Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 marca 2010

O pływaniu słów kilka

Jak już kiedyś wspominałem, chodzę na basen – tak dla relaksu. Nie jestem znakomitym pływakiem, pływam nisko i powoli, ale nie tonę.

Prawda jest taka, że jeszcze na początku minionego roku moje pływanie to było powolne przemieszczanie się do połowy basenu, krztuszenie się wodą i droga powrotna. A przecież kilka lat temu pływałem, i to nienajgorzej! Najwyraźniej pływanie to nie jazda na rowerze i można tego zapomnieć. Jednak stopniowo, systematycznie, przypominałem sobie co i jak. W ten sposób podniosłem swoje szanse w starciu z wodą, przez co, w razie katastrofy ostatecznej, roztopienia lodowców i sytuacji jak z tego filmu z Costnerem, nie skończę jak ci, co poddali się wodzie.

Na zdjęciu – ci, co poddali się wodzie

Pewnego dnia jak zwykle przemieszczałem się w basenie, zauważył mnie jeden człowiek, uczący na torze obok jakieś dziecko. I gdy dopłynąłem do brzegu, zaczął mi udzielać rad – co powinienem poprawić i, co najważniejsze, jak, aby lepiej pływać żabką. Przez dwa spotkania (tylko!) dał mi może pięć, sześć rad (tylko!). I wiecie co? Pomogło. Efekt – teraz przepływam jakieś dwadzieścia basenów. I najważniejsze – nie męczę się przy tym tak, jak poprzednio.

Co tylko pokazuje, że jeśli nauczyciel jest dobry, a uczeń pojętny, nie ma problemów z opanowaniem dowolnej sztuki.

Pływam więc żabką (no, może nie jest to klasyczna żabka, nazwijmy ją “żabką Cichego”), a niedawno nauczyłem się nurkować (właściwie – dawać nura). Było to dla mnie o tyle problematyczne, że do tej pory zawsze, gdy próbowałem się zanurzyć, czteroliterowa część mojego ciała z uporem godnym lepszej sprawy wesoło podskakiwała ponad powierzchnią wody. Oczywiście, gdy uczyłem się pływać, ta sama część ciała ciągnęła mnie ku dnu, co tylko potwierdza teorię, że bycie złośliwym nie jest zarezerwowane tylko dla ludzi.

Tym samym, na mojej pływackiej liście “to do” zostały trzy rzeczy:

  • pływanie kraulem – wiem, że w sieci są filmiki, na których to pokazują, ale chyba skończy się na jakimś nauczycielu,
  • pływanie na plecach – jak wyżej, poza tym – łatwiej się wtedy oddycha, a jest to dla mnie ważne, o czym za chwilę,
  • przezwyciężenie irracjonalnego lęku przed skakaniem do wody – lęku nabawiłem się w parku wodnym w hotelu “Gołębiewski” w Wiśle, na ostatniej zjeżdżalni – i muszę coś z tym zrobić.

Niemniej wpierw muszę dopracować nurkowanie – i tu właśnie w moim planie zostania człowiekiem – delfinem pojawiacie się Wy, moi drodzy Czytelnicy. Otóż moim problemem od dawna (bardzo dawna) jest mała pojemność płuc. A żeby zanurzyć się na nieco dłużej niż pół minuty – potrzebuję powietrza. Czy znacie może jakieś sposoby, ćwiczenia, zaklęcia albo praktycznie cokolwiek, co pozwoliłoby mi na dłuższe przebywanie pod wodą?

Uwaga dla żartownisiów – odpowiedzi “akwalung” będę pomijał wyniosłym milczeniem:)

Czy można w jakiś sposób powiększyć objętość płuc? Czasowo lub na stałe – bez różnicy. Googla już sprawdziłem pod tym względem, ale może macie jakieś sprawdzone, babcine przepisy? Nie ukrywam, że byłbym wdzięczny.

