sobota, 30 października 2010
Moje nowe blogi…
wtorek, 25 maja 2010
Jestem na pTAK!
Chciałbym móc zacząć tę notkę słowami reklamy “pamiętam bardzo dobrze, kiedy dostałem…” – ale nie pamiętam. Nie pamiętam, czy miałem lat kilka, czy kilkanaście, gdy dostałem od mojego Wujka ilustrowany atlas “Ptaki Europy”. W tej niewielkiej rozmiarami książce znajdowały się kolorowe rysunki wraz z opisami wielu gatunków (niewykluczone, że faktycznie wszystkich) ptaków europejskich.
To było to – nauczyłem się zauważać ptaki, starałem się nauczyć je rozróżniać, interesować ich życiem. A był to mniej więcej okres, gdy do miasta zaczęły napływać ptaki wcześniej w nim nieznane. We Wrzeszczu pierwsze gniazda zaczęły wić sroki (tak – moi Czytelnicy z Trójmiasta mogą przecierać oczy ze zdziwienia, ale kiedyś sroka w mieście nie była widoczna na każdym kroku), potem pojawiły się kawki, zniknęły gdzieś wróbelki (które teraz powoli powracają), wesoło ćwierkały sikorki. A nad wszystkimi tymi stworzeniami unosiły się stada gołębi (zwłaszcza jedno, z pobliskiego gołębnika) oraz rozwrzeszczanych mew.
Jakiś czas temu, idąc rano do pracy, na przystanku autobusowym zauważyłem plakat, który przykuł moją uwagę. Młoda kobieta, siedząca w kucki na poręczy fotela, bawiła się perłami – a podpis obok głosił “Sroka też człowiek”.
Tu mnie mieli, bo krukowate wprost uwielbiam.
Plakat reklamował Ogólnopolską Kampanię Wiedzy i Edukacji Przyrodniczej “pTAK!” – szalenie ciekawą inicjatywę, mającą zwrócić uwagę nas wszystkich na świat obok nas, na świat ptaków. Owszem, pewnie większość z nas ma świadomość istnienia ptaków, takich właśnie jak gołębie (zwłaszcza, gdy zaparkujemy nie pod tym gzymsem co trzeba) albo mew (gdy tak tupią i tupią…człowieku, jak one tupią!), ale czy zdajemy sobie sprawę, że ptaki też mają swoje życie – wypełnione pracą, przeciwnościami dnia codziennego, ale także namiętnościami i pasją?
W akcji będzie mowa o problemach ptaków, które – nie ma co ukrywać – najczęściej mają swój początek w nas, ludziach. Ale skoro my początkujemy te problemy, równie dobrze możemy znaleźć ich rozwiązanie. Dzięki kampanii “pTAK!” ludziom takim, jak my, zostanie przekazana rzetelna wiedza, także poprzez zabawę. Nie ma co ukrywać, że celem nadrzędnym jest obudzenie świadomości ekologicznej w ludziach, którzy zdają się nie dostrzegać, jak wiele wspólnego mamy z ptakami… A poznając ptaki, z ich problemami i radościami, będziemy mogli dowiedzieć się, jak dbać o całą otaczającą nas przyrodę, a nie tylko jej skrzydlatą część.
Tak więc zachęcam Was wszystkich do zajrzenia na stronę kampanii i głośne powiedzenie “Jestem na pTAK!” – ja tylko czekam, aż dostępne będą bannery, żeby umieścić je w swoim blogu w polecanych akcjach. Zwracam Waszą uwagę na Klub Ptaków Polskich, a więc pomysł zrzeszenia wszystkich tych, którzy mają nazwisko pochodzące od jakiegoś ptaka (choć nie tylko ich, spokojnie – przyjęty zostanie każdy ptasi przyjaciel…) – a we wrześniu będzie możliwość uczestniczenia w Zlocie Ptaków Polskich.
A jak najszybciej pokazać, że jesteśmy na pTAK?
