Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 lipca 2010

Shrek Forever – and never again

Byłem, widziałem. Ponoć to ostatni film z tej serii. Narzeczona przezornie dodaje “w tym roku”, ale faktycznie – jeśli historia będzie dalej szła w tę stronę, to więcej się z zielonego ogra nie wyciśnie.

Pamiętacie, jakim szokiem był pierwszy “Shrek”? Kiedy poszliśmy do kina na bajkę, a trafiliśmy na ostrą parodię, przeznaczoną dla dorosłych? To była jazda! Te aluzje, odwołania, żarty z podwójnym dnem. No i rewelacyjna polska wersja językowa, ze Stuhrem kradnącym cały show. Świat zwariował na punkcie zielonego stwora i nie było w tym nic dziwnego. Potem przyszła dość dobra część druga i trzecia, też nie od macochy. Owszem, to już nie była ta świeżość, ale to nadal były świetne żarty, rozrywka dla młodych i starych – no i genialny dubbing.

Dziś możemy oglądać część czwartą. Shrek ma dość nudnego życia na łonie rodziny i z pewnym kurduplowatym czarnoksiężnikiem podpisuje pakt – jeden dzień z jego przeszłości w zamian za jeden dzień starego, dobrego życia ogra – odludka. Niewyrośnięty mag bierze dzień narodzin ogra, w związku z czym tworzy się pewien paradoks – Shrek nigdy się nie narodził, a więc gdy skończy się doba, nie będzie miał do czego wracać. Musi więc naprawić to co popsuł – najlepiej z pomocą sprawdzonych przyjaciół. Ale jak ich do siebie przekonać, skoro oni ni mogą znać kogoś, kto nie istnieje?

Całkiem niezły punkt wyjścia, prawda? Zwłaszcza dla antybajki, jaką były filmu o ogrze. Piszę “były”, bo to, co dostajemy tym razem to typowy, disnejowski lukier. Bohater w kłopotach, walka o swoje, wielka miłość i – no chyba nie spodziewacie się niczego innego – szczęśliwe zakończenie. Jakaś przewrotność? Zapomnijcie. Złamanie schematu? Nic z tego. Wysublimowane żarty z drugim dnem? Ani jednego. To może genialne tłumaczenie z nawiązaniami do polskich realiów? Cóż, najwyraźniej krajowa ekipa odpowiedzialna za czwartą część też stwierdziła “robimy cokolwiek, bo i tak tłumy przyjdą”.

OK, przesadzam, na upartego można się dopatrzyć jednego odwołania do polskich realiów. Ale słabego.

Trochę to smutne, że zamiast z wielkimi fajerwerkami i zaskakującym zakończeniem, przychodzi nam się żegnać (ale czy rzeczywiście pożegnać?) ze Shrekiem, Osłem, Fioną, Kotem, Ciastkiem i resztą ferajny w tak oklepany sposób. A mogło być tak pięknie.

Poniżej tradycyjnie – zwiastun.

Aha, gdybyście dali się skusić na wersję 3D – szału nie ma. Filmy trójwymiarowe najlepsze są na ekranach sferycznych. Ale tak to już chyba będzie, że większość filmów będzie w 3D, a kina pozostaną 2D.

sobota, 19 czerwca 2010

“Drużyna A” – bajka tysiąca efektów specjalnych

Każdy, kto dorastał w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku (jak to brzmi…), z pewnością kojarzy serial o grupie najemników, byłych żołnierzy, skazanych przez sąd wojskowy za przestępstwo, którego nie popełnili. A nawet, jeśli jakimś cudem nie przypomina sobie tej kultowej już produkcji telewizyjnej, to musi (absolutnie MUSI) rozpoznać choć fragment melodii użytej w czołówce:

Plotki o tym, że “Drużyna A” zostanie przeniesiona na ekran kinowy to podobno jeden z najstarszych internetowych żartów. Ten żart w 2010 roku stał się faktem. Wasz ulubiony bloger wybrał się do gdańskiego kina “Krewetka” (środy z Orange rządzą), aby przy chrupaniu popcornu i siorbaniu coli obejrzeć to arcydzieło.

