Pokazywanie postów oznaczonych etykietą offline. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą offline. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 grudnia 2010

Blog Forum Gdańsk 2010 - krótkie podsumowanie

W dniach 11 - 12 grudnia 2010 miałem okazję uczestniczyć w pierwszym w Polsce forum blogerów. Moje rodzinne miasto w staraniach o miano Europejskiej Stolicy Kultury posunęło się do zafundowania spędu tych strasznych, podziemnych stworów, piszących blogi.

W założeniu organizatorów motywem przewodnim forum miała być (jak sądzę po prelekcjach pierwszego dnia) wolność. Niestety, już podczas pierwszego panelu okazało się, co niektórych boli i co jest dla nich ograniczeniem wolności. Temat zarabiania na blogach wypłynął nagle i zdominował dyskusję. Widać, że niektórzy nie mogą przeżyć, że inni zarabiają - a oni nie. W takiej sytuacji najprościej zakrzyknąc "ty, co zarabiasz, nie jesteś blogerem, nie jesteś wolny, idź sobie" - ale to tak nie działa. Możemy tworzyć ramy prawne definicji blogera, możemy starać się okreslić co blogerowi wolno, a co nie - ale co wtedy zrobić z tymi, którzy nie będą mieścili się w ramach? Nazwiemy ich banitami? Dotknie ich ostracyzm środowiska? A może trzeba będzie dla nich stworzyć osobną kategorię - pseudoblogerów?

Jednak tak naprawdę ta dyskusja pokazała, że w sumie chyba nie jest tak źle, skoro wolność wyznacza u nas stan portfela (dla niektórych, jak widać). Władza nie cenzuruje naszych blogów, za pisanie w sieci nie trafia się do więzienia. Można spokojnie pisać. Może dlatego nie do końca polscy blogerzy potrafili odnieść się do punktu widzenia zagranicznych gości?

Z pierwszego dnia pamiętam jeszcze imprezę integracyjną w hotelu, z drinkami sponsorowanymi przez Hotmail i Internet Explorera (odpowiednio żółto-pomarańczowy i niebieski). Fajnie było, nie powiem - choć po raz kolejny przekonałem się, ze słowa "z zawodu jestem analitykiem finansowym" skutecznie zabijają wszelką dyskusję. No cóż, taka karma.

Dzień drugi to Brian Solis i rozważania o różnicach pomiędzy blogosferą i statussferą. Plus sporo ciekawych informacji i inspiracji na temat tzw. "wpływowości". Temat zarabiania na blogach został tym razem skutecznie zduszony w zarodku. A potem uczestniczyłem w dwóch panelach - pierwszy, z pogranicza kultury i społeczeństwa, traktował o mediach (tych tradycyjnych) i blogach. Ciekawy był punkt widzenia niektórych - np. gdy Igor Janke zastanawiał się, kto będzie ludziom świat objaśniał, gdy blogerzy zajmą miejsca dziennikarzy. Pozwolę sobie nie komentować tych słów, niech wybrzmiewają w Waszych głowach samotnie…Drugi panel to tzw. blogi lifestylowe. Gotowanie, szafiarki (to ponoć cała subkultura już jest, serio?) i temu podobne. Nie dowiedziałem się, jak pisać o swojej pasji (nie, żebym jakąś miał, ale teoretycznie chciałem wiedzieć) w taki sposób, aby zainteresować nią tych, którzy o niej może nie wiedzą. Ale wiem, że warto obracać się w kręgu osób o podobnych zainteresowaniach. Plus ciekawe spostrzeżenie nt. kobiet piszących blogi - serio przejmujecie się np. negatywnymi komentarzami?

Ostatni panel, o współpracy firm, PR i blogerów z czystym sercem opuściłem. Bałem się, że dyskusja znowu podryfuje w stronę sprzedawania się reklamodawcom.

Czy całe to forum było warte brnięcia przez śnieg na terenie stoczni (gdzie mieści się Instytut Sztuki Wyspa,  gospodarz imprezy)? Zdecydowanie tak! Wprawdzie można zaobserwować u niektórych blogerów grzech "kółka wzajemnej adoracji", a inni nie potrafią przeboleć braku przychodów, ale widać, że towarzystwo ma potencjał. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie przyczepił się do kilku spraw. Po pierwsze - cieszy ilość gadżetów, jaką otrzymywali uczestnicy, ale było ich tyle, że trudno było ogarnąć to dwiema łapkami. A i torba, w której były wszystkie (poza podstawką na laptopa) pamiątki (książki, filcowe etui na wizytówkę do walizki czy maskotka lwa) była jakaś taka…metroseksualna, mówiąc oględnie. Gdy przed bramą stoczni spotkałem się z Żoną, zabrała mi ją, bo - wedle jej słów - jej facet nie będzie chodził po mieście z czymś takim. Ale na zakupy się chyba nada. Druga kwestia - o któej rozmawiałem z jedną z organizatorek - to niewielkie przebicie się poza środowisko. Brakowało mi rozporopagowania imprezy wśród ludu niecyfrowego. Warto pomyśleć o tym w przyszłości. Nie tylko pomoże to blogom stać się mainstreamem, ale też pozwoli uniknąc choćby takich żenujących tytułów ze strony patrona medialnego…No i ostatnie roczarowanie - myślałem, że Kominek jest wyższy.

Chciałbym jednocześnie podziękować wszystkim - organizatorom, prelegentom i uczestnikom - za świetne dwa dni. Szczególne podziękowania wędrują do Tomka, za przechowanie mojej podkładki (głupio bym z nią wyglądał w teatrze) i do Pawła za otwarcie mi oczu na perfidny spisek (do dziś nie mogę się otrząsnąć).

No i mam nadzieję, że widzimy się wszyscy za rok w Gdańsku? 

środa, 16 grudnia 2009

Nierealna Biedronka

Skuszony promocją – gra komputerowa za 10 PLN – nabyłem ostatnio w luksusowym salonie Biedronki grę nietuzinkową. Legendę. Kamień milowy.

Unreal Antologia.

Cztery części niesamowitej gry – która w swoim czasie powalała grafiką, a do dziś powala klimatem. Dodatkowo skusił mnie napis na pudełku. A brzmi on dokładnie tak:

 

Muzyki wprawdzie nie kojarzyłem, ale miałem okazję zapoznać się z nią – i to niezależnie od wycinania hord wrażych kosmitów. Wprawdzie dokładniejszy rzut oka na pudełko mógł wzbudzić moje wątpliwości…

 

…ale nie bądźmy drobiazgowi. kto dziś patrzy na to, co jest napisane małym druczkiem?

Po otwarciu sporego pudła, ze środka wypadło…to:

Jeden mały, cienki box. Z białą okładką. Zacząłem podejrzewać, że może na ścieżce dźwiękowej gry wykorzystano w całości “White Album” Beatlesów – ale gdzie jest gra!?

