakuje.

Zamówiłem na Allegro komplet książek. Ponieważ zależało mi na czasie, wybrałem opcję dostawy kurierem. Zapłaciłem tyle, ile trzeba i  grzecznie czekałem na przesyłkę. Dostałem też od sprzedawcy linka do monitorowania przesyłki. Poniżej zrzut ze strony:

Cóż można powiedzieć? Pierwsza próba o 19:21 to próba po godzinach ustalonych przez UPS (od 9 do 19), ale i tak nikogo nie było w domu. Następne – próby dostarczenia czegokolwiek przed 17:00 mają szansę spełznąć na niczym, ponieważ wtedy pracujemy… O 17:28 28 sierpnia akurat wyjątkowo nikogo nie było w domu. Ale mogę zapewnić, że 31 sierpnia o 18:42 w domu byliśmy. Nikt się nie dobijał do drzwi. Być może wysłano do mnie kartkę, ale prawdopodobnie użyto gołębia, bo nic do mnie nie dotarło. A pukanie do drzwi o 9:26 jest równie sensowne co pukanie przed 17 – kiedyś trzeba na tych kurierów zarobić.

Żeby nie było, że tylko narzekam – dzwoniłem do UPS. Prosiłem o namiary na kuriera, aby nie jeździł bez sensu. Niestety, pani mnie delikatnie spławiła, ponieważ nie ma takiej możliwości (!) – paczkę mogę odebrać osobiście. Gdzieś w Osowej.

Sam nie wierzę w to, co powiem, ale następnym razem wybiorę Pocztę Polską.

sobota, 5 września 2009

Pan każe – sprzedawca musi

Taka garść refleksji po moich ostatnich zakupach mnie naszła…

Najpierw kupowałem w Empiku bilet na koncert Morricone w Stoczni. Płaciłem kartą, w związku z czym zaatakował mnie ostatni empikowski zwyczaj – sprzedawca żegna sięze mną, mówiąc “do widzenia, panie Bartoszu” (dane z karty bierze). Wołacz pełnej formy mojego imienia uważam za nieco pretensjonalny, a poza tym – ten zwyczaj, mający w zamyśle skracać dystans “klient – sklep”, faktycznie go wydłuża. Już chciałem odpowiedzieć do kasjerki “do widzenia, pani Paulino” (plakietka ją zdradziła, ha!), ale pomyślałem, że przecież ta dziewczyna “tylko wykonuje rozkazy”. Może niekoniecznie poczuje się komfortowo, gdy się z nią tak spoufalę?

Ale sam koncert – świetny. Będę długo wspominać.

Kolejny przykład. Mam bilet kwartalny na SKM z Zaspy do Sopotu. ale raz na jakiś czas chcę pojechać gdzieś dalej. Podchodzę więc w minionym tygodniu do kasy SKM w Sopocie i proszę o dopłatę do Wrzeszcza. A tu pani się krzywi i mówi, że właściwie powinienem mieć bilet z Sopotu do Zaspy, ale w drodze wyjątku mi sprzeda. Następnego dnia proszę tę samą panią o bilet do Głównego. Tym razem pani się zbuntowała, powtórzyła tekst o tym, że mam bilet od złej stacji (ma bilet w obie strony…) i powiedziała, że dopłaty mi nie sprzeda. Bo “miała kontrolę i kontrolerka na nie krzyczy, gdy tak sprzedają dopłaty” – w przeciwną stronę, niż jest wystawiony bilet (mówimy o podstawowej trasie – bilet jest, powtarzam, w obie strony). Podszedłem do drugiej kasy, gdzie bilet dostałem bez problemu. Widocznie tam nie było kontrolerki. A ja mogłem kupić dopłatę tak, jak robiłem to od wielu, wielu lat…

Zastanawiam się teraz, czy napisać do SKM o interpretację sprzedaży dopłat:)