Tu uwaga – w dziecięctwie swym nie byłem jakimś wielkim fanem “Drużyna A”. Jeżeli wszystkiego obejrzałem dwa czy trzy odcinki, to maks – a i tak ich nie pamiętam. Po prostu wolałem MacGyvera (a dziś, po latach, mam nawet taki scyzoryk, jak on).

Cóż można powiedzieć o takim filmie? Jeśli spodziewacie się niespodziewanych zwrotów akcji, drugiego dna, głębokiego rysu psychologicznego postaci czy zaskakującego zakończenia – to chyba nie uważaliście od początku tej notki. Nie lubię umieszczać podsumowań w środku, więc nadmienię tylko, że “Drużyna A” to typowa, efektowna guma do żucia dla oczu, cudownie odrywająca letnim popołudniem zwoje mózgowe od zużywania produkowanej przez nas energii i przestawiająca je na tryb “stand by”. Z drugiej strony – ile można oglądać ambitne kino irańskie?

Pokrótce przybliżę Wam fabułę, bo konstrukcja filmu jest dość ciekawa. Tym razem nie mamy lat 70. XX wieku i Wietnamu – jest początek naszego millenium, gdzieś pośrodku Meksyku. Członkowie drużyny (jeszcze nie będącej Drużyną) dopiero się poznają – bądź to zrządzeniem losu, bądź to dzięki akcji przeciwko złemu, meksykańskiemu wojskowemu, zorganizowanej przez najlepszego eksportera demokracji. Bohaterowie się poznają, pojawia się między nimi nić sympatii, rysują się pierwsze konflikty (z cyklu tych budzących śmiech, kiedy zwariowany pilot swoim zachowaniem budzi w spadochroniarzu lęk przed lataniem). I kiedy wydaje nam się, że niesamowita ucieczka i zawiązanie akcji to jakaś jedna trzecia filmu, a jego resztę zły, meksykański wojskowy będzie ścigał naszych bohaterów – zza horyzontu wyłania się myśliwiec, a do nas dociera, że to koniec…czołówki. Magia kina przenosi nas osiem lat w przód, do Wietnamu XXI wieku. Nasi herosi wiodą sobie spokojne życie w bazie wojskowej w Iraku, od czasu do czasu wyłapując przyjaciół Saddama. Wtedy to, pragnąc pomóc własnej ojczyźnie (ten fragment filmu sponsorują złowrogie literki C, I oraz A), wplątują się w niezłą aferę, w wyniku której “wojskowy sąd skazuje ich za przestępstwo, którego nie popełnili”.

Jeśli obawiacie się, że opowiedziałem jakieś 80% filmu – spokojnie, pilnuję się. Dopiero teraz Drużyna może uciec z więzienia o zaostrzonym rygorze (każdy członek z własnego) i wyruszą na Misję (celem pomocy ojczyźnie, oczyszczenia własnego imienia i dokonania najzupełniej prywatnej zemsty). Natomiast – podobnie jak w “Casino Royal” – najbardziej charakterystyczny tekst (ten z serialowej czołówki) usłyszymy dopiero na końcu (eee…spoiler alert).

Nie będę Wam opowiadał o historii, bo jest ona równie prawdopodobna jak 460 w pełni kompetentnych posłów. Gra aktorska – jest. Efekty specjalne…tak, jakieś są. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że nawet cygaro pułkownika Smitha zostało wygenerowane komputerowo. Ale dzięki temu na ekranie co chwilę coś wybucha, strzela, spada, leci albo robi to wszystko równocześnie. Dwa słowa: scena z czołgiem. Kto to widział, ten wie i może spokojnie oczekiwać roku 2012.

Zapewne rodzi się po Waszej stronie internetów jedno pytanie – czy warto iść do kina? Przyznam szczerze, że – cytując komiks Wilq – nie masz na to odpowiedzi. Wiecie bardzo dobrze, czego można się po tym filmie spodziewać. Jeśli chcecie wyłączyć myślenie na trochę – czemu nie. Jeśli musicie je wyłączyć, a skończył Wam się prozac i ritalin – iść koniecznie. Jeśli jesteście wiernymi fanami wersji telewizyjnej – tu zalecam ostrożność. Spotkałem się z przypadkiem ostrego zdegustowania, wiec choć de gustibus, to jednak lojalnie uprzedzam.

Ja bawiłem się świetnie. I cały czas nucę wiadomą melodyjkę.

Na zakończenie tradycyjnie zwiastun.