- Zaglądając na stronę www.jestemnaptak.pl i poznając cele kampanii.
- Dowiadując się jak najwięcej o ptakach (z sieci, od znajomych).
- Zmieniając swój ogród w Ogród na pTAK! – czyli miejsce przyjazne przyrodzie.
- A następnie robiąc wszystkie inne małe kroki, poprawiające nasze współżycie z przyrodą:)
To jak – jesteście na pTAK?
piątek, 30 kwietnia 2010
Dobry program do fakturowania i nie tylko – inFakt.pl
Przeglądając ostatnio możliwe kampanie reklamowe na platformie blogvertising.pl zauważyłem jedną dotyczącą serwisu umożliwiającego wystawianie faktur VAT – inFakt.pl. Z racji wykształcenia (finansowe) i doświadczenia zawodowego (ponad dwa lata w rewizji) stwierdziłem, że mógłbym obiektywnie rzucić okiem na ten serwis.
Co też niniejszym czynię.
InFakt.pl to internetowy program do fakturowania. Zasada jest prosta – program działa, jak to się obecnie mówi, w chmurze, czyli wszelkie dane przechowywane są poza naszym komputerem, dostępne on-line z dowolnego miejsca na świecie. Jest to rozwiązanie idące z duchem czasu – dziś w chmurze trzymamy maile, zdjęcia, dokumenty, dlaczego więc nie przechowywać tak ewidencji księgowej?
Aby skorzystać z programu inFakt.pl należy wpierw przejść nieskomplikowaną rejestrację: mail, nazwa użytkownika i hasło to wszystko, czego się od nas wymaga. Oczywiście, aby móc w pełni korzystać z programu, konieczne jest podanie danych o naszej działalności gospodarczej – firma, NIP, adres: to wszystko są dane, które zostaną wykorzystane przy wystawianiu faktur.
Po zalogowaniu naszym oczom ukazuje się następujący ekran:
Czerwonymi prostokątami zaznaczyłem najważniejsze funkcje. Na ekranie początkowym mamy możliwość dokonania szybkiego przeglądu faktur zapłaconych, do zapłaty czy zaległych. Menu u góry dotyczy w całości strony przychodowej naszej firmy – to dzięki zamieszczonym tam linkom możemy przechodzić do sekcji dotyczących danych klientów czy oferowanego przez nas asortymentu. Możemy też łatwo i szybko dodać nową fakturę, za pomocą przycisku znajdującego się po prawej stronie. Przycisk taki pojawia się w każdej sekcji i pozwala na szybkie dodanie towaru, kontrahenta itp.
Dodatkowo w części poświęconej fakturom możemy szybko określić, jaki rodzaj dokumentu wprowadzamy. Proste menu po prawej pozwala między innymi na wystawianie faktury proforma czy faktury korygującej. Tworzenie faktury jest proste i zajmuje mało czasu. Wystarczy wybrać z rozwijanej listy klienta (albo stworzyć nowego – niemniej lepiej mieć już jakąś bazę), określić kluczowe daty faktury (wystawienia, sprzedaży, zapłaty), sprzedawany produkt (program będzie sugerować na podstawie wpisów w bazie produktów) i formę płatności. W przypadku płatności częściowych dokonanych wcześniej – możliwe jest rozliczenie faktury z już zapłaconymi kwotami. Faktura jest tworzona według wybranego przez nas wcześniej szablonu, może zawierać nasze logo czy podpis. Do tego opcje przypominania o zapłacie czy wysyłania podziękowań dla klientów – to już prawie kompletny program do fakturowania.
Krótkie podsumowanie w prawym, górnym rogu ekranu pozwala nam na przemieszczanie się pomiędzy częścią dotyczącą przychodów i kosztów.