Okazało się, że – jak może już podejrzewacie – w pudełku było DVD z grą. I tyle.

O CD z muzyką można zapomnieć.

Dystrybutorem gry jest CD Projekt. Może to jakaś polityka – sprzedajemy tanio i w biedronce, więc nie odpowiadamy za to, co jest napisane na pudełku? Powiem, że się nieco zawiodłem. Ostatni raz zawiodłem się tak na grze, gdy jeszcze w liceum kupiłem CD Action z grą Quake 2 i okazało się, że akurat ta wersja nie ma muzyki – wydawca jej nie wykupił…

Próbowałem skontaktować się z CDP. Telefonicznie, szukałem jakiegoś maila…niestety, zadanie przerosło moje możliwości. Nie posłucham sobie muzyczki, oj nie.

A sama gra? Rewelacyjna, oczywiście. Mniej więcej w trzecim poziomie stwierdziłem, ze gęsia skórka nieco haczy o biurko, przez co myszka słabo chodzi, więc zrobiłem save’a, wyłączyłem grę i skuliłem się na łóżku. Gorąco polecam. Kto grał, ten wie:)

poniedziałek, 30 listopada 2009

AH1N1

W związku ze:

  • zmianami konstytucji,
  • kaucją w Szwajcarii,
  • zdejmowaniem krzyży,
  • wojną w Afganistanie,
  • oraz kryzysem w Dubaju,

ostatnio temat tzw. “świńskiej grypy” nieco przycichł. I dobrze, bo szaleństwo związane z tą chorobą odsuwało w cień nieproporcjonalnie większe zagrożenie zwykłą grypą sezonową.

Niemniej nadal w Polsce umierają ludzie w wyniku nowego wirusa. Kilkanaście osób nie przeżyło spotkania z AH1N1. Mnie natomiast zastanawia coś innego: dlaczego najwięcej ofiar nowej grypy jest w naszym województwie? Jakieś negatywne bioprądy czy co? Czy ktokolwiek zainteresował się tym tematem? Z czego to wynika.

Ludzie przez skórę coś czują, że widmo krąży na Pomorzu, więc starają się radzić sobie z zagrożeniem jak się da. Nie widuje się jeszcze ludzi w maseczkach na ulicy, ponoć nie ma masowej fali szczepień, ale coś robić trzeba. I tu ludzie zwracają się ku najskuteczniejszemu, tradycyjnemu, najprostszemu sposobowi przeciwko wirusom wszelakim. Co najlepiej zwalczy szalejącą grypę? Czosnek!

 

Grypa

Ja rozumiem medycynę ludową i dobre rady babci, ale czosnkiem to można się faszerować, gdy się siedzi w domu. A jeśli pracujesz z ludźmi – lub korzystasz z transportu publicznego – to przerzuć się na cokolwiek innego. Miód, cytrynę, wódkę, wiązanie tasiemek na palcu – ale nie śmierdzący czosnek!

No, chyba że plan jest taki – jeśli ludzie będą się trzymać z dala ode mnie, to się nie zarażę. W takim razie brawo – twoje geny nie wypadają z puli! Ale nie gwarantuję, że z takim smrodem będziesz mógł je komukolwiek przekazać.

Aha, jeszcze w temacie zdjęcia – gorąco polecam spektakl w Teatrze Wybrzeże “Tajemnicza Irma Vep”. Dawno sie tak nie uśmiałem…nie, to złe słowo. Dawno tak zdrowo nie rechotałem. Popraw sobie humor – idź do teatru;)

Foto: flickr.com, autor: Usonian, na licencji CC Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.0 Ogólny

.

wtorek, 27 października 2009

Notatniki hand – made

Nie tak dawno na Blipie ^szpiegowsky wyraziła życzenie ujrzenia notatników, które zrobiłem – a o których wspomniałem już i u siebie, i u Wesołego Terrorysty. Niniejszym spełniam to życzenie – oto zdjęcia moich notesów:)
Jako pierwszy – notatnik, o którym pisałem kiedyś. Zrobiony ze zwykłego zeszytu i okładki starego kalendarza.
 
Nie wygląda zbyt ładnie…
Służy mi do zapisywania wszelkich przydatnych myśli – ale takich “na przyszłość”. Są tam więc i pomysły na notki, i przemyślenia wszelakie, i plany “byznesowe”, i sposoby zbawienia świata…
W środku – zwykły zeszyt.
Z tyłu tego notatnika prowadzę arcyskomplikowany spis treści, aby się nie pogubić w natłoku pomysłów:) Całość ma format A4 i grubość 96 kartek plus okładki.
Jako drugi – notes, który wykonałem dla mojej Ukochanej. Bo mnie poprosiła.
W porównaniu z poprzednim – arcydzieło.
Złożony z dwóch tzw. zeszytów do słówek – format A5. Okładka z czarnego weluru, niebieska wstążka, na grzbiecie gumki do trzymania długopisu. No i to, co w poprzednim notesie – gumka spinająca okładki. Z powodu szalonego pomysłu okładki są lekko wypchane jakimś miękkim wypełnieniem – ale nie jest to zbyt widoczne. Okładki wzmocniłem średniej grubości tekturą ze sklepu dla plastyków (przy okazji – taką tekturę można nabyć wyłącznie w formacie A1 albo zbliżonym…niezbyt wygodne w transporcie – na szczęście sprzedawczyni w sklepie w Sopocie zgodziła się przeciąć całość na cztery części). Okładka sklejona z notesami za pomocą kleju Pattek SOS.
I ostatni, moje narzędzie do GTD. Okładka do dwóch notesów.
Coś słaba ostrość wyszła...
Materiały identyczne jak poprzednio – czarny welur, średniej grubości tektura w okładkach. Żadnego spinania gumkami. Miejsce na długopis – zupełnie przypadkiem pomiędzy okładkami.
Długopis wsuwam w przerwę w materiale.
Do tego w środku dwa notesy, formatu A6, zahaczone o wszyte gumki. W notesie po lewej “łapię” pomysły, w notesie po prawej – mam uporządkowane listy.
Póki co – to wszystko. Zastanawiałem się, czy nie zacząć produkować tego na Allegro:) Ale musiałbym liczyć drożej niż za najdroższego Moleskine’a. Może i materiały wychodzą taniej, ale mój czas jest bezcenny. Co do kosztów materiałów – to nie wychodzi jakoś strasznie drogo, bo kupiony materiał czy tektura wystarczą na kilka(naście) notatników. Najdroższe w każdym notesie są: zeszyt, klej i czas. bo roboty z tym jest sporo.
Ale satysfakcja z posiadania takiego notesu – bezcenna.

piątek, 23 października 2009

Urlop w październiku? Czemu nie!