W zwiastunie widać scenę z czołgiem, więc jeśli nie chcecie psuć sobie niespodzianki… Czy ja nie powinienem tego napisać POWYŻEJ filmu?

niedziela, 23 maja 2010

“Człowiek, który gapił się na kozy” – REWELACJA!

Wreszcie – po kilkukrotnym przekładaniu daty premiery – film o tytule dobrym dla ambitnego kina irańskiego wszedł na nasze ekrany. A ja, Wasz ulubiony bloger, wreszcie byłem, zobaczyłem…

…i świetnie się bawiłem!

Już dawno nie rechotałem w kinie tak po prostu. Przy czym nie był to rechot z cyklu “szedł gruby, poślizgnął się na skórce od banana i rypnął jak długi”. Film skrzy się od tego rodzaju humoru, który po prostu lubię – lekko zwariowanego, nieprzewidywalnego i bazującego na sytuacjach mocno prawdopodobnych (na skórce od banana nie można się poślizgnąć).

O czym właściwie jest “Człowiek, który gapił się na kozy”? To historia dziennikarza, który trafia na ślad ściśle tajnej jednostki w amerykańskim wojsku. W latach osiemdziesiątych wojsko miało szkolić nową klasę żołnierzy, wojowników Jedi, biegle władających swoimi mocami parapsychologicznymi. Wiecie – telekineza, telepatia, bilokacja, przechodzenie przez ściany i tego typu umiejętności. Nasz bohater poznaje jednego z takich żołnierzy i razem z nim wjeżdża do ogarniętego wojną Iraku.

Przy recenzowaniu “Paragrafu 22” napisałem, że wojna to szaleństwo. “Człowiek…” pokazuje, że nie tylko wojna jest szaleństwem, ale wojsko, a dokładniej US Army, to zbieranina niezłych świrów. Ludzie, którzy uwierzą w pokonanie wroga siłą miłości i całą resztą hippisowskiej ideologii. Ludzie, którzy przypuszczą szturm na stację benzynową, aby zatankować swój samochód. Wreszcie ludzie, którzy puszczają więźniom programy dla dzieci, aby ich złamać (to akurat jest prawdą – podobno nic tak nie rozwiązuje języków w Guantanamo jak “Ulica Sezamkowa” z dodatkiem zespołu Metallica).

I tę zbieraninę wariatów, w ich popisowych rolach, możemy oglądać w kinie. A w rolach wariatów aktorzy pierwszego garnituru – Kevin Spacey, Jeff Bridges czy wreszcie George Clooney. No i Evan McGregor w roli dziennikarza. Po tych panach można spodziewać się niezłej mieszanki wybuchowej – i ani cienia złego aktorstwa. Rewelacyjnie zagrał zwłaszcza Clooney – człowiek, który jeszcze dwadzieścia lat temu wyglądał jak członek Wham!, z roli na rolę pokazuje, że jest po prostu doskonałym aktorem (i jednym z tych mężczyzn, którzy z roku na rok wyglądają coraz lepiej, jak Hugh Laurie, Sean Connery czy Ali Agca). Jest bardzo przekonujący w swoim szaleństwie – choć wiemy, że nie można być wojownikiem Jedi, to gdzieś w głębi serca chcielibyśmy, aby on nim właśnie był.

Tradycyjnie, jak to w moich recenzjach filmowych – zwiastun. Tym razem chyba wszystkie sceny z trailera wykorzystano w filmie.

Czy iść na “Kozy”? Oczywiście! Pędem do kina, usiąść wygodnie i rozkoszować się dobrym, inteligentnym i zabawnym filmem. A po powrocie z kina może poszukać jakiejś kozy…

piątek, 26 marca 2010

“The Box. Pułapka” – jeśli lubisz takie klimaty…

Dzięki ^allegro, które zorganizowało na Blipie szybki konkurs, mogłem obejrzeć w gdańskim Multikinie film “The Box. Pułapka”. Na samym początku chylę czoła przed słynną polską szkołą tłumaczy filmowych. Zgaduję, że “Pudełko” nie oddawałoby grozy sytuacji, stąd dodatek w postaci “Pułapki”. Mała podpowiedź dla tłumaczy – obecnie większość ludzi wie, na co chce iść do kina, więc nie trzeba im tłumaczyć jak krowie na miedzy, co to za film. Ale w końcu “Dirty Dancing” to “Wirujący seks”, więc pewnie się czepiam bez powodu.