I znowu u góry ekranu dostępne jest proste menu, pozwalające przemieszczać się pomiędzy odpowiednimi sekcjami. Tym razem można definiować sprzedawców, kupowane dobra i usługi czy rozliczyć (tylko jako środek trwały) firmowy samochód. Można też (zakładka “Koszty”) podejrzeć uproszczone zestawienie kosztów dla zadanego okresu. Z kolei menu po prawej pozwala na szybkie dodawanie kosztów w podstawowych kategoriach. Podobnie jak w przypadku przychodów, tak i tu mamy do czynienia z szybkim i intuicyjnym wprowadzaniem kosztów wedle dokumentów źródłowych.
Dlaczego warto wprowadzać koszty? To pokazuje nam ostatnia z zakładek (po “Przychodach” i “Kosztach”) - “Raporty”. Gdy przejdziemy do tej sekcji okaże się, że inFakt.pl to nie tylko internetowy program do wystawiania faktur, ale mały system finansowo – księgowy.
Na powyższym zrzucie ekranu widać, że inFakt.pl umożliwia uzyskanie danych do rozliczenia księgi przychodów i rozchodów, deklaracji podatkowych czy do ZUS (tworzenie plików xml dla programu Płatnik), a także rejestrów sprzedaży i zakupu VAT. Czyli w praktyce tego wszystkiego, co małej firmie lub osobie fizycznej prowadzącej działalność gospodarczą jest potrzebne. Rewelacja.
Jak wygląda kwestia odpłatności inFakt.pl? Równie korzystnie co zestawienie przedstawionych powyżej funkcji. Za darmo mamy możliwość wystawienia do trzech faktur w miesiącu. Wystawienie do dwudziestu pięciu faktur miesięcznie to wydatek 49 zł rocznie. Ceny następnych pakietów rosną stopniowo, wraz z liczbą dostępnych faktur. Najdroższy pakiet, 199 zł rocznie, pozwala na wystawienie trzech tysięcy faktur miesięcznie, co jest ilością wystarczającą dla średniej wielkości przedsiębiorstwa handlowego. W ramach każdego z pakietów mamy nielimitowaną ilość faktur kosztowych czy klientów. Jeżeli porównamy to z kosztami prowadzenia księgowości przez biuro rachunkowe, to inFakt.pl okazuje się być atrakcyjną alternatywą – tym bardziej, że do jego obsługi nie są potrzebne umiejętności zawodowego księgowego.
To teraz pora na ocenę. Program do faktur inFakt.pl to znakomity system dla osób fizycznych, prowadzących działalność gospodarczą, jak też małych i średnich podmiotów, niezobligowanych do prowadzenia pełnej rachunkowości. Darmowy plan jest wystarczający np. dla freelancera, obsługującego niewielką liczbę klientów. Ale nawet najdroższy z pakietów, o dość sporych możliwościach, wypada korzystnie w porównaniu z ofertą dowolnego biura księgowego. Łatwość prowadzenia księgowości i dostępność z dowolnego komputera czynią z inFakt.pl narzędzie na miarę XXI wieku. Oczywiście – kilka rzeczy można dodać (jak choćby rozliczanie prywatnego samochodu czy tabele amortyzacyjne), niemniej już w tej chwili nie wahałbym się przed nazwaniem inFakt.pl pełnoprawnym, choć uproszczonym systemem księgowym. Jako osoba mająca do czynienia z rachunkowością sporo – polecam inFakt.pl tym, którzy szukają taniego i łatwego sposobu do prowadzenia małej księgowości.
wtorek, 2 lutego 2010
52ksiazki.pl
Dzięki wpisowi na blogu Pawła “Fanatyka” Lipca poznałem ciekawą akcję społeczną pod nazwą “52 książki”. Ponieważ akcja warta jest rozpropagowania, pozwalam sobie skrobnąć o niej słów kilka
Pomysł został zapożyczony z podobnej akcji przeprowadzonej za granicą. Kanadyjski bloger, Julien Smith, pochwalił się, że w 2009 udało mu się przeczytać jedną książkę tygodniowo – i w bieżącym roku postanawia dokonać tego samego. Podstawową motywacją dla tego czynu był fakt, że świadomość pochłonięcia takiej ilości literatury jest niesamowicie radosnym odczuciem. Dodatkowo daje szerszy pogląd na świat, pozwala poznać nowe idee – ale przede wszystkim: jest super.