I ostatni przykład. W Tesco kupowałem klej typu “kropelka” – taki, co zawsze leży przy kasach. Wziąłem dwa z pierwszej kasy z brzegu (choć była zamknięta) i poszedłem do jedynej otwartej. Tam też był ten klej – z jedną, małą różnicą. Przy kasie, gdzie wziąłem klej, podana była cena 2,49 – a przy tej, gdzie stałem – 2,79. No, pomyślałem, może być ciekawie przy płaceniu. Jaką cenę wybije kasa? Wybiła 2,95… Zrezygnowałem z jednego – ale gdy przyszedł kierownik, aby wykasować zakup, pokazałem mu te etykiety z 2,49. W tym momencie stojący za mną dziadek zaczął krzyczeć na kierownika, ale ten go przepięknie zignorował (brawo! klient nie zawsze ma rację), po czym bez słowa polecił kasjerce skasować kleje za 2,50. Stwierdziłem, że o te dwa grosze walczyć nie będę.

Powyższe przykłady pokazują, że kasjerzy nie są zdolni do podejmowania decyzji samodzielnie. Może są tak zastraszeni, może tak ich szkolą, a może tak wierzą swoim przełożonym? Nie wiem. Ale jak ja mam się odnieść do takiego sklepu, gdzie nie mogę załatwić czegoś tak, jakbym chciał (SKM), albo gdzie jestem dziwnie traktowany (Empik) czy wręcz oszukiwany (Tesco), bo jakiś magiczny system tak zdecydował?

Następnym razem powiem “do widzenia, pani Paulino”. Ja też mogę grać tę rolę.

PS: o Leclercu pisałem tyle, że teraz tylko krótka wzmianka – w temacie podobnym do Tesco. Uważajcie przy kasie, bo w systemie są inne ceny, niż na etykietach. Dowód? Zdjęcie poniżej:

Paragon i ser pochodzą z tego samego dnia. Niby kwestia groszy, za kilogram 12,95 czy 14,95, ale na czymś nas oszukują…

czwartek, 6 sierpnia 2009

Galeria Bałtycka - H&M

Byłem dziś na zakupach w Galerii Bałtyckiej, konkretnie w sklepie H&M. Kupić nic nie kupiłem (szukałem spodni), ale zaobserwowałem kilka ciekawych rzeczy...
Po pierwsze - wszystkie męskie spodnie mają przyczepiony alarm z tyłu, dokładnie pośrodku, pomiędzy pośladkami. Nieco utrudnia to mierzenie... i śmiesznie wygląda. No i trudno się sprawdza, jak takie spodnie leżą podczas siedzenia - bo jak tu usiąść na alarmie.
Druga kwestia - to muzyka, a raczej jej brak. W jednym konkretnym miejscu - w przymierzalniach. W całym sklepie słychać radosne "umpa - umpa", które skutecznie zagłusza mysli, ale tam, gdzie człowiek liczyłby na jakąś chwilę intymności (w końcu nieczęsto rozbieram się w miejscach publicznych), marzyłby o jakiejś barierze dźwiękowej oddzielającej go od reszty świata - wtedy akurat musi znakomicie słyszeć to, co dzieje się w kabinie obok. Że ktoś ma za gruby tyłek, że ta bluzeczka to jednak na tobie źle leży, że za mały masz biust do tej tuniki...A co mnie to obchodzi!? Poza tym - ta świadomość, że każady mój szept też jest doskonale słyszalny - paranoiczne, ale nie lubię takiego uczucia.
I ostatnia sprawa, ale też związana z przymierzalnią. Większość sklepów, jakie kojarzę, ma przymierzalnie zamykane drzwiami wahadłowymi, albo zasłonami - ale H&M za punkt honoru postawił sobie chyba zrezygnowanie z takich wygód i zrobił zwykłe drzwi. Otwierane do środka! Wyobraźcie sobie, co to za wygoda, gdy w przymierzalni są dwie osoby (nie w żadnym zbereźnym celu - czasem tak trzeba) i jedna z nich musi się przepychać, aby wyjść.
Ta ostatnia kwestia uświadomiła mi coś jeszcze - nei wiem, gdzie w takim H&M może przymierzać ubrania osoba niepełnosprawna, na wózku. Pomijam fakt, że raczej nie wjedzie do przymierzalni (drzwi są bardzo wąskie), ale nawet jeśli jakoś się to uda, to te zawiasy umieszczone po niewłaściwej stronie framugi sprawiają niezły problem.
Tak sobie pomyślałem - tyle się mówi o wyrównywaniu szans, o budowaniu bez barier, a tymczasem wydaje się, że dokoła nas ciągle jest masa przeszkód dla osób niepełnosprawnych. Od dziś, gdy zauważę coś absurdalnego, co może utrudniać życie niepełnosprawnych, postaram się to opisać (oznaczę to tagiem "3 schodki" - bo właśnie trzy schodki przy wejściu do każdego sklepu symbolizują niezauważalną dla zdrowych barierę nie do przekroczenia dla osób na wózkach). Coś czuję, że takich miejsc może być wiele...i to pomimo wszechobecnych podjazdów.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Polbank - złodzieje czy lenie?