Film jest adaptacją opowiadania Richarda Mathesona, który największy rozgłos zyskał dzięki książce “Jestem legendą” (notabene sfilmowanej trzykrotnie, o ile dobrze kojarzę). Tamtego filmu nie widziałem, natomiast książkę mogę polecić z czystym sumieniem – kawałek świetnej prozy z dreszczykiem. Pamiętam, że przeczytałem też jeszcze jedno opowiadanie Mathesona, ale – aż wstyd – nie pamiętam jego tytułu, a próba podparcia się fabułą mogłaby zepsuć Wam ewentualną przyjemność, więc nie będę ciągnął tego wątku. Opowiadania “Button, button”, na podstawie którego powstał “The Box” nie czytałem, ale mam wielką ochotę.

Bo film, mówiąc kolokwialnie, narobił mi apetytu.

I to nie według zasady “film tak słaby, że książka musi być lepsza” – ale z chęci zestawienia niezłego kina z literackim pierwowzorem.

Pokrótce o filmie – młode małżeństwo, lata siedemdziesiąte, problemy finansowe, tajemniczy gość i oferta. Oferta bardzo podejrzana moralnie. Wystarczy wcisnąć guzik na małym pudełku, o otrzymamy milion dolarów. Milion! W 1976! Ale jest też haczyk – w tej samej chwili gdzieś, ktoś umrze. Czy można decydować o życiu kogoś, kogo nie znamy, za dużą sumę? Czy zapach zielonych uspokoi nasze sumienie? I właściwie dlaczego to nam złożono taką ofertę? Więcej zdradzać nie będę (no, może tylko to, że Bruce Willis w “Szóstym zmyśle” jest…nie, taki nie będę:)), ale z zamieszczonego poniżej trailera wywnioskujecie, że nie jest to film przepełniony filozoficznymi rozważaniami o moralności, a sprawnie zrealizowany thriller (z grubsza), gdzie nieprzygotowani bohaterowie muszą stawić czoła przerastającej ich sytuacji.

Podobała mi się w tym filmie Cameron Diaz – nie spodziewałem się, że potrafi zagrać zmęczoną, przestraszoną kobietę, z początkami zmarszczek i dylematami moralnymi. Z drugiej strony – do tej pory kojarzyłem ją tylko z jakichś lekkich komedii.

Film trzyma w napięciu, ze dwa razy udało mi się nawet podskoczyć – ale to ze względu na gwałtowność danej sceny. Od strony realizatorskiej nic nie można obrazowi zarzucić, ale to kino zza Wielkiej Wody, a rzemieślników tam mają przednich. Liczy się więc historia, a ta – w przeciwieństwie do opisywanego ostatnio “Tricku” – jest nie tylko dobra, ale i świetnie opowiedziana. Do samego końca nie możemy być pewnie, jak film się skończy, a gdzieś z tyłu głowy, nawet po wyjściu z kina, tłuc się będą pytania “ale dlaczego, jak?”. I to nie jest wynikiem pominięcia pewnych wątków, a raczej niezwykłości opowiadanej historii.

Osobiście lubię takie nierealne klimaty, zwłaszcza, jeśli mają choć cień przesłania. Dlatego na “Pułapce” bawiłem się (o ile można tak powiedzieć) dobrze, bo to ani sensacja, ani horror, ani mroczny thriller, a pewna mieszanka wszystkich wymienionych. Polecam więc wybranie się do najbliższego kina, jeśli macie ochotę na niezłą rozrywkę z dreszczykiem. Dla rzetelności jednak muszę nadmienić, że mojej Narzeczonej film się nie podobał.

De gustibus…

I jak zwykle – trailer. Oraz pytanie dla tych, którzy film już widzieli – ile scen ze zwiastuna nie pojawiło się w wersji ostatecznej?

No dobrze, żeby nie było zbyt różowo – jeszcze jedna uwaga do dystrybutora. Że tytuł filmu jest, jaki jest – trudno, tak MUSI być. Ale mam prośbę, aby przed wypuszczeniem filmu do kina zatrudnić korektora do sprawdzenia napisów. Bo jak zobaczyłem zdanie “podziwiam twój chart ducha”, to dopiero mi się włos zjeżył na głowie.

niedziela, 21 marca 2010

“Trick” – dobry samochód, ale zła droga

W kinie byłem. Na filmie – polskim. A tam, jak głosi kultowa wypowiedź z kultowego filmu “nic się nie dzieje”.