Dlaczego akurat 52 – czyli jedną tygodniowo? Julien twierdzi, że ustawienie sobie takiego dużego, nierealnego wręcz celu, pomimo że na początku przerazi, z czasem zmotywuje do czytania. Nie wiem, na ile ma się takie podejście do zasady SMART przy wyznaczaniu celów, ale widać u niego podziałało:) Przeciętnie jego książki miały 250 – 300 stron, co daje około 40 stron dziennie. Czyli, jeśli dobrze liczę, mniej więcej godzina dziennie. Tę godzinę można znaleźć przy odrobinie dobrej woli – w autobusie, pociągu, na przerwie, przed snem… Cała Polska czyta sobie – godzinę dziennie. Proste?
Oczywiście – czasem nie uda nam się skończyć książki w tydzień. Ale w takiej sytuacji Julien zaleca małe oszustwo – chwyćmy jakąś cienką książkę i przeczytajmy ją tak, aby statystyce stało się zadość. No i to jest coś, co niekoniecznie mi się podoba, bo odchodzimy tu od czytania dla przyjemności obcowania z literaturą, a robimy z tego jakiś konkurs.
Ale takie prawo pomysłodawcy, aby ustalać takie reguły. A naszym prawem jest te reguły omijać:)
W Polsce pomysł podchwycił Przemysław Komorowski i założył stronę 52ksiazki.pl – na której informuje o całej akcji. Trzymam kciuki za powodzenie, bo propagowanie czytelnictwa wśród Polaków jest rzeczą ważną. A jeśli przy okazji uda się ich odciągnąć od “M jak miłość”…rozmarzyłem się.
Jedyne, co do mnie nie trafia, to ten pęd ku statystykom – dlatego na własne potrzeby zmieniłbym to: na liczbę przeczytanych stron, albo ilość książek w miesiącu. Bo przy tempie jednej książki tygodniowo nigdy nie poznałbym “Lodu” Dukaja, który przeczytałem w minionym roku (1000 stron). Dlatego jeśli widzimy, że nie przeczytamy książki przed poniedziałkiem, to nic nie szkodzi – czytajmy dalej. Ale najważniejsze – nie przestawajmy. I miejmy już gotową następną lekturę, gdy zobaczymy biel ostatniej strony.
Ale na stronie 52ksiazki.pl jest jedne dobry patent – 50 stron. Jeśli książka przez 50 stron (czyli przez pierwszą godzinę) Was nie porwie – odłóżcie ją. Łatwo to sprawdzić – jeśli zaczynacie czytać i czujecie, że minęła już godzina, to chyba lepiej odłożyć książkę na półkę. Może to nie jest pozycja dla Was, a może jeszcze musi poczekać na swoją kolej (u mnie tak czekał Lem, do którego właśnie siadam). Jest to świetna zasada niekończenia, o której wspominał Ferris w “Czterogodzinnym tygodniu pracy” (polecam) – nauczmy się odkładać niedokończone te z naszych działań, które nic nam nie dają.
52ksiazki.pl są na tyle liberalne, ze dopuszczają każdy rodzaj książki: papierową, e-booka, m-booka, podręcznik, poradnik, beletrystykę. Dlatego chciałbym Was zachęcić do czegoś, co sam odkryłem niedawno – czytania kilku książek równolegle. W autobusie np. m-booka na komórce, wieczorem papierową cegłę do poduszki. To zdaje egzamin! Może każdą książkę czyta się przez to nieco wolniej, ale – jeśli czytamy np. jakiś podręcznik, który może nie mieć porywajacych fragmentów – pozwala nam to na oderwanie się od jednej lektury i zanurzenie się w inną, dla umysłowego relaksu.