Urlop w Polsce w październiku? No, to już może brzmieć nieco dziwnie…

Wpierw wyjaśnienie – długo milczałem, bo:
  1. miałem masę roboty poza siecią i nie miałem jak napisać tego wszystkiego, co mi w głowie siedzi,
  2. chorowałem (lekko).
  3. miałem jeszcze więcej roboty, niż w punkcie 1.
Ale te problemy zostały już dzielnie pokonane, więc mogę napisać o tym, o czym powinienem jakieś dwa tygodnie temu.
W pierwszej połowie października wybraliśmy się na urlop. Do Chełmna i okolic. Czemu tam? Byłem tam kiedyś służbowo i muszę Wam powiedzieć, że jest to świetne miejsce na oderwanie się od codziennej bieganiny, spokojne spacery, relaks i zwiedzanie miejsc, o istnieniu których nawet nie mieliśmy pojęcia. Bo czy ktokolwiek z Was wie, że w Papowie Biskupim są fajne ruiny zamku krzyżackiego? Ba, pewnie nawet nie wiecie, gdzie owo Papowo leży… Ja też nie wiedziałem jednego i drugiego. Ale teraz mam świadomość i mogę w towarzystwie brylować wiedzą – że taki zamek istniał, że miał grube mury i że niewiele z niego zostało. O, tyle:

Ale klimat jest…
Więc jeśli ktoś lubi ceglano – gotyckie klimaty, to już wie, dokąd się wybrać. Dodam jeszcze, że w samym Chełmnie jest wiele zabytków z tzw. Europejskiego Szlaku Gotyku Ceglanego – warto zobaczyć, bo niektóre potrafią zachwycić (oczywiście z zachowaniem skali – to nie jest taki zachwyt jak pod piramidami w Egipcie…). Gdy następnym razem ktoś Wam powie, że cudze chwalicie, swego nie znacie, to powiecie że i owszem, znacie – i wrócicie do chwalenia cudzego:)
W temacie zamków – jest ich tam masa, bo w końcu to słynna ziemia chełmińska, zmora uczniów szkół wszelakich, uczących się na klasówkę dowolnej wojny polsko – krzyżackiej. Ziemia ta co kilka chwil (historycznych) przechodziła z rąk do rąk, jak pamiętacie, a zakonnicy mieli ciekawy zwyczaj stawiać zamki na każdym wolnym skrawku gruntu… Wracając zaś do ocalałych zamków – w leżącym niedaleko Chełmna Świeciu (ktoś pewnie by się obraził za to określenie…) też jest zamek – i ma on najwyższą w Polsce krzywą wieżę. Albo wieżę o najwyższym odchyleniu od pionu. Nie pamiętam, ale widoki z niej są ładne – Wisła, las…

Z drugiej strony wieży widać wytwórnię papieru – czyli smród i dym
Można też natknąć się na ciekawostki – my poświęciliśmy jeden dzień na jazdę po okolicy i oglądanie różnych ciekawostek (jak choćby wspomnianego Papowa Biskupiego). Wprawdzie są to wszystko drogi lokalne, niekoniecznie dobrze opisane czy oznaczone…

…choć się starają…
…to udało nam się trafić na prywatne lotnisko. Wiecie, dla mnie pełna radość. Wpuszczono nas do hangaru, pokręciłem się, porobiłem masę zdjęć, widziałem lądującą awionetkę. Ot, taki mały lunapark dla mnie.

Wiele samolotów – wiele zabawy!
A kręcąc się tu i ówdzie pobawiliśmy się (po raz pierwszy – i może nie ostatni) w zabawę zwaną geocaching. Czyli takie poszukiwanie skarbów w XXI wieku. Choć nie mamy GPS, dysponowaliśmy tylko słabym zdjęciem z netu i opisem lokalizacji, było ciemno, zimno i do domu daleko – udało nam się odnaleźć taki oto pojemnik (ok, nie nam, tylko moje Kochanie znalazło…):

A w środku – cuda, panie, cuda!
Ze środka zabraliśmy figurkę, włożyliśmy gdańskiego dukata i zakopaliśmy całość tam, skąd wzięliśmy.
Urlop był znakomity – kilka dni, a taki odpoczynek taki, że hej! No i ile wrażeń – to powyżej to raptem kilka wybranych punktów.
Na koniec dwie refleksje:
  • ludzie gdy widzą turystę, chcą mu pomóc – a gdy okazuje się, że turysta jest z daleka (“o widzisz, państwo aż z Gdańska przyjechali do nas oglądać…”), to pomogą jeszcze chętniej – choć do dziś nie wiemy, czy to, co widzieliśmy w Wabczu, to faktycznie była Poganka (przeurocza nazwa grodziska),
  • w Chełmnie jest RE-WE-LA-CYJ-NA knajpa azjatycka: każdy z Was, kto będzie w okolicy, przejazdem czy będzie znał kogoś, kto będzie zmierzać w stronę Chełmna – ma za zadanie przysporzyć zysku tej knajpie (w rynku się znajduje, pomiędzy ul. Grudziądzką i Rycerską); ta jadłodajnia nie może upaść! A ponoć bankructwa różnej maści restauracji to w Chełmnie plaga… Tam natomiast jest smacznie (o wiele lepiej niż w jednej popularnej knajpie wietnamskiej w Gdańsku!), dużo (gdy człowiek zamawia kurczaka, spodziewa się fileta, no, może fileta i pół…ale trzech filetów sporych rozmiarów to nikt się nie spodziewa!) oraz tanio (krewetki za 16 PLN, najdroższe danie kosztowało coś około 17 PLN, nie kasują za pałeczki jak niektórzy…) – kto lubi azjatycką kuchnię i będzie w pobliżu Chełmna, ma punkt obowiązkowy na liście - przybliżona lokalizacja poniżej (za namową mojego Kochania).
A co Wy sądzicie o urlopie w październiku w Polsce? Komentarze stoją dla Was otworem…

czwartek, 15 października 2009

O, tak wiało...

Jak wszyscy - to wszyscy. Ja też pokażę, jak wiało wczoraj w Sopocie. Mniej więcej przed Grand Hotelem nie można było oddychać, tak silny wiatr wiał...
Ale dziś już jest dużo spokojniej. tylko czasem pada.

środa, 14 października 2009

S.O.W.A. – Strasznie Okrutna Wichura Atakuje

W mediach trąbią o tym, że wszędzie spadł śnieg, w Zetce puścili nawet jedną piosenkę, której nie trawię zupełnie, a mimo to wiem, że co roku nie ucieknę przed nią. O, tę piosenkę:

Piosenkę o kobiecie, która złamała serce – ale w Polsce to wręcz kolęda.

