Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 marca 2010

O pływaniu słów kilka

Jak już kiedyś wspominałem, chodzę na basen – tak dla relaksu. Nie jestem znakomitym pływakiem, pływam nisko i powoli, ale nie tonę.

Prawda jest taka, że jeszcze na początku minionego roku moje pływanie to było powolne przemieszczanie się do połowy basenu, krztuszenie się wodą i droga powrotna. A przecież kilka lat temu pływałem, i to nienajgorzej! Najwyraźniej pływanie to nie jazda na rowerze i można tego zapomnieć. Jednak stopniowo, systematycznie, przypominałem sobie co i jak. W ten sposób podniosłem swoje szanse w starciu z wodą, przez co, w razie katastrofy ostatecznej, roztopienia lodowców i sytuacji jak z tego filmu z Costnerem, nie skończę jak ci, co poddali się wodzie.

Na zdjęciu – ci, co poddali się wodzie

Pewnego dnia jak zwykle przemieszczałem się w basenie, zauważył mnie jeden człowiek, uczący na torze obok jakieś dziecko. I gdy dopłynąłem do brzegu, zaczął mi udzielać rad – co powinienem poprawić i, co najważniejsze, jak, aby lepiej pływać żabką. Przez dwa spotkania (tylko!) dał mi może pięć, sześć rad (tylko!). I wiecie co? Pomogło. Efekt – teraz przepływam jakieś dwadzieścia basenów. I najważniejsze – nie męczę się przy tym tak, jak poprzednio.

Co tylko pokazuje, że jeśli nauczyciel jest dobry, a uczeń pojętny, nie ma problemów z opanowaniem dowolnej sztuki.

Pływam więc żabką (no, może nie jest to klasyczna żabka, nazwijmy ją “żabką Cichego”), a niedawno nauczyłem się nurkować (właściwie – dawać nura). Było to dla mnie o tyle problematyczne, że do tej pory zawsze, gdy próbowałem się zanurzyć, czteroliterowa część mojego ciała z uporem godnym lepszej sprawy wesoło podskakiwała ponad powierzchnią wody. Oczywiście, gdy uczyłem się pływać, ta sama część ciała ciągnęła mnie ku dnu, co tylko potwierdza teorię, że bycie złośliwym nie jest zarezerwowane tylko dla ludzi.

Tym samym, na mojej pływackiej liście “to do” zostały trzy rzeczy:

  • pływanie kraulem – wiem, że w sieci są filmiki, na których to pokazują, ale chyba skończy się na jakimś nauczycielu,
  • pływanie na plecach – jak wyżej, poza tym – łatwiej się wtedy oddycha, a jest to dla mnie ważne, o czym za chwilę,
  • przezwyciężenie irracjonalnego lęku przed skakaniem do wody – lęku nabawiłem się w parku wodnym w hotelu “Gołębiewski” w Wiśle, na ostatniej zjeżdżalni – i muszę coś z tym zrobić.

Niemniej wpierw muszę dopracować nurkowanie – i tu właśnie w moim planie zostania człowiekiem – delfinem pojawiacie się Wy, moi drodzy Czytelnicy. Otóż moim problemem od dawna (bardzo dawna) jest mała pojemność płuc. A żeby zanurzyć się na nieco dłużej niż pół minuty – potrzebuję powietrza. Czy znacie może jakieś sposoby, ćwiczenia, zaklęcia albo praktycznie cokolwiek, co pozwoliłoby mi na dłuższe przebywanie pod wodą?

Uwaga dla żartownisiów – odpowiedzi “akwalung” będę pomijał wyniosłym milczeniem:)

Czy można w jakiś sposób powiększyć objętość płuc? Czasowo lub na stałe – bez różnicy. Googla już sprawdziłem pod tym względem, ale może macie jakieś sprawdzone, babcine przepisy? Nie ukrywam, że byłbym wdzięczny.

Wujku Dobra Rada – przybywaj!

poniedziałek, 30 listopada 2009

AH1N1

W związku ze:

  • zmianami konstytucji,
  • kaucją w Szwajcarii,
  • zdejmowaniem krzyży,
  • wojną w Afganistanie,
  • oraz kryzysem w Dubaju,

ostatnio temat tzw. “świńskiej grypy” nieco przycichł. I dobrze, bo szaleństwo związane z tą chorobą odsuwało w cień nieproporcjonalnie większe zagrożenie zwykłą grypą sezonową.

Niemniej nadal w Polsce umierają ludzie w wyniku nowego wirusa. Kilkanaście osób nie przeżyło spotkania z AH1N1. Mnie natomiast zastanawia coś innego: dlaczego najwięcej ofiar nowej grypy jest w naszym województwie? Jakieś negatywne bioprądy czy co? Czy ktokolwiek zainteresował się tym tematem? Z czego to wynika.

Ludzie przez skórę coś czują, że widmo krąży na Pomorzu, więc starają się radzić sobie z zagrożeniem jak się da. Nie widuje się jeszcze ludzi w maseczkach na ulicy, ponoć nie ma masowej fali szczepień, ale coś robić trzeba. I tu ludzie zwracają się ku najskuteczniejszemu, tradycyjnemu, najprostszemu sposobowi przeciwko wirusom wszelakim. Co najlepiej zwalczy szalejącą grypę? Czosnek!

 

Grypa

Ja rozumiem medycynę ludową i dobre rady babci, ale czosnkiem to można się faszerować, gdy się siedzi w domu. A jeśli pracujesz z ludźmi – lub korzystasz z transportu publicznego – to przerzuć się na cokolwiek innego. Miód, cytrynę, wódkę, wiązanie tasiemek na palcu – ale nie śmierdzący czosnek!

No, chyba że plan jest taki – jeśli ludzie będą się trzymać z dala ode mnie, to się nie zarażę. W takim razie brawo – twoje geny nie wypadają z puli! Ale nie gwarantuję, że z takim smrodem będziesz mógł je komukolwiek przekazać.

Aha, jeszcze w temacie zdjęcia – gorąco polecam spektakl w Teatrze Wybrzeże “Tajemnicza Irma Vep”. Dawno sie tak nie uśmiałem…nie, to złe słowo. Dawno tak zdrowo nie rechotałem. Popraw sobie humor – idź do teatru;)

Foto: flickr.com, autor: Usonian, na licencji CC Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.0 Ogólny

.

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com