To jak – zachęciłem Was do czytania? Jakie cele sobie wyznaczacie na 2010 rok? Książka tygodniowo? Miesięcznie? 10.000 stron rocznie? Same nowości czy może wrócicie do czegoś po latach. Co już przeczytaliście, co zamierzacie? Ja postanowiłem spisywać tytuły książek, które czytam – i na koniec roku opublikuję zestawienie. Zobaczymy, ile tego wyszło. Na dziś mój wynik wygląda następująco:
- “Życie erotyczne wielkich dyktatorów” N. Cawthorne (zacząłem w 2009)
- “Dylematy historii…” P. Wieczorkiewicza (zacząłem w 2009)
- “Życie erotyczne papieży” A. Rodana
- “Koniec człowieka” F. Fukuyamy
- “Dziennik czasu plagi” A. Ziemiańskiego
Obecnie czytam “Opowieści o plocie Pirxie” Lema (papier) oraz “Perfekcyjną niedoskonałość” Dukaja (m-book). No i wieczorami “Biblię Excela 2007”. A na horyzoncie już są “Następne 100 lat” Friedmana, “Buszujący w zbożu” Salingera, “Młody, bogaty rentier” Kiyosakiego i “Książę” Machiavellego… A jeśli motywują Was opowieści innych o tym, co przeczytali, to zachęcam do obserwowania tagu #52ksiazki na Blipie.
To teraz – książki w dłoń!
Foto: Flickr.com, autor: Dawn Endico, zdjęcie na licencji CC BY-SA 2.0
wtorek, 5 stycznia 2010
Ciekawe strony – nowdothis.com
Każdy z nas – prędzej czy później – staje przed problemem: co robić, gdy jest dużo do zrobienia? W jaki sposób można ogarnąć ogrom zadań, jakie na nas czekają?
Na szczęście – systemy takie jak GTD (który staram się wprowadzić w swoim życiu), jak również masa narzędzi (komputerowych i nie, sieciowych i offline’owych) zawsze są gotowe, aby ogarnąć nasze zadania i pomóc nam je zrealizować. Wszystkie te super bajery mają tylko jedną wadę – starają się być kompletne, a przez to są skomplikowane. Oczywiście, można się w nich połapać, ale czasem potrzebujemy prostej kartki papieru, na której wynotujemy sobie listę spraw “to do” i będziemy po kolei odkreślać to, co za nami. A ponieważ żyjemy w XXI wieku, to i kartka nie musi być z papieru.
Polecam Wam stronę nowdothis.com – znajduje się tam niesamowicie prosty system, którego wszystkie funkcje można sprowadzić do dwóch punktów:
- wypisz swoje zadania,
- odkreśl zadania zrealizowane.
Proste? Jak konstrukcja cepa. Nie można napisać nic więcej. Zadania są wyświetlane na ekranie w takiej kolejności, w jakiej je wpisaliśmy – gdy klikniemy przycisk z napisem “Zrobione”, przechodzimy do następnego. Od jakiegoś czasu można tworzyć w ramach NowDoThis także listy. Aby to uczynić, jeden z elementów listy (który będzie nazwą listy) poprzedzamy znakiem “@” – a pod nim już poszczególne zadania. W praktyce lista może wyglądać tak:
Potem klikamy na “zapisz” i…zaczynamy pracę.
Proste? Niesamowicie. Przydatne? A czemu nie?:)
A dodatkowo polecam Wam tę stronę, bo kiedyś ją przetłumaczyłem z angielskiego na polski. Co zresztą możecie zobaczyć, jeśli klikniecie na link “Pomoc” pod listą. Więc to taki mały lans…:)
piątek, 18 grudnia 2009
iMiejsca.pl – serwis z przyszłością
Zgłosiła się do mnie Agnieszka Kminikowska z Enter PR – z prośbą o recenzję na moim blogu serwisu iMiejsca.pl. Posprawdzałem serwis, pobawiłem się nim nieco, następnie spytałem Agnieszkę, czy z pewnością chce, abym opublikował to, co zauważyłem. Ponieważ dostałem swobodę wyrażania swoich poglądów w tej kwestii, oto moja recenzja.