Ale Trójmiasto musi być wyjątkowe – i u nas wieje. I wieje. I pada. I wieje. Wiatr jest taki silny, że nawet fale radiowe powstrzymuje. W Gdańsku cofka na Motławie. Przez molo w Sopocie przelewają się ponoć małe fale. Wichura zrzuciła na Żabiance konary na 12 aut. Dobrze, że TurboDymoMan tego nie wie…

A na Przymorzu wiało tak silnie, że aż porwało dumne flagi Reala. Zawsze zastanawiałem się, kiedy te draństwa spadną albo maszty się złamią. Tym razem tylko je porwało.

Tragedia – dumny symbol unurzany w błocie…:)

Ci, co mieszkają w Trójmieście, wiedzą, że tu ZAWSZE wieje – czasem słabiej, czasem mocniej. Więc nic nowego… Jak wieje w plecy, to nawet lepiej, bo się szybciej idzie. Tak więc – odwagi. Powieje, powieje i osłabnie.

PS: wróciłem z urlopu, powinienem coś o nim napisać. Ale nie mam czasu, niestety:(

PS2: starą ikonkę kanału RSS zastąpił taki mały lisek – podoba się?

piątek, 2 października 2009

Latanie…

Wpis krótki, osobisty, bardzo spóźniony, mający za zadanie pokazać dwie rzeczy.

Po pierwsze – spełnienie marzeń pozwoli nawet staremu koniowi poczuć się jak małe dziecko. Takie, które dostało worek cukierków.

Po drugie – że jestem z najcudowniejszą Kobietą pod słońcem.

Z końcem sierpnia były moje urodziny. Nawet nie żadne okrągłe – ot, kolejna rocznica. Jednak ten dzień zapamiętam na długo. Ze względu na prezent, jaki dostałem od mojej Ukochanej.

Każdy, kto mnie choć trochę zna, wie o moim małym świrze na punkcie latania i wszystkiego, co z lotnictwem jest związane. Potrafię gapić się jak przedszkolak na lecący samolot. Siedzenie przy oknie w samolocie to dla mnie rozrywka na bardzo długo. Pobyt na lotnisku – to coś jak mały Disneyland. Niestety – wada wzroku skutecznie eliminuje mnie jako pilota (w każdym razie tak mi powiedziano), w związku z czym moje zachwyty lataniem mogą mieć postać wyłącznie bierną.

Ale jak wiadomo, jest latanie i latanie. Na urodziny dostałem to drugie. Lot awionetką. Z pilotem, oczywiście, ale chyba widzicie różnicę pomiędzy siedzeniem w Boeingu 757 a w Cessnie?

Tak więc w związku z moimi urodzinami pojechaliśmy na lotnisko do Pruszcza Gdańskiego, do aeroklubu, aby sobie trochę polatać… Tym cudem:

Cudo na drugim planie.

Ciasno jak cholera, ale drobiazgi nie mogą nas ograniczać, prawda? Z pomocą przesympatycznego pilota zapiąłem pasy, zamknąłem drzwi, założyłem słuchawki nawet (tego zdjęcia nie pokażę…) i – wystartowaliśmy.

To było najcudowniejsze dziesięć minut, jakie mogłem sobie wyobrazić. Parę pętli nad Pruszczem i okolicą – centrum dystrybucyjne Poczty Polskiej, autostrada A1, pola, lotnisko. Początkowo nie odrywałem palca od spusty migawki, robiąc zdjęcia takie, jak te:

Jedna z niewielu wyraźnych fotek – ale nadaje się na tapetę:)

Dworzec w Pruszczu – ale raczej nie na tapetę…

Po chwili zrozumiałem jednak, że choć sytuacja do takich ujęć może sie już nigdy nie powtórzyć, warto się skupić na tej pasji, która mnie zawiodła tak wysoko – a nie było to fotografowanie… Jak małe dziecko patrzyłem za okno, wypatrując znajomych miejsc (jeden klient, drugi klient…), a że pogoda była niezła (bez słońca, ale ładnie), to widziałem nawet kominy gdańskiej elektrociepłowni na horyzoncie. I lecący samolot rejsowy. Do tego dwie “górki”, czyli szybkie podlecenie w górę i potem w dół, jak na kolejce górskiej. Wpierw wciskamy żołądek w dół, a potem podnosimy go pod gardło:) I jeszcze szybki przelot tuż nad płytą lotniska, z gwałtownym poderwaniem na koniec.

A zresztą – co ja będę opowiadać, sami zobaczcie niektóre fragmenty:

Mistrzem montażu nie jestem, ujęć może też (film kręciłem drugim aparatem, lewą ręką), ale i tak żaden film nie odda tego, co wtedy czułem. Gdy wylądowaliśmy i wysiadłem, podobno promieniałem ze szczęścia. I tak też się czułem.

Kochanie, dziękuję Ci bardzo za tak cudowny prezent.

A po wylądowaniu i powrocie do Gdańska poszliśmy skosztować sushi. Ale to zupełnie inna historia:)

PS: Zapomniałbym o oklepanym morale – warto realizować marzenia. Swoje lub innych:) Dlatego jeśli macie jakieś niezrealizowane marzenie, nawet z wczesnego dzieciństwa, to warto poświęcić trochę czasu i pieniędzy, aby poczuć to coś. O spełnianiu marzeń jeszcze wspomnę – bo to nie było jedyne, które udało mi się ostatnio zrealizować. Zresztą – wystarczy spojrzeć na moją sieciową “chcęlistę”, aby zobaczyć, co na niej jest już odznaczone:)

PS2: chyba nie zdradzę wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że tak naprawdę to moje marzenie zostało zrealizowane w pełni, gdy nagle gdzieś nad początkiem drogi krajowej nr 1 pilot powiedział “pilotowałeś coś takiego kiedyś? Nie? a chcesz spróbować? To proste!”. Całe moje zadanie to było tylko trzymanie steru i lekkie skręty (byłem zbyt podekscytowany, by dostrzec jakiekolwiek zegary na desce, na szczęście pilot czuwał), ale – PILOTOWAŁEM SAMOLOT!:) I co Wy na to?

piątek, 25 września 2009

Głupota nie boli

Na krótko, bo ludzka głupota (albo brak dobrej woli) zawsze doprowadzają mnie do podenerwowania.

Wracałem dziś do domu taką drogą, że musiałem przejść przez pętlę tramwajową na Zaspie. Pętlę kilka lat temu odremontowano, zrobiono ładne przystanki i przejścia…  No właśnie, przejścia. Gdy doszedłem do torów, tuż przed 18, moim oczom ukazał się taki widok:

Ta pani w czerwonym to motorniczy owego tramwaju.