Ponieważ rozpisywanie się o tej sprawie mogłoby skutkować moim zbytnim zdenerwowaniem, postaram się w możliwie najkrótszy sposób napisać, dlaczego założyłem konto w zupełnie innym banku i odradzam korzystanie z usług Polbanku.
To po kolei.
W Polbanku mam dwa konta: rozrachunkowe i oszczędnościowe. Ponieważ konta rozrachunkowego używam jedynie do dokonywania (rzadkich) przelewów na zewnatrz, karta płatnicza jest skojarzona z kontem oszczędnościowym. Zwykła procedura wygląda tak:
- jeśli chcę za coś zapłacić zgromadzonymi tam pieniędzmi, używam karty,
- jeśli chcę zrobić przelew, wpierw transferuję pieniądze z konta oszczędnościowego na gotówkowe, a następnie na zewnątrz (aby uniknąć wysokich prowizji na koncie oszczędnościowym).
Jeszcze celem wyjaśnienia - Polbank nie księguje operacji wewnętrznych 24 godziny na dobę, wiec często, jeśli dokonuję przelewu z rachunku oszczędnościowego na gotówkowy w nocy, pieniądze zostaną przelane dopiero następnego dnia. Polbank ma także dość dziwne wymogi do bankowości internetowej - przelewy są potwierdzane certyfikatem, który może być zainstalowany tylko na jednym komputerze. Cóż, do niedawna obsługiwali tylko IE...