Serwis iMiejsca.pl to nowe narzędzie, które – w zamyśle - pomoże Wam znaleźć miejsce godne uwagi. Bez względu na to, jaką formę rozrywki preferujecie – jedzenie, kino, turystyka, sport, impreza – znajdziecie tu coś dla siebie. Brakuje nieco teatrów, oper, ale są muzea (to tam, gdzie turystyka), więc nie jest źle. Serwis działa na zasadzie wiki – każdy może dodawać treść, edytować to, co już się w serwisie znajduje, mówiąc krótko – współtworzyć serwis.
Tyle teorii. A teraz jak to wygląda w praktyce (uprzedzam, że sprawdzałem to tylko dla Gdańska).
Po wejściu na stronę iMiejsca.pl naszym oczom ukazuje się prosty i intuicyjny panel:
Na środku – mapa od Google. U góry – możliwość wyboru tej formy rozrywki, która nam odpowiada. Po lewej – garść sugestii oraz kalendarz, dzięki któremu możemy znaleźć imprezy czy seanse w konkretnym dniu, w konkretnym miejscu. Mamy także iNotes, dzięki któremu możemy wynotować przeglądane miejsca, jeśli nas zainteresują. Ów iNotes jest niesamowicie przydatnym narzędziem, bo gdy wybierzemy multum miejsc, możemy nasze notatki wysłać mailem i na spokojnie uzgodnić ze znajomymi, co robimy wieczorem.
Przy wyborze (z górnego menu) jakiejś formy rozrywki możemy zaznaczyć, czy chcemy na mapie zobaczyć konkretne miejsce, rodzaj miejsca (baseny, restauracje wegetariańskie itp), a także – co w przypadku Gdańska jakoś nie było dostępne – kupić bilet na imprezę.
Wszystko jasne? To zobaczmy, jak wygląda dodawanie miejsca. Klikamy “nowe miejsce” i pojawia nam się taki obrazek:
Po lewej stronie mamy małą mapkę, na której zaznaczamy miejsce. W formularzach dodajemy dane dotyczące danej lokalizacji – nazwa, adres, na następnej stronie (której tu nie zamieściłem z lenistwa:) adres internetowy czy uwagi dotyczące cen, krótką opinię. Potem już tylko jeden klik i miejsce dodane.
Prawda, że proste?
Niestety, serwis jest nadal w fazie rozwojowej, przez co znalazłem kilka niedoróbek. Przekazałem moje uwagi Agnieszce, która obiecała, że zajmą się tym najszybciej, jak się da. A oto moje uwagi – abyście wiedzieli, na co uważać:
- serwis umieszcza znaczniki na podstawie podanego adresu, co skutkuje czasem błędami w umiejscowieniu – np. gdański Żak znajduje się w centrum Wrzeszcza, a nie koło SKM Zaspa,
- niektóre dane – co jest naturalne w serwisie tworzonym przez internautów – są nieaktualne, a czasem błędne. Nie ma już menu.pl, jest Manekin. No i zastanawiam się, czy w Gdańsku Głównym jest jeszcze Puss&Rose (dawno tam nie byłem), wie ktoś może?
- gdy dodamy jakieś miejsce, nie pojawia się ono natychmiast na mapie – musi być zweryfikowane przez administratorów,
- w przypadku edycji miejsca – nie można przesunąć znacznika, można jedynie zmienić adres, nieco to uciążliwe i utrudnia edycję…
Jest jeszcze kilka niedogodności w samej obsłudze, ale – jeśli dobrze zrozumiałem – zostaną one wyeliminowane. Są to jednak drobiazgi, do tego mocno sugestywne – np. wolałbym nie szukać miejsca do umieszczenia znacznika na małej mapce, gdy znalazłem je na dużej.