Trzy tramwaje stały sobie radośnie w korku (czy też czekając na swój czas), blokując przejście przez tory. Oczywiście, mogłem nadłożyć drogi i obejść całą trójkę (ostatecznie przepiratowałem się przez tory, choć gdybym miał wózek z dzieckiem, to bym sobie biegał…), ale nie o to chodzi. Te trzy tramwaje wyglądały tak:

Ja rozumiem, że punktualność w gdańskiej komunikacji jest pojęciem czysto teoretycznym (kto zna linię 227, ten wie, o czym mówię). Że w wyniku dziwnego absurdu za tramwajem linii 4 mogły stać DWA tramwaje linii 12. Że tramwaje miały czekać grzecznie na swój czas, w związku z czym motorniczy też człowiek i może sobie porozmawiać.

Ale teraz zagadka logiczna – oto, jak wygląda pętla na Zaspie:


Pokaż Bez tytułu na większej mapie

Te niebieskie kreski symbolizują tramwaje – niebieskie 12 i czerwona 4.

Czy tylko ja wpadłem na pomysł, że tramwaje mogłyby wykorzystać fakt, że stoją na pętli i ją objechać – w rezultacie tego karkołomnego manewru tramwaj linii 4 stałby tam, gdzie stoi, a obie “dwunastki” czekałyby grzecznie po drugiej stronie pętli, nie tarasując torowiska? A jeśli nie tylko ja na to wpadłem, to dlaczego nie wpadł na to nikt z motorniczych?

Przedłuż sobie weekend

Ach, jak fajnie by to było, gdyby weekend miał choć jeden dzień dłużej… Choć pół! Ile byśmy wtedy zrobili, że nie wspomnę o tym, jak bardzo moglibyśmy odpocząć… Niestety, kodeks pracy i nasi krwiożerczy pracodawcy nie pozwalają nam relaksować się tak, jak byśmy chcieli. Musimy być na zawsze przywiązani do strasznego, pięciodniowego tygodnia pracy?

Czyżby?

Pozwolę sobie zaproponować dwa sposoby, aby weekend – choć nadal dwudniowy – wydawał się nieco dłuższy.

Pierwszy z nich to zwykłe oszukanie swojego ciała i umysłu – ale w moim przypadku skutkuje. Otóż od jakiegoś czasu chodzimy w czwartki po pracy na basen. Niby nic, zwykła forma rekreacji – ale zauważyliśmy, że już w czwartek rano, po niechętnym wstaniu z łóżka, cieszymy się na samą myśl o wieczornym pływaniu. Dodatkowo w czwartek jesteśmy już na tyle zmęczeni (psychicznie), że ta godzina relaksu pozwala nam odbudować siły i stanąć do walki z piątkiem. Kiedyś chodziliśmy na basen w poniedziałki, ale nie miało to takiego efektu. Gdzie tkwi powodzenie tego małego oszustwa?

Lubimy pływać. Robimy to raz w tygodniu, więc wyczekujemy tego (trochę jak jakiegoś wyjątkowego wydarzenia. Relaksujemy się podczas pływania. I zawsze po basenie wychodzimy bardziej uśmiechnięci – a potem lepiej śpimy. I to właśnie Wam polecam – znajdźcie czas w czwartki wieczorem na coś, co sprawi Wam przyjemność, pozwoli się odprężyć i nabrać sił, a dodatkowo – będzie przypisane tylko do czwartkowych wieczorów. Nic z przymusu, zwykłe sprawienie sobie przyjemności. Dodatkowo sugeruję, aby była to właśnie jakaś aktywność fizyczna. W ten sposób już w czwartkowy poranek będziecie podekscytowani jak w piątek, zregenerujecie siły tuż przed końcem tygodnia, a sama praca w piątek to będzie – cytując reklamę – pan Pikuś, dzięki siłom nabranym poprzedniego wieczora.

Drugi sposób jest nieco bardziej skomplikowany, może nie być dostępny dla wszystkich z Was (choć wydaje mi się, że to tylko kwestia dobrej woli) i wymagać może nieco więcej zaangażowania. Ale warto!

Zgodnie z prawem pracy (a pewnie także regulaminami w waszych zakładach) musimy pracować czterdzieści godzin w tygodniu. Są też podane warunki, ile godzin przerwy musi być pomiędzy poszczególnymi dniami pracy albo ile godzin dziennie pracować można. Nie podam teraz tych danych, bo prawo pracy zawsze było dla mnie małą tajemnicą, ale można się tego wszystkiego swobodnie dowiedzieć z sieci. Przy takim prawie przyjęło się stosować ośmiogodzinny dzień pracy. Ale czy codziennie wychodzicie punktualnie po ośmiu godzinach? Nie zdarzyło Wam się nigdy zostać nieco dłużej? A gdybyście musieli zostawać niewiele dłużej codziennie, czy byłoby to aż tak straszne?

W mojej pracy zasada jest taka – codziennie, od poniedziałku do czwartku, pracuje się po osiem i pół godziny, ale w piątek – tylko sześć! Dzięki temu tydzień pracy trwa czterdzieści godzin, a te pół godziny dłużej dziennie jest prawie nieodczuwalne – zawsze to można zrobić coś więcej w pracy, a także wyruszyć do domu nieco później, gdy pierwsza fala ludzi juz przejdzie. Z kolei w piątek, gdy wychodzi się wcześniej, można spokojnie załatwić coś w urzędzie, zrobić zakupy, gdy nie ma tłumów – lub po prostu zacząć weekend! Proste i skuteczne. Uważam, że warto porozmawiać ze swoim szefem, czy nie zgodziłby się na podobne warunki pracy. Często mamy obecnie elastyczne godziny pracy – dlaczego nie wykorzystać tego dla własnej wygody?

A Wy – macie jakieś sposoby na przedłużenie weekendu?

Foto: Flickr.com; autor: siworking2, na licencji CC.

czwartek, 17 września 2009

Bękarty wojny – rewelacyjny film Quentina Tarantino

Uwaga – poniższy tekst zawiera fragmenty fabuły i może zdradzać zakończenie. Jeśli nie chcesz popsuć sobie zabawy, wiedz tylko tyle, że gorąco polecam pójście do kina na najnowszy film Tarantino.