Dlaczego mam tam konto? Wysokie oprocentowanie - tylko tyle. A że nie jest to mój główny bank, nie przeszkadza mi, że dostęp do pieniędzy jest lekko utrudniony.
To teraz o sprawie:
W poniedziałek, 20 lipca 2009, z mojego rachunku oszczednościowego chciałem przelać pewną ilość pieniędzy na pusty rachunek gotówkowy, aby następnie dokonać przelewu na zewnątrz. Sprawa była o tyle pilna, że najpóźniej do piątku pieniądze miały trafić na to trzecie konto. Do ustawiania przelewów zabrałem się wieczorem. Udało się ustawić przelew zewntrzny z pustego konta gotówkowego, natomiast przy ustalaniu przelewu wewnętrznego system się zawiesił. I nie mogłem już sie zalogować do systemu bankowości internetowej. Przypominam - nie mogłem skorzystać z innego komputera.
Następnego dnia rano (tj. wtorek, 21 lipca 2009) spróbowałem znowu. Logowanie się udało, natomiast przy próbie ustalenia przelewów cały czas zwracany był komunikat o braku środków na koncie oszczędnościowym. Tymczasem te środki tam były, w wystarczającej ilości - zresztą system pokazywał właściwe saldo...
Zaskoczony takim rozwojem sytuacji, idąc do pracy zadzwoniłem na infolinę Polbanku. Od niezwykle suchej w kontakcie pani dowiedziałem się, dlaczego nie mogę skorzystać z moich pieniędzy. Kilka dni wcześniej (tydzień, moze 10 dni) płaciłem w sklepie kartą za dość spore zakupy. System bankowy ściągnął pieniądze z konta oraz dodatkowo zablokował taką samą kwotę na pozostałych środkach. Co spowodowało kompletny brak środków (a nawet, o czym poinformowała mnie pani, saldo ujemne). Pani zgłosiła reklamację do właściwych osób i nie potrafiła mi powiedzieć, kiedy odzyskam swoje pieniądze... Ale o tym fakcie miałem być poinformowany drogą elektroniczną.
Na ów pilny przelew, który musiałem zrobić, pożyczyłem pieniądze, bo niestety - to, co było na koncie w Polbanku, to były wszystkie moje dostępne pieniądze.
Tydzień później, we wtorek 28 lipca 2009, poszedłem do oddziału banku, bo nadal nie miałem informacji, czy Polbank oddał mi moje pieniądze. Niestety, sympatyczny pan (który zna mnie, bo nachodziłem ich w związku z moimi problemami z wydaną mi kartą płatniczą - osobna historia...) poinformował mnie, że oni, w placówce, są na samym dole drabiny i nie są w stanie powiedzieć mi, czy moja reklamacja jest rozpatrywana, czy nie...
W piątek, 31 lipca 2009, zadzwoniłem ponownie na infolinię Polbanku - pewna miła pani wypytała mnie dokładnie o wszelkie informacje niezbędne, aby mnie zidentyfikować, powiedziała "proszę chwilkę zaczekać", po czym...przepadła. Po pięciu minutach, gdy na moje "halo, czy wszystko ok" nie otrzymywałem odpowiedzi, rozłączyłem się (mam nadzieję, że ktoś przesłuchuje nagrania z tych rozmów i wyjaśni pewnej miłej pani, na czym polega podejście do klienta). Zadzwoniłem ponownie - tym razem pewien miły pan, który był nieco sprawniejszy, poinformował mnie, że w wyniku mojej rozmowy z infolinią przed dziesięcioma dniami nie została zgłoszona żadna reklamacja, a jedynie jakieś zgłoszenie, które najwyraźniej przepadło... Ów miły pan powiedział, że ponawia to zgłoszenie i tyle. Reklamację mogę złożyć w oddziale.
Dziś jest poniedziałek, 3 sierpnia 2009. Nadal od Polbanku nie otrzymałem żadnych informacji, więc zakładam, że moje pieniądze są dla mnie nadal niedostępne.
Czy to już kwalifikuje się jako bezprawny zabór mienia? Zgłosić to gdzieś? A może greccy bankowcy (tak, Polbank nie podlega pod polskie prawo i Komisję Nadzoru Finansowego) są zbyt leniwi, aby dostrzec i naprawić swój błąd?