I tu dochodzimy do sedna recenzji, czyli oceny.
Pomimo wymienionych powyżej niedoróbek uważam, że iMiejsca.pl to serwis z potencjałem. Jeśli to wszystko, co mi przeszkadzało, zostanie poprawione, z chęcią rzucę się w wir dodawania miejsc na mapie. I wierzę, że także inni będą dodawać miejsca – będzie to o tyle proste, że edycja nie wymaga logowania, a utworzenie pozycji zajmuje około minuty (o ile znamy podstawowe dane).
W ten sposób za jakiś czas możemy mieć do dyspozycji bardzo funkcjonalną stronę, prostą w obsłudze, z ważnymi informacjami, dzięki której będziemy mogli zaplanować swój relaks w dowolnym miejscu. Zachęcam Was do przyjrzenia się serwisowi iMiejsca.pl – warto.
sobota, 5 grudnia 2009
Jak unikać dawania (i otrzymywania) niechcianych prezentów?
Zbliżają się święta – czas spotkań z najbliższymi, radość, cudownej atmosfery oraz – prezentów!
Podejrzewam, że przynajmniej raz w roku macie ten problem – co wręczyć w prezencie? O czym marzy ta duga osoba? Czym sprawić jej największą radość?
Opcje są trzy:
- podpytać kogoś, kto lepiej od nas zna prezentobiorcę,
- spytać obdarowywanego wprost – co chce dostać?
- kupić coś w ciemno.
Każda z powyższych opcji ma swoje wady. Jeśli podpytamy osobę trecią, nie mamy pewności, że zna ona prezentobiorcę na tyle dobrze – a poza tym ryzykujemy, że nasz mały sekret, związany z prezentem, przestanie być naszym małym sekretem. Jeśli spytamy daną osobę wprost, to element zaskoczenia szlag trafia. Z niespodzianki nici. Na dodatek stawiamy osobę w dość kłopotliwym położeniu – jeszcze się biedactwo zestresuje i poda nam coś pierwszego z brzegu… Z kolei kupowanie w ciemno ma bardzo małe szanse, aby trafić w 100% w najskrytsze pragnienia obdarowywanego. No i może się skończyć na prezencie uniwersalnym.
Co też przyniósł mi Mikołaj…
A gdybyśmy mogli w jakimś ogólnodostępnym miejscu zgromadzić listy tego, o czym marzymy – a nasi znajomi mogliby tylko z tych list wybierać te marzenia, które są w stanie spełnić?
Z takiego założenia wyszli twórcy internetowej listy życzeń, kryjącej się pod wymownym adresem chce.to – świetnego polskiego narzędzia do publikacji naszych pragnień.
Na liście można umieszczać przedmioty (i nie tylko), które chcielibyśmy dostać. Umieszczamy też listę okazji (wraz z datami), w ktore można nas zaskoczyć prezentem. Proste, prawda? Przedmioty można dodawać z poziomu przeglądanej strony internetowej (np. Empiku albo Allegro) za pomocą sprytnej skryptozakładki (działa w każdej przeglądarce). Przedmioty można tagować i grupować na podlisty.
Niby tak niewiele, ale wbrew pozorom – to wystarczy. Ja osobiście używam chce.to do zaznaczania, że coś bym chciał dostać (albo kupić) w bliżej nieokreślonej przyszłości. Już nie muszę zapisywać tego w notatniku czy tabelce Excela. Mam chce.to – i często tam zaglądam, aby coś dodać. Taki ze mnie zwolennik konsumpcyjnego trybu życia;)
Zachęcam was serdecznie do założenia sobie własnych list życzeń w sieci (np. na chce.to) – wasi prezentodawcy już nigdy nie będą mieli kłopotu przy obdarowywaniu Was. Wy też nie będziecie musieli się nagle zastanawiać – bo jeśli w połowie drogi między urodzinami i świętami przyjdzie Wam do głowy, że chcielibyście trzecią cześć gry Sims albo milion dolarów, to już nie będziecie musieli zapisywać tego na żółtej karteczce. Wrzucacie do sieci – a ona za Was pamięta. I podpowiada innym, co jest Waszym marzeniem.