Wujku Dobra Rada – przybywaj!

poniedziałek, 22 lutego 2010

Moje małe, domowe voodoo

Nie jestem przesadny. Nie wierzę w magię. Nie czytam horoskopów, nie omijam czarnych kotów, dość długo regularnie wstawałem lewą nogą z łóżka, sól rozsypuję kilka razy w tygodniu. Gdybym miał się łapać za guzik za każdym razem, gdy widzę kominiarza, pewnie nawet koszule nosiłbym zapinane na zamek błyskawiczny.

Mówiąc krótko – zazwyczaj stoję na stanowisku agentki Scully z “Archiwum X” i z uporem godnym lepszej sprawy twierdzę, że “there has got to be an explanation”.

Niemniej czasem zdarzy się coś takiego, co podważa tę moją niezachwianą zdawałoby się wiarę – i wtedy zmieniam się w Muldera.

Znany jest Wam termin “złośliwość przedmiotów martwych”? Kompletny absurd – coś, co potrafiłbym rozłożyć na części, do najmniejszej śrubki (ale nie zrobię tego, bo w składaniu juz nie mam takich umiejętności), nie może mieć żadnych uczuć. A już z pewnością uczuć tak złożonych i wysokich jak złośliwość.

Niemniej czasem można zaobserwować coś, co zdaje się potwierdzać wredną naturę otaczających nas sprzętów. Jeżeli spieszymy się na autobus – rozwiąże się nam but. Jeśli widzimy lecące UFO – prawdopodobnie padnie bateria w naszym aparacie. Jeśli kobieta zrobi sobie manicure (tak się mówi? “zrobić sobie manicure”?), to z pewnością jakaś puszka, ołówek albo nawet jej własna torebka złamie jej najdłuższy z paznokci.

Można rozmawiać o tym, czy jest to pech, czy tylko nieuwaga i nad wyraz ciekawy zbieg okoliczności, ale to fakt – czasem stoimy na przegranej pozycji w starciu z materią nieożywioną.

Jako przykład może posłużyć kuchenka mikrofalowa z naszego domu. Pewnego razu rozmawialiśmy o tym, że można ją wymienić – ma już swoje lata. Nasz błąd polegał na tym, że rozmawialiśmy o tym przy niej… Kuchenka odmówiła posłuszeństwa po kilku dniach. Co ciekawe – uderzona z odpowiednią siłą zmusiła się do współpracy. Szczegółowe dochodzenie wykazało, że winne są drzwiczki, które nie zawsze dokładnie się zamykają, niemniej – takie zbiegi okoliczności pozwalają nam wierzyć w jakieś tajemne życie przedmiotów.

Jednak historii z minionego weekendu nie da się nijak wyjaśnić.

Przy okazji różnej maści ostatnich robótek domowych potrzebna nam była miarka. Taka zwykła, stalowa, zwijana. Dokładnie taka, jaką kupiliśmy dawno temu i jaka ładnie wisiała w szafce z narzędziami. Niestety, miarka zniknęła. Szukaliśmy, wołaliśmy, przetrząsnęliśmy wszystkie mroczne zakamarki kilkakrotnie – w tym oczywiście szafkę z narzędziami i biurko. Bez efektu. Miarka przepadła jak kamień w wodę. Musieliśmy radzić sobie zwykłą linijką (odmierzcie dwa metry trzydziestocentymetrową linijką).

W sobotę na zakupach podjęliśmy istotną decyzję i za porażającą kwotę kilku złotych kupiliśmy nową miarkę. Elegancką, gumowaną, prze-pię-kną.

W niedzielę odnalazła się stara miarka. W szafce z narzędziami. W miejscu, na które patrzyliśmy kilkakrotnie.

Mówi się “diabeł ogonem nakrył”. Tym razem nakrył małą figurką.