środa, 15 lipca 2009

Znowu Leclerc

W miniony weekend postanowilimsy wykorzystać owe rabaty do Leclerca, o których niedawno wspominałem. W końcu 30% zniżki piechota nie chodzi - nawet jesli są to pieniądze, które potem i tak trzeba będzie wydać w tym samym sklepie...
A że akurat było zapotrzebowanie na większą ilosć alkoholu w związku z pewną dużą imprezą, poszlismy do Leclerca, na dział alkoholowy, umówić się na kupno sporej ilosci wina i wódki. Wprawdzie w sobotę okazało się, ze niemożliwoscią jest zastać kierownika działu alkoolowego, ale już w poniedzialek, wspólnymi siłami, przez telefon udało się wpierw złożyć, a następnie potwierdzić zamówienie. Wszystko miało być gotowe już w piątek...
W piątek po pracy okazało się (ponownie), że kierownik alkoholi jest nieosiągalny (człowiek kończy pracę po południu), a nikt z pracowników nie był jako zorientowany, o co z tym zamówieniem chodzi... Lekko zdenerwowani rozglądalismy się po półkach, stwierdzając, że niestety, ale nie udałoby się nam skompletować zamówionej iloci tylko tym, co stoi na półkach. Po kilkunastu minutach pojawiła się jaka pani, kierownik sklepu albo ktos równie ważny - i dowiedzielismy się, że owszem - nasze zamówienie jest w magazynie, ale nie jest przygotowane do wydania, a w piątek wieczorem jest "na sklepie" tylko jeden człowiek, który mógłby wejsć do magazynu - niestety jest on z działu "kosmetyki", więc najwyraźniej nie da sobie rady... Nie wiem, jakie trzeba mieć kwalifikacje, aby odróżnić wino białe od czerwonego, ale najwyraźniej jet to jaka wiedza tajemna. A ponieważ towar został złożony na wysoko umiejscowionej palecie, to ja sam również nie mogłem się po niego pofatygować.
W związku z powyzszym, następnego dnia rankiem, nawet jeszcze przed sniadaniem, poszlismy po raz kolejny do hiermarketu. Od progu - pierwszy sukces, jest kierownik alkoholi. I szybkie sprowadzenie na ziemię - on nic nie wie o żadnym zamówieniu!
No, ale miał chłop serce, poszedł, poszukał...i wrócił z informację, że wino jest, ale wódki nie ma. No kurde, wczoraj była, a dzis nie ma!?
Zaczelismy sie rozglądać za wódką na półkach - poszukiwalismy konkretnie pólitrowych flaszek "Smirnoffa". I tu kolejne rozczarowanie - prawie nie ma wódki w półlitrowych butelkach. Prawie, bo była tylko jednej marki. "Smirnoff". I to w iloci wręcz przytłaczającej, gdy porównać do zapasów innych trunków. Podejrzewam, że pan kierownik, który nie miał pojęcia o zamówieniu (a wszyscy zapewniali, że mu przekażą, zresztą kto musiał złożyć to zamówienie) wyłożył "naszą" wódkę na półkę...
Leclerc - przepływ informacji macie do kitu!

niedziela, 21 czerwca 2009

Jak E.Leclerc rabaty przyznaje

Sprytnie.

Gdy tylko niedaleko nas miał się otworzyć super-hiper market E.Leclerc, rozpoczęta została akcja wydawania chętnym kart "Sum" - czyli takich kart programu lojalnociowego, dzięki którym z każdymi kolejnymi zakupami gromadzi się jakies srodki na tej karcie, a potem można nimi zapłacić za zakupy. Jakos tak się stało, że też bylismy chętni, więc kartę mamy. Notabene - miała mieć na wstępie przyznane 10 PLN, ale jakos super-hiper market zapomniał nam je przyznać... reklamacja zgłoszona.

Niedawno w skrzynce znaleźlismy list, który dziękował nam za posiadanie karty, używanie jej i przesyłał 4 kupony rabatowe - na 10, 15, 20 i 30 procent rabatu, przez kolejne 4 tygodnie. Warunkiem wykorzystania danego rabatu jest użycie poprzednich, czyli rabat 30% dostanę jedynie za trzy tygodnie, o ile w poprzednich tygodniach wykorzystam rabaty 10, 15 i 20. Znowu - skuszeni rabatami poszlismy na zakupy. Zapłacilismy. Kupon został złożony w kasie. W domu - konsternacja. Pani w kasie wzięła kupon, ale rabatu nie przyznała. Więc znowu - butki, kurteczka i do sklepu, aby rzecz wyjasnic.

I co się okazało? Że i owszem, 10% wartosci zakupów się pojawiło, ale...na naszej karcie "Sum". Czyli niejako dostałem rabat, ale muszę go wykorzystać w przyszłosci w E.Leclerc.

Ja jakos inaczej rozumiem słowo "rabat", a Wy?
 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com