No, nie do końca nic. Coś jednak drgnęło i możemy się z tego cieszyć.

Rzeczony film to “Trick” Jana Hryniaka. Obraz reklamowany jako komedia sensacyjna. Gdzieś nawet natrafiłem na stwierdzenie, że w Polsce nie było takiego filmu od czasów “Vabanku” Machulskiego. Czy jest to prawdą? Czy faktycznie udało się stworzyć kino wybitne?

Nie.

“Trick” przede wszystkim jest kolejnym polskim filmem, który nie rozczarował mnie od strony realizacji. Słychać aktorów, a nie muzykę, dobre zdjęcia, porządny montaż (technicznie – o montażu jeszcze będzie), nawet jakieś śladowe efekty specjalne – nie ma się czego wstydzić. Do tego plejada rewelacyjnych aktorów (Chyra, Trela, Adamczyk, Więckiewicz – no nich mi ktoś powie, że oni nie są najzwyczajniej w świecie dobrzy…) i całkiem znośna historia. Na moje oko – materiał na mały hit. Polski “Ocean’s 11”. Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Bo te składniki źle wymieszano, a przez to zupa nie może być smaczna. Zacznijmy od prostej kwestii. Scenariusz – historia zdolnego fałszerza, który zmuszony jest do pracy dla gliniarza odpowiedzialnego za wsadzenie go do więzienia. Opowieść o ucieczce z więzienia i zemście. Trochę political fiction. Brzmi rewelacyjnie, a jednak bez żalu kilka wątków można skasować, ewentualnie znacząco przebudować (jak chociażby kwestię dziewczyny głównego bohatera – tak mdłej postaci już dawno nie widziałem). Kilka zaś przydałoby się rozbudować, jak choćby ową zemstę na dawnym wspólniku, bo takie opowieści to samograje.

Dalej – skoro pomimo tego mamy kilka niezłych wątków, to czemu nie zrobić ich autentycznymi? Jak? Za pomocą lepszych dialogów. Dbałości o szczegóły. Jakiejś spójności, logiki – bo np. miałem wrażenie (może tylko ja), że nagłą propozycja współpracy przy fałszowaniu dolarów była od dawna uwzględniona w planie ucieczki z więzienia… No i te dialogi – nawet, jeśli były z krwi i kości, to krew już powoli krzepła, a połamane kości przebijały się przez skórę.

Ale nawet jeśli scenariusz mamy taki, jaki mamy, to może udałoby się go ciekawiej pokazać?  Zapewne udałoby się, ale do tego potrzebny jest dynamiczniejszy montaż. Olanie chronologii i pokazanie wszystkiego jak nieustającego teledysku – z chwytliwą muzyczką. Dokładnie tak, jak w “Ocean’s 11”. Mamy akcję – mamy puentę – mamy wyjaśnienie przekrętu. I tak w kółko. A takie coś zostało pokazane raz. Owszem, w takim wypadku film byłby krótszy, ale to daje pole do popisu przy moich dwóch pierwszych zarzutach.

Podsumowując – chciałbym oglądać coraz więcej polskich filmów, które są tak realizowane. Na szczęście to już chyba staje się normą, więc teraz jedynie możemy sobie życzyć – a to lepszych piosenek, a to bardziej widowiskowych efektów specjalnych, ot – drobiazgów. No, może ten montaż…ale to już zależy od reżysera. Na aktorstwo też narzekać nie możemy (w konkretnych przypadkach, mówię jednak o aktorach, a nie o drewnach z takiego jednego serialu). Czekamy zatem na porywające scenariusze, z odlotowymi historiami. No i reżyserów, którzy udźwigną tego typu wyzwania. Jakby ktoś szukał czegoś konkretnego, to jeden scenariusz wala się u mnie na dysku od kilku lat. Doszlifować go trzeba. Z reżyserią też dałbym radę, jakby wyjścia nie było:)

I wtedy będzie “Ocean’s 11”. A nawet, 12, 13 czy 44. Bo teraz to zostaje nam tylko Oceans Four (przynajmniej w Gdańsku).