Inglorious Bastards (2009) Movie PosterJedno z haseł w zapowiedziach tego filmu mówiło "nie widziałeś wojny, jeśli nie widziałeś jej oczami Quentina Tarantino". I to jest stuprocentowa prawda. II WŚ w wykonaniu (tak, w wykonaniu - bo to nie jest relacja, a kreacja) Tarantino to przednia zabawa przetykana jatką. A do tego, dla nas, siedzących po tej stronie ekranu, gdzie nie ma stosu klisz filmowych i operatora z zapalniczką, dodatkowa zabawa w wyszukiwanie WSZYSTKICH możliwych nawiązań do kina. Czasem to drobiazgi, jak Pola Negri czy fajka oficera SS, czasem coś większego. Zauważyłem, że Tarantino pozwala sobie na cytowanie samego siebie. Scena negocjacji z żołnierzem w piwnicy bardzo przypomina scenę z Kill Bill, gdzie Beatrix negocjuje z płatną morderczynią (nawet argument o rodzicielstwie jest podobny!), albo długie ujęcie w kinie, gdy przybywają goście - czy nie widzieliśmy tego tuż przed masakrą w Domu Błękitnych Liści? Albo Pitt wycinający wycinający swastykę na czole niemieckiego oficera, łącznie z pięknym dialogiem tuż przed tym - czy nie chciałoby się włożyć w usta Jankesa słów "ja jestem tyranią złych ludzi"?

Tarantino znakomicie pokazuje wojnę - ale tylko te jej części, które widzi w swojej głowie. Dlatego jego postacie - bez względu na narodowość - mogą mówić po angielsku tylko wtedy, gdy wszyscy się na to zgodzą, w przeciwnym wypadku pięknie mówią po francusku, niemiecku, włosku. Jeżeli na wojnie Tarantino jest krew - to wylewa się z ekranu wiadrami. Jeśli jest przemoc - to tylko w najlepszym gatunku. Jeśli śmiech - to przerysowany do granic możliwości. Ale przede wszystkim jest tam - jak to u Quentina - rozmowa. Dużo rozmowy. II WŚ to chyba najbardziej przegadany konflikt w historii - tu przed każdym zabójstwem obie strony delektowały się długimi, błyskotliwymi dialogami. Dziwi jedynie mała ilość stóp (jak na Quentina Tarantino), ale widocznie Francuzi i Niemcy nie mają odpowiedniego rozmiaru buta, aby poświęcać na to taśmę filmową.

Jak zwykle u Tarantino - choć w teorii wiemy, co może się wydarzyć - nigdy nie mamy pewności, z której strony zaskoczy nas reżyser, kto strzeli, co wybuchnie, kto zginie, a komu będzie dane przeżyć - choć niekoniecznie w jednym kawałku. Także to sprawia, że nie możesz oderwać wzroku od ekranu - bo przecież w każdej chwili może zdarzyć się coś, czego nie możesz przegapić. Albo ktoś zginie, albo sam twórca podpisze ważną postać za pomocą małej strzałki. Wszystko będzie podane jak na tacy - widz ma za zadanie jedynie chłonąć. I oniemieć z zachwytu.

A że historia potoczyła się inaczej, niż tego chcą "Bękarty"? No cóż, widocznie nie umiała inaczej.

Dla mnie film świetny. Nie, przepraszam - rewelacyjny. Tarantino po zakończeniu musiał powiedzieć tak, jak Pitt po wycięciu ostatniej swastyki na niemieckim czole: "chyba wyszło mi arcydzieło".

Tekst ten ukazał się też w serwisie Filmaster.

A tu – zwiastun filmu. Pytanie do tych, co już byli w kinie – ile scen ze zwiastuna wypadło z wersji kinowej?:)

czwartek, 13 sierpnia 2009

Porządki, porządki…

Raz na jakiś czas robię porządki komputerowe – zarówno na dysku, jak i w sieci. A ponieważ informacja dziś to coś, czym najłatwiej zaśmiecać otoczenie, to porządki robię prawie bez przerwy.

Porządki na dysku ograniczają się ostatnio do zgrania zdjęć na płytę DVD – minęły te czasy, gdy na kompie miałem każdy (nie)potrzebny plik. Teraz najwyżej czasem odinstaluję jakiś nieużywany program – ale to tylko na domowym komputerze. Na komputerze służbowym staram się utrzymywać porządek, bo wiem, jak trudno jest potem znaleźć to, czego akurat potrzebujemy. Wszystkie pliki są w jednym miejscu, w elegancko nazwanych folderach, pulpit jest pusty, a maile i kontakty – posegregowane (do maili stosuję filtry i wiele katalogów – to pomaga).

Tu mam pytanie – ponieważ noszę się z zamiarem kupna dysku zewnętrznego, o dość dużej pojemności – możecie jakiś polecić? Wtedy nie musiałbym archiwizować zdjęć na DVD, miałbym je wszystkie pod ręką… Takie olbrzymi dysk – to nie jest duży wydatek (gdy porówna się cenę za 1 GB z ceną DVD) – ale który wybrać? Szukam czegoś wielkości 500 GB – 1 TB. Czekam na porady:)

Z porządkami w sieci jest nieco trudniej. Gromadzi się bowiem to, co “kiedyś się przyda”, ew. “kiedyś przeczytam”. I tak to się nawarstwia…w różnych miejscach. Google Reader (elementy udostępniane i oznaczone gwiazdką), Delicious, Google Notebook, każdy serwis z opcją “dodaj do ulubionych” – jak to ogarnąć?

Systematycznie porządkuję Google Readera. Wyrobiłem sobie nawyk czytania tylko tych artykułów, które zaintrygują mnie nagłówkiem. Gdy przelecę wzrokiem tekst i widzę, że jest to coś ciekawego, co może się przydać później – oznaczam to gwiazdką. Gdy jest to coś, co może zainteresować innych – udostępniam. Tylko że tych gwiazdek od początku zebrało się bardzo dużo… Ponad 140. I codziennie pojawiały się nowe.

Od jakiegoś czasu przeglądam gwiazdki i segreguję artykuły – to, co wykorzystałem, odznaczam. Co jest do ściągnięcia – ściągam. Co jest przydatnym narzędziem “online” – wrzucam do Delicious (tag tools ostatnio bije u mnie rekordy popularności, ma szansę przegonić chyba moje dwa giganty, tagi “games” i “toread”). Co jest ciekawym tekstem, nad którym warto się zatrzymać – wrzucam do Evernote (o którym planuję też kiedyś napisać).

I jakie efekty? Obecnie mam mniej niż 40 elementów oznaczonych gwiazdką. I ta ilość ciągle spada. Gdy zejdę poniżej 5 – dam znać.

Foto: sindesign

wtorek, 11 sierpnia 2009

Nocne zwiedzanie

 

STP60317

W nocy z soboty na niedzielę byliśmy na nocnym zwiedzaniu kościoła św. Mikołaja w Gdańsku. Jest to świątynia należąca do zakonu dominikanów – i to właśnie oni zorganizowali tego typu atrakcję.

Całość wpisuje się w dośc ciekawy pomysł, aby Jarmarkowi Dominikańskiemu przywrócić choć odrobinę wartości duchowych (zamiast wyłącznie handlowych). A ponieważ odpust ku czci św. Dominika, więc dominikanie, wiec kościół św. Mikołaja.

Logiczne?