A co Wy sądzicie o tego typu aplikacjach?
PS: małe wyznanie – klikając w podane przeze mnie linki, sprawicie, że będę miał więcej punktów w konkursie chce.to. Więc klikajcie, a mi będzie bardzo miło;) Ten tekst nie jest żadną reklamą – ja serio lubię ten serwis.
Foto: Flickr, Autor: jerdlngr
piątek, 27 listopada 2009
Ciekawe strony – flygradar.nu
Postanowiłem polecać Wam tu od czasu do czasu ciekawe strony, na które można natknąć się w sieci. Być może już je znacie – w końcu ja ich sam nie wygrzebałem, tylko trafiłem na nie dzięki takim wynalazkom jak Wykop, Lifehacker czy MakeUseOf. Wam też polecam zaglądać na te strony, bo czasem można wygrzebać bardzo przydatne miejsca w sieci.
Na pierwszy ogień idzie strona w nieznanym mi języku skandynawskim – nie przeszkadza mi to jednak zaglądać na nią za każdym razem, kiedy mam wolną chwilkę. A co mogłoby mnie tak pochłaniać, jeśli nie to, co mnie kręci? Czyli latanie…
Oto strona flygradar.nu – na której znajduje się coś genialnie prostego: dane z radarów lotniczych w Skandynawii. Same dane byłyby niczym, ot, masa literek i cyferek, ale wystarczy kliknąć odpowiednią zakładkę i…wyskakuje nam mapa og Wujka Google, na której zaznaczono W CZASIE RZECZYWISTYM wszystkie samoloty nad Skandynawią oraz całkiem sporym kawałkiem Polski. Aktualizacja co 5 sekund pozwala nam się cieszyć obrazem nieba nad naszymi głowami na żywo. Ale to nie koniec zabawy – po kliknięciu na symbol danego samolotu otrzymujemy niesamowite dane – z radarów, jak mogliście się domyślić. Tak więc mamy do dyspozycji takie dane jak: przewoźnik, wysokość, prędkość, port początkowy i końcowy (oraz ewentualne międzylądowania), model samolotu, a czasem nawet zdjęcie (danego modelu w barwach konkretnego przewoźnika). Strona wykreśli nam także trasę przelotu – co samo w sobie może nie jest szałowe, ale jeśli uda nam się namierzyć samolot tuż koło portu docelowego, to zobaczymy dość wyraźnie ścieżkę podchodzenia do lądowania. Czy można chcieć czegoś więcej, jeśli jest się fanem samolotów? Nie sadzę.
Tak to wygląda na zdjęciu (które nie jest nawet w połowie tak fajne, jak strona na żywo).
Wszystkie dane o locie FIN3682
Od dziś nic Was nie zaskoczy – jeśli tylko zobaczycie nad swoimi głowami białą smugę z połyskującym punkcikiem na początku, to szybko zajrzyjcie do sieci, aby dowiedzieć się, skąd są i dokąd zmierzają ludzie kilka kilometrów nad Waszymi głowami.
Znacie inne strony tego typu? Może gdzieś można monitorować ruch w innych zakątkach naszej planety? Jest strona, na której prezentowane są aktualne pozycje statków na świecie. Ale czym są statki w porównaniu z samolotami…?
A może po prostu znacie inną stronę wartą polecenia? W takim wypadku zapraszam do komentowania. Oczywiście można też skorzystać z Blipa, Facebooka czy maila.
PS: jeszcze pytanie do osób znających Warszawę – czy ktoś może mi wyjaśnić: co to jest i co to robi w środku miasta?