Wolę mówić, że to jakaś magia – bo do gapiostwa się nie przyznam:)

czwartek, 31 grudnia 2009

Podsumowanie 2009 – życzenia na 2010

Nie lubię sytuacji, gdy gotowy wpis znika w Windows Live Writerze – a taka sytuacja właśnie mi się przytrafiła. Muszę więc odtworzyć z głowy to wszystko, co mozolnie tworzyłem przez ostatnich kilkadziesiąt minut. Grrr…
OK, kończy się rok, a więc czas na tradycyjne podsumowania i plany na przyszłość. Ja też postanowiłem podsumować ostatnie 12 miesięcy…
Tu dygresja – to, że podsumowujemy rok, wynika z czystego przypadku. Zachęcam Was do robienia nieco częstszych podsumowań – i planów na przyszłość.
…i napisać kilka słów o moich planach. Dla większej przejrzystości pogrupowałem poszczególne wydarzenia tematami.
Praca zawodowa
Podsumowanie 2009: zmieniłem pracę – pomimo kryzysu. I to zmieniłem na lepsze. Mam teraz więcej czasu dla siebie, większy spokój – za to mniej nerwów. Co mnie szalenie cieszy. Dodatkowo przy zdobywaniu pewnych uprawnień zawodowych udało mi się przekroczyć magiczną barierę połowy egzaminów. Z rzeczy około zawodowych – dowiedziałem się, że w Excelu nie ma wypunktowania…
Plany na przyszłość: nadal cieszyć się pracą i być w niej coraz lepszym. Zdać kolejne egzaminy i zrobić wreszcie te uprawnienia. No i podciągnąć się z Excela, aby być w nim faktycznie biegłym (o ile czas i zasoby pozwolą).
Aktywność sieciowa
Podsumowanie 2009: zawiesiłem, a następnie aktywowałem tego bloga – z całkiem niezłym skutkiem, muszę dodać. I zmieniłem mu wygład – moim zdaniem, na lepszy. Za to zupełnie zamroziłem bloga o Gdańsku. Uporządkowałem nieco mój wizerunek w sieci – skupiłem się na blogu i Blipie, odszedłem o Flakera i Twittera, z Facebooka uczyniłem agregator mojej sieciowej działalności. W ostatnich tygodniach roku zacząłem nieco intensywniej mieszać w swojej zupie.
Plany na przyszłość: już wkrótce (mam nadzieję) ruszę z kolejnym blogiem. O czym – to powiem w swoim czasie. Trudno mówić o jakichś planach w sieci, ale mam nadzieję, że to wszystko, co w niej robię, nie będzie gdzieś ginęło. Mówiąc krótko – liczę na zdobywanie kolejnych czytelników.
Realizacja marzeń
Podsumowanie 2009: ten rok był niesamowity – zrealizowałem kilka marzeń, co nie każdemu się przydarza. O niektórych z tych marzeń pisałem dużo, o innych tylko wspomniałem. Niektóre (te bardziej materialne) można śledzić na specjalnej liście.
Plany na przyszłość: realizować kolejne i ciągle wymyślać nowe szczyty do zdobycia. Prawda jest taka, że jeśli ktoś raz zasmakuje w spełnianiu swoich marzeń, to potem trudno mu przestać:)
Rozwój osobisty
Podsumowanie 2009: przeczytałem książkę “Getting Things Done” – i zacząłem wdrażać system osobistej efektywności. Przeczytałem też (między innymi) “Siedem nawyków skutecznego działania”, “Zasada nr 1” czy “Czterogodzinny tydzień pracy”. I muszę przyznać, że są to książki mocno inspirujące. Do tego nauczyłem się pływać, jeździć na łyżwach i rolkach. Zrobiłem kilka niezłych zdjęć, udało mi się też napisać na kilka fajnych (moim zdaniem) tematów. Ogólnie kończę ten rok z poczuciem, że jestem innym człowiekiem, niż przed dwunastoma miesiącami – i cieszy mnie to.
Plany na przyszłość: dalsza praca nad efektywnością, dalsze czytanie wielu książek (papierowych, audio albo na komórkę), doskonalenie pływania i jazdy na rolkach. Do tego szlifowanie umiejętności fotograficznych, sprawniejsze pisanie na różne tematy. No i w kwestii inwestowania – przejście od teorii do praktyki.
Życie osobiste
Podsumowanie 2009: zostałem ojcem chrzestnym. A także zaręczyłem się i planujemy z Ukochaną ślub.
Plany na przyszłość: ożenić się z Ukochaną i żyć razem długo i szczęśliwie.
Podobno życzymy innym tego, co sami chcielibyśmy usłyszeć. Może to prawda, ale poniższe życzenia są jak najbardziej szczere.
Moim Czytelnikom w 2010 roku życzę przede wszystkim realizacji poznanych marzeń i sukcesów wytyczaniu oraz osiąganiu nowych celów – coraz ambitniejszych. Dużo zdrowia. Uśmiechów dokoła. Zmiany wewnętrznej, z której będziecie dumni. Oraz wielu dobrych tekstów w sieci i poza nią.
I uważajcie z fajerwerkami!