Poniżej – trailer “Tricku”, zawierający smaczniejsze kawałki z filmu i zdecydowanie lepiej zmontowany.

czwartek, 17 września 2009

Bękarty wojny – rewelacyjny film Quentina Tarantino

Uwaga – poniższy tekst zawiera fragmenty fabuły i może zdradzać zakończenie. Jeśli nie chcesz popsuć sobie zabawy, wiedz tylko tyle, że gorąco polecam pójście do kina na najnowszy film Tarantino.

Inglorious Bastards (2009) Movie PosterJedno z haseł w zapowiedziach tego filmu mówiło "nie widziałeś wojny, jeśli nie widziałeś jej oczami Quentina Tarantino". I to jest stuprocentowa prawda. II WŚ w wykonaniu (tak, w wykonaniu - bo to nie jest relacja, a kreacja) Tarantino to przednia zabawa przetykana jatką. A do tego, dla nas, siedzących po tej stronie ekranu, gdzie nie ma stosu klisz filmowych i operatora z zapalniczką, dodatkowa zabawa w wyszukiwanie WSZYSTKICH możliwych nawiązań do kina. Czasem to drobiazgi, jak Pola Negri czy fajka oficera SS, czasem coś większego. Zauważyłem, że Tarantino pozwala sobie na cytowanie samego siebie. Scena negocjacji z żołnierzem w piwnicy bardzo przypomina scenę z Kill Bill, gdzie Beatrix negocjuje z płatną morderczynią (nawet argument o rodzicielstwie jest podobny!), albo długie ujęcie w kinie, gdy przybywają goście - czy nie widzieliśmy tego tuż przed masakrą w Domu Błękitnych Liści? Albo Pitt wycinający wycinający swastykę na czole niemieckiego oficera, łącznie z pięknym dialogiem tuż przed tym - czy nie chciałoby się włożyć w usta Jankesa słów "ja jestem tyranią złych ludzi"?

Tarantino znakomicie pokazuje wojnę - ale tylko te jej części, które widzi w swojej głowie. Dlatego jego postacie - bez względu na narodowość - mogą mówić po angielsku tylko wtedy, gdy wszyscy się na to zgodzą, w przeciwnym wypadku pięknie mówią po francusku, niemiecku, włosku. Jeżeli na wojnie Tarantino jest krew - to wylewa się z ekranu wiadrami. Jeśli jest przemoc - to tylko w najlepszym gatunku. Jeśli śmiech - to przerysowany do granic możliwości. Ale przede wszystkim jest tam - jak to u Quentina - rozmowa. Dużo rozmowy. II WŚ to chyba najbardziej przegadany konflikt w historii - tu przed każdym zabójstwem obie strony delektowały się długimi, błyskotliwymi dialogami. Dziwi jedynie mała ilość stóp (jak na Quentina Tarantino), ale widocznie Francuzi i Niemcy nie mają odpowiedniego rozmiaru buta, aby poświęcać na to taśmę filmową.

Jak zwykle u Tarantino - choć w teorii wiemy, co może się wydarzyć - nigdy nie mamy pewności, z której strony zaskoczy nas reżyser, kto strzeli, co wybuchnie, kto zginie, a komu będzie dane przeżyć - choć niekoniecznie w jednym kawałku. Także to sprawia, że nie możesz oderwać wzroku od ekranu - bo przecież w każdej chwili może zdarzyć się coś, czego nie możesz przegapić. Albo ktoś zginie, albo sam twórca podpisze ważną postać za pomocą małej strzałki. Wszystko będzie podane jak na tacy - widz ma za zadanie jedynie chłonąć. I oniemieć z zachwytu.

A że historia potoczyła się inaczej, niż tego chcą "Bękarty"? No cóż, widocznie nie umiała inaczej.

Dla mnie film świetny. Nie, przepraszam - rewelacyjny. Tarantino po zakończeniu musiał powiedzieć tak, jak Pitt po wycięciu ostatniej swastyki na niemieckim czole: "chyba wyszło mi arcydzieło".

Tekst ten ukazał się też w serwisie Filmaster.

A tu – zwiastun filmu. Pytanie do tych, co już byli w kinie – ile scen ze zwiastuna wypadło z wersji kinowej?:)

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com