Całość rozpoczęła się o godzinie 23:00 – wtedy to jeden zakonnik, posiłkując się slajdami, w całkowitych (niemalże) ciemnościach przybliżył historię zakonu i kościoła. A że dar do opowiadania ów braciszek ma, to nawet niewygodne ławki (kto siedział, ten rozumie) nie dawały w kość. Następnie tenże sam zakonnik opisał poszczególne postacie, występujące na ołtarzu głównym – a trzeba przyznać, że uczynił to w tak samo barwny i dowcipny sposób. Posiłkując się nawet żartami… Choć sam styl wypowiedzi i tak był dość lekki. Że zacytuję z pamięci – o jednym świętym, który był inkwizytorem: “zginął zamordowany przez tych, których nie zdążył spalić”:)

Była również możliwość zajrzenia do krypt kościoła (jeszcze niezbyt przygotowane, ale duże plansze ze zdjęciami czaszek i zapalone kadzidło robiły niesamowity klimat…) oraz zwiedzenia strychu. To wyzwanie dla najtwardszych – wejść, a następnie zejść po bardzo wąskich schodkach to nie lada wyczyn. Jeśli komuś nie starczy kondycji – niech nawet lepiej nie próbuje…

A na strychu – masa ciekawostek, dużo kurzu, pajęczyn…oraz cała konstrukcja dachu (na zdjęciu – jeden z fragmentów). Tego nie mozna oglądać codziennie, więc tym bardziej warto pójść na nocne zwiedzanie. Kolejne już podczas przyszłorocznego jarmarku. Do zobaczenia?

czwartek, 30 lipca 2009

Warto nosić aparat...

Zawsze noszę ze sobą aparat fotograficzny. Choć niektórzy dziwnie na mnie patrzą, choć to zawsze kilka dodatkowych gramów, plus zapasowe baterie i kabel do komputera, choć czasem zajmuje cenne miejsce w torbie - aparat to jest coś, bez czego z domu się nie ruszam.
Nie jest to jakaś wypasiona lustrzanka, to zwykły, mały aparat kompaktowy Samsunga, ze słabym (3x) zoomem optycznym. Ale sprawdza się. Choć gdyby ktoś z Was chciał mnie akurat wspomóc jakimś lepszym sprzętem, to nie pogardzę:)
Chyba cały czas liczę na to, że kiedyś uda mi się zrobić zdjęcia lądującego UFO.
Ale póki co chodzę sobie po świecie i od czasu do czasu pstryknę jakąś fotkę. A to mnie zachwyci jakiś budynek, a to widok. Wiecie jak jest...
A dziś od rana poczułem się jak reporter...no, może przesadzam, ale prawie. Gdy rano na Kołobrzeskiej w Gdańsku zobaczyłem straż pożarną i policję przy wypadku motocyklowym, natychmiast blipnąłem o tym. Gdy dotarłem do pracy, okazało się, że portal MM Trójmiasto poszukuje zdjęć z tego wypadku. A ja - akurat kilka "strzeliłem" czekając na kolejkę na przystanku Gdańsk Przymorze - Uniwersytet (jedna z bardziej nietrafionych nazw SKM). Wysłałem im więc moje fotki, a MM Trójmiasto zilustrowało nimi artykuł o wypadku.
Mówcie mi fotoreporter.
Aparat przydaje się również do uchwycenia scenek nietypowych, śmiesznych - których lada moment może już nie być. Ot, jak choćby dziś, po południu, pod halą Olivia w Gdańsku. Stoi tam jeden z tych wielkich ekranów, które oślepiają kierowców. Dziś jednak prezentował się tak, jak na zamieszczonym poniżej zdjęciu.

Ciekawe, co jest w tym folderze, prawda?

poniedziałek, 20 lipca 2009

Hewelianum


W sobotę byliśmy na pierwszych urodzinach gdańskiego Centrum Hewelianum. Luuuudzie, nie miałem pojęcia, że to są aż tak rozległe - i świetnie zorganizowane - tereny. Polecam gorąco wszystkim...nawet na niedzielny spacer z rodziną. W końcu w Gdańsku nie ma aż tylu parków (choć zieleni jest masa).
Co do samych urodzin Hewelianum - masa atrakcji, my skorzystaliśmy z wycieczki po terenie centrum z przewodnikiem oraz dwóch wykładów: o Napoleonie w Gdańsku i o życiu francuskiej damy w początkach XIX w. Dodatkowo zobaczyliśmy świetną, interaktywną wystawę "Człowiek i pocisk" - wystawa (chyba) jest darmowa, wystarczy wejść na Górę Gradową pod wielki krzyż, a następnie ruszyć szlakiem odnowionych bunkrów...
I nawet deszcz nam nie przeszkadzał. Choć padało akurat, jak byliśmy pod dachem, na wykładzie:) A że przez cały spacer mocno prażyło, więc wykład w chłodnej sali był zbawieniem...choć i bez tego byśmy się na niego wybrali, bo był autentycznie ciekawy.
To teraz każdy w Gdańsku i okolicach - pakujemy butelkę wody i ruszamy na Grodzisko!
Na zdjęciu - cegły, z których zrobione są bunkry, z pięknie zachowaną nazwą cegielni (Kolibki, są też cegły z Kokoszek).

poniedziałek, 6 lipca 2009

Sailing show

Ten show nazywał się po prostu "Sailing"...niby nic szczególnego, ale robił wrażenie. Jak mi się uda, wrzucę na YouTube inne filmy z tego pokazu.

Po żaglowcach...