piątek, 11 grudnia 2009

Lego i śnieżki

Dziś dwie krótkie informacje, kompletnie ze sobą niezwiązane. Ale muszę, po prostu muszę!

Właśnie kończy się tydzień pod nazwą “Bring Your Favourite Minifig To Work Week”, w skrócie “BYFMTWW”. Że co? Że nie wiecie, o co chodzi? To odsyłam do fachowych serwisów, które wyjaśnią, co i jak. Ja wprawdzie nie jestem jeszcze takim AFOL-em jak ludzie z e-klocki.com, ale BYFMTWW świętować moge. Chwyciłem mojego ulubionego kościotrupa i zrobiłem mu fotkę w miejscu, które integruje całe biuro. W kuchni.

Na tle pozmywanych talerzy

Może w przyszłym roku zrobię więcej zdjęć?

Po drugie – dziś, w ciągu dnia, na Blipie pojawił się fakt medialny, że w Gdańsku pada śnieg. Kto wie, może to nawet prawda była, ale zanim wróciłem z Sopotu, na ulicach nie było ani śladu bieli. Grunt, że wyraziłem niekłamaną radość z powodu śniegu. MM Trójmiasto tej radości nie podzieliło. Wyzwałem ich na bitwę na śnieżki. Oni podjęli rękawicę

I tak zrodził się pomysł Wielkiej Trójmiejskiej Bitwy na Śnieżki!

Mam nadzieję, że uda się zrealizować ten niesamowicie pozytywny flashmob. Potrzebujemy tylko śniegu. Masy śniegu. Oraz doprecyzowania kilku szczegółów, ale w tym celu odsyłam do artykułu na MM Trójmiasto. Oraz do obserwowania odpowiedniego tagu na Blipie - #sniezki3miasto – polecam ten tag podwójnie, bo nie tylko zainspirowałem niejako całą akcję, ale też to ja go wymysliłem:) Trochę lansu i chwalenia się, ale w dniu walki stulecia chyba mi wolno?

Pamiętajcie o swoich minifigach w przyszłym roku! I już zacznijcie trenować rzuty…

wtorek, 27 października 2009

Notatniki hand – made

Nie tak dawno na Blipie ^szpiegowsky wyraziła życzenie ujrzenia notatników, które zrobiłem – a o których wspomniałem już i u siebie, i u Wesołego Terrorysty. Niniejszym spełniam to życzenie – oto zdjęcia moich notesów:)
Jako pierwszy – notatnik, o którym pisałem kiedyś. Zrobiony ze zwykłego zeszytu i okładki starego kalendarza.
 
Nie wygląda zbyt ładnie…
Służy mi do zapisywania wszelkich przydatnych myśli – ale takich “na przyszłość”. Są tam więc i pomysły na notki, i przemyślenia wszelakie, i plany “byznesowe”, i sposoby zbawienia świata…
W środku – zwykły zeszyt.
Z tyłu tego notatnika prowadzę arcyskomplikowany spis treści, aby się nie pogubić w natłoku pomysłów:) Całość ma format A4 i grubość 96 kartek plus okładki.
Jako drugi – notes, który wykonałem dla mojej Ukochanej. Bo mnie poprosiła.
W porównaniu z poprzednim – arcydzieło.
Złożony z dwóch tzw. zeszytów do słówek – format A5. Okładka z czarnego weluru, niebieska wstążka, na grzbiecie gumki do trzymania długopisu. No i to, co w poprzednim notesie – gumka spinająca okładki. Z powodu szalonego pomysłu okładki są lekko wypchane jakimś miękkim wypełnieniem – ale nie jest to zbyt widoczne. Okładki wzmocniłem średniej grubości tekturą ze sklepu dla plastyków (przy okazji – taką tekturę można nabyć wyłącznie w formacie A1 albo zbliżonym…niezbyt wygodne w transporcie – na szczęście sprzedawczyni w sklepie w Sopocie zgodziła się przeciąć całość na cztery części). Okładka sklejona z notesami za pomocą kleju Pattek SOS.
I ostatni, moje narzędzie do GTD. Okładka do dwóch notesów.
Coś słaba ostrość wyszła...
Materiały identyczne jak poprzednio – czarny welur, średniej grubości tektura w okładkach. Żadnego spinania gumkami. Miejsce na długopis – zupełnie przypadkiem pomiędzy okładkami.
Długopis wsuwam w przerwę w materiale.
Do tego w środku dwa notesy, formatu A6, zahaczone o wszyte gumki. W notesie po lewej “łapię” pomysły, w notesie po prawej – mam uporządkowane listy.
Póki co – to wszystko. Zastanawiałem się, czy nie zacząć produkować tego na Allegro:) Ale musiałbym liczyć drożej niż za najdroższego Moleskine’a. Może i materiały wychodzą taniej, ale mój czas jest bezcenny. Co do kosztów materiałów – to nie wychodzi jakoś strasznie drogo, bo kupiony materiał czy tektura wystarczą na kilka(naście) notatników. Najdroższe w każdym notesie są: zeszyt, klej i czas. bo roboty z tym jest sporo.
Ale satysfakcja z posiadania takiego notesu – bezcenna.

piątek, 2 października 2009

Latanie…

Wpis krótki, osobisty, bardzo spóźniony, mający za zadanie pokazać dwie rzeczy.

Po pierwsze – spełnienie marzeń pozwoli nawet staremu koniowi poczuć się jak małe dziecko. Takie, które dostało worek cukierków.

Po drugie – że jestem z najcudowniejszą Kobietą pod słońcem.

Z końcem sierpnia były moje urodziny. Nawet nie żadne okrągłe – ot, kolejna rocznica. Jednak ten dzień zapamiętam na długo. Ze względu na prezent, jaki dostałem od mojej Ukochanej.

Każdy, kto mnie choć trochę zna, wie o moim małym świrze na punkcie latania i wszystkiego, co z lotnictwem jest związane. Potrafię gapić się jak przedszkolak na lecący samolot. Siedzenie przy oknie w samolocie to dla mnie rozrywka na bardzo długo. Pobyt na lotnisku – to coś jak mały Disneyland. Niestety – wada wzroku skutecznie eliminuje mnie jako pilota (w każdym razie tak mi powiedziano), w związku z czym moje zachwyty lataniem mogą mieć postać wyłącznie bierną.

Ale jak wiadomo, jest latanie i latanie. Na urodziny dostałem to drugie. Lot awionetką. Z pilotem, oczywiście, ale chyba widzicie różnicę pomiędzy siedzeniem w Boeingu 757 a w Cessnie?