Wczoraj oglądałem paradę wielkich żaglowców na wodach Zatoki Gdańskiej - niesamowite widowisko. To trzeba zobaczyć, tego nie da się opisać (a ponieważ nie mam jakiegoś niesamowitego zoomu w aparacie, to i z pokazaniem jest problem). Cały przemarsz przed zachwyconymi plażowiczami trwał kilka godzin, ale warto było stać i podziwiać - pomimo wiatru i słońca chowającego się za chmurami. Zazdrościć można tylko tym, którzy mieli do dyspozycji motorówki bądź śmigłowce - oni to musieli mieć widok!
A w piątek byliśmy w Gdyni, obejrzeć statki z bliska i zobaczyć pokaz typu "światło i dźwięk". Wielkie brawa dla Gdyni za zorganizowanie takiej imprezy, wszystko było imponujące, ale... No właśnie, zawsze musi być jakieś ale. Kilka rys pojawiło się na tym pięknym obrazku:
  • Gdy tylko wysiedliśmy w Gdyni z SKM, stwierdziliśmy, że mamy ochotę na shake'a. I to takiego zwykłego, z McDonald's. Ludzie z Gdyni już wiedzą, w czym problem...w centrum Gdyni nie ma ani jednego McD! Nie jadam tam często, ale gdy raz miałem ochotę na coś, to byłem w niezłym szoku, że tej akurat restauracji nie ma w Gdyni. Wydawało mi się, że McDonald's to podstawowy składnik zbilansowanej diety zwierzęcia miejskiego - jak w tej Gdyni sobie bez niego radzą?
  • Prowadząca pokaz - wprawdzie odezwała się tylko na początku i końcu, ale zachowywała się jak uczennica na szkolnej akademii, a nie konferansjer przed kilkutysięczną widownią. No i na dodatek - po zakończeniu całej imprezy czekaliśmy, czekaliśmy...wreszcie stwierdziliśmy, że to już chyba koniec i odwróciliśmy się plecami do sceny. Gdy już byliśmy blisko wyjścia (a staliśmy pod samą sceną), pani się ożywiła i zaczęła informować, że to już koniec, że dziękujemy - rychło w czas.
  • Sam pokaz fajerwerków...kto jest na tyle inteligentny, aby odpalać je niezbyt wysoko za sceną? Jak już wspomniałem, staliśmy tuż przed sceną, więc widzieliśmy tylko końcówki pióropuszy... A wystarczyłoby inaczej ustawić scenę albo odpalać je nad Akwarium. No cóż - nie wiem, w jakiej odległości trzeba było być od sceny, aby coś widzieć - ale w takim razie po co prowadząca zapraszała pod scenę?
  • Powrót - nowoczesne tablice na przystanku SKM w Gdyni mogą pokazywać trzy następne kolejki...ale pokazywały tylko jedną. W związku z czym nieświadomy czestotliwości kursowania tłum uparł się, że wciśnie się do jednej kolejki. Po doświadczeniach z powrotu z koncertu Kylie - byłem bardzo zawiedziony.
Żeby jednak nie być zupełnym malkontentem powiem, że przedstawienie było znakomite. Jeden z występujących uległ wprawdzie kontuzji (chłopak z nunchaku - ktoś wie, co z nim?), ale pokaz artystów momentami zapierał dech w piersiach. Co tu dużo mówić - oto próbka. I to jeszcze ta z początku, zanim tancerze się rozkręcili...

Ale to w następnym poście.

wtorek, 19 maja 2009

Notatnik...

Jakiś czas temu jeden z blogów, które czytam regularnie - Unclutter.com (polecam gorąco, jeśli chcesie uporzadkować wszystko dokoła) - zrobił ciekawe zestawienie luksusowych notatników. Był tam oczywiście kultowy Moleskine, jak również 34 inne, których nie kojarzyłem. A ponieważ już od dawna chciałem mieć jakiś porządny notatnik, aby zapisywać różne pomysły, które przychodzą mi do głowy, stwierdziłem, że taki przegląd to cośw sam raz dla mnie.
Zaczałem szukać tych notatników na eBay'u i okazało się, że są to piekielnie drogie zabawki...
Ale od czego radzenie sobie. Nie muszę mieć fikuśnego notatnika, aby spisywać to, co mi się pod czaszką wylęgnie. Wziąłem więc zwykły zeszyt w kratkę, format A5, twarda okładka - znakomicie spełnia swoją rolę.
Tylko że miał baaaaardzo pstrokatą okładkę. No sami powiedzcie, czy komuś takiemu jak ja wypada pokazywać się publicznie z niebiesko-żółto-zielono-różowym zeszytem?
Chyba nie.
I tu wpadłem na pomysł, który kiedyś opublikuję na spryciarze.pl albo gdzieś:
  • wziąłem stary kalendarz służbowy, oprawiony w ładną, ciemną ceratkę (skóra to z pewnością nie jest),
  • oderwałem mu tę okładkę, a następnie oderwałem z niej papier,
  • ze środka wyjąłem dwie grube tekturki z cienką gąbką,
  • ceratkę odmoczyłem, aby pozbyć się resztek papieru,
  • z resztek kalendarza wyrwałem tasiemkę - zakłądkę,
  • w pasmanterii kupiłem pół metra szerokiej gumki,
  • przykleiłem tekturki z gąbką do okładek mojego zeszytu,
  • w ceratkę wszyłem gumkę,
  • przykleiłem do grzmietu zeszytu zakłądkę,
  • obłożyłem zeszyt ceratką, sklejając wszystko jakaś kropelką czy innym superglue
I tak oto mam notatnik, przy którym Moleskine może się schować. Zamykany na gumkę i takie tam...

środa, 26 listopada 2008

Problem z prawem pracy

Tym razem na szybko, mam problem z prawem pracy i moim pracodawcą - potrzebuję Waszej pomocy!

Moja firma wysyła mnie na wyjazd integracyjno - szkoleniowy w piątek i sobotę. W Piątek będzie przemówienie najwyższych władz i integracja, a w sobotę - szkolenie o budowaniu zespołu, zarządzaniu nim i grupach.

Okazuje się, że siedzenie w sobotę do 17 gdzieś pod Warszawą (a następnie powrót do Gdańska) nijak nie będą się wliczać do czasu pracy - a więc nie dostanę za to wynagrodzenia ani dnia wolnego. A skoro nie jest to czas pracy - czy pracodawca może mi kazać przebywać na tym szkoleniu? Czy też w piątek wieczorem bez żadnych konsekwencji mogę wyjechać do domu?

Z góry dziękuję za wszelkie odpowiedzi. Najlepiej z podanymi paragrafami:)

czwartek, 6 listopada 2008

Szaleństwo Lotto


Dziś do wygrania rekordowa suma 40.000.000 zł (słownie: czterdzieści milionów). Czyli teoretycznie na każdego z Polaków przypada ponad złotówka. Gorączka wysyłania zakładów nie ominęła także Gdańska - choć trudno ją porównać z kolejkami, które ustawiały się przed kolekturami kilka lat temu.
Choć jest jedna kolektura, która może poszczycić się małym tłumkiem... Kolektura przy ulicy Heweliusza. Tam jest grupka osób, która wysyła kupony. A to wszystko z powodu trafienia "szóstki" w tej właśnie kolekturze. Ludzie, licząc na to, że ów punkt jest "szczęśliwy", wysyłają swoje zakłady właśnie tam.
A nie wiedzą, że piorun nigdy nie trafia dwa razy w to samo drzewo...
Ja oczywiście też zagrałem, ale w innym miejscu. Nie powiem gdzie - ale jeśli wygram, to z pewnością zobaczycie tam wielki banner.
No to do zobaczenia wieczorem przed telewizorami, gdy wszyscy będziemy się wpatrywać w skaczące piłeczki. Nie życzę Wam szczęścia - ale Wy mi pewnie też nie.
Ciekawe - może tym razem też będzie ktoś z Gdańska? No i podstawowe pytanie - czy tak wielką pulę zgarnie jedna osoba?
 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com