Tak więc w związku z moimi urodzinami pojechaliśmy na lotnisko do Pruszcza Gdańskiego, do aeroklubu, aby sobie trochę polatać… Tym cudem:

Cudo na drugim planie.

Ciasno jak cholera, ale drobiazgi nie mogą nas ograniczać, prawda? Z pomocą przesympatycznego pilota zapiąłem pasy, zamknąłem drzwi, założyłem słuchawki nawet (tego zdjęcia nie pokażę…) i – wystartowaliśmy.

To było najcudowniejsze dziesięć minut, jakie mogłem sobie wyobrazić. Parę pętli nad Pruszczem i okolicą – centrum dystrybucyjne Poczty Polskiej, autostrada A1, pola, lotnisko. Początkowo nie odrywałem palca od spusty migawki, robiąc zdjęcia takie, jak te:

Jedna z niewielu wyraźnych fotek – ale nadaje się na tapetę:)

Dworzec w Pruszczu – ale raczej nie na tapetę…

Po chwili zrozumiałem jednak, że choć sytuacja do takich ujęć może sie już nigdy nie powtórzyć, warto się skupić na tej pasji, która mnie zawiodła tak wysoko – a nie było to fotografowanie… Jak małe dziecko patrzyłem za okno, wypatrując znajomych miejsc (jeden klient, drugi klient…), a że pogoda była niezła (bez słońca, ale ładnie), to widziałem nawet kominy gdańskiej elektrociepłowni na horyzoncie. I lecący samolot rejsowy. Do tego dwie “górki”, czyli szybkie podlecenie w górę i potem w dół, jak na kolejce górskiej. Wpierw wciskamy żołądek w dół, a potem podnosimy go pod gardło:) I jeszcze szybki przelot tuż nad płytą lotniska, z gwałtownym poderwaniem na koniec.

A zresztą – co ja będę opowiadać, sami zobaczcie niektóre fragmenty:

Mistrzem montażu nie jestem, ujęć może też (film kręciłem drugim aparatem, lewą ręką), ale i tak żaden film nie odda tego, co wtedy czułem. Gdy wylądowaliśmy i wysiadłem, podobno promieniałem ze szczęścia. I tak też się czułem.

Kochanie, dziękuję Ci bardzo za tak cudowny prezent.

A po wylądowaniu i powrocie do Gdańska poszliśmy skosztować sushi. Ale to zupełnie inna historia:)

PS: Zapomniałbym o oklepanym morale – warto realizować marzenia. Swoje lub innych:) Dlatego jeśli macie jakieś niezrealizowane marzenie, nawet z wczesnego dzieciństwa, to warto poświęcić trochę czasu i pieniędzy, aby poczuć to coś. O spełnianiu marzeń jeszcze wspomnę – bo to nie było jedyne, które udało mi się ostatnio zrealizować. Zresztą – wystarczy spojrzeć na moją sieciową “chcęlistę”, aby zobaczyć, co na niej jest już odznaczone:)

PS2: chyba nie zdradzę wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że tak naprawdę to moje marzenie zostało zrealizowane w pełni, gdy nagle gdzieś nad początkiem drogi krajowej nr 1 pilot powiedział “pilotowałeś coś takiego kiedyś? Nie? a chcesz spróbować? To proste!”. Całe moje zadanie to było tylko trzymanie steru i lekkie skręty (byłem zbyt podekscytowany, by dostrzec jakiekolwiek zegary na desce, na szczęście pilot czuwał), ale – PILOTOWAŁEM SAMOLOT!:) I co Wy na to?

wtorek, 19 maja 2009

Notatnik...

Jakiś czas temu jeden z blogów, które czytam regularnie - Unclutter.com (polecam gorąco, jeśli chcesie uporzadkować wszystko dokoła) - zrobił ciekawe zestawienie luksusowych notatników. Był tam oczywiście kultowy Moleskine, jak również 34 inne, których nie kojarzyłem. A ponieważ już od dawna chciałem mieć jakiś porządny notatnik, aby zapisywać różne pomysły, które przychodzą mi do głowy, stwierdziłem, że taki przegląd to cośw sam raz dla mnie.
Zaczałem szukać tych notatników na eBay'u i okazało się, że są to piekielnie drogie zabawki...
Ale od czego radzenie sobie. Nie muszę mieć fikuśnego notatnika, aby spisywać to, co mi się pod czaszką wylęgnie. Wziąłem więc zwykły zeszyt w kratkę, format A5, twarda okładka - znakomicie spełnia swoją rolę.
Tylko że miał baaaaardzo pstrokatą okładkę. No sami powiedzcie, czy komuś takiemu jak ja wypada pokazywać się publicznie z niebiesko-żółto-zielono-różowym zeszytem?
Chyba nie.
I tu wpadłem na pomysł, który kiedyś opublikuję na spryciarze.pl albo gdzieś:
  • wziąłem stary kalendarz służbowy, oprawiony w ładną, ciemną ceratkę (skóra to z pewnością nie jest),
  • oderwałem mu tę okładkę, a następnie oderwałem z niej papier,
  • ze środka wyjąłem dwie grube tekturki z cienką gąbką,
  • ceratkę odmoczyłem, aby pozbyć się resztek papieru,
  • z resztek kalendarza wyrwałem tasiemkę - zakłądkę,
  • w pasmanterii kupiłem pół metra szerokiej gumki,
  • przykleiłem tekturki z gąbką do okładek mojego zeszytu,
  • w ceratkę wszyłem gumkę,
  • przykleiłem do grzmietu zeszytu zakłądkę,
  • obłożyłem zeszyt ceratką, sklejając wszystko jakaś kropelką czy innym superglue
I tak oto mam notatnik, przy którym Moleskine może się schować. Zamykany na gumkę i takie tam...

środa, 26 listopada 2008

Problem z prawem pracy

Tym razem na szybko, mam problem z prawem pracy i moim pracodawcą - potrzebuję Waszej pomocy!

Moja firma wysyła mnie na wyjazd integracyjno - szkoleniowy w piątek i sobotę. W Piątek będzie przemówienie najwyższych władz i integracja, a w sobotę - szkolenie o budowaniu zespołu, zarządzaniu nim i grupach.

Okazuje się, że siedzenie w sobotę do 17 gdzieś pod Warszawą (a następnie powrót do Gdańska) nijak nie będą się wliczać do czasu pracy - a więc nie dostanę za to wynagrodzenia ani dnia wolnego. A skoro nie jest to czas pracy - czy pracodawca może mi kazać przebywać na tym szkoleniu? Czy też w piątek wieczorem bez żadnych konsekwencji mogę wyjechać do domu?

Z góry dziękuję za wszelkie odpowiedzi. Najlepiej z podanymi paragrafami:)

środa, 29 października 2008

Dobre wychowanie


Na ruchomych schodach ZAWSZE stoimy z prawej strony...szkoda,że niektórzy nie mają na tyle rozumu,aby o tym pamiętać.

wtorek, 21 października 2008

Po Poolcampie

W związku z jakimiś problemami niektórych blipowiczów, aby obejrzeć moje fotki z ostatniego Poolcampa na Flickrze, wrzucam je tu. Jak leci.


DSC00056


DSC00055


DSC00054


STP67323


STP67320


Wiele tego nie ma, ale zawsze coś...
Dzięki za wczoraj!

czwartek, 16 października 2008

Właśnie tak pada w Bydgoszczy...


Jadąc pociągiem do Poznania nie umiem nie spać... A gdy się budze,za oknem zawsze mam niespodziankę-inne miasto i inna pogodę:)

środa, 19 marca 2008

Atak zimy!

Gdy wczoraj pisalem o żłych warunkach drogowych, spowodowanych opadami sniegu, nie przypuszczalem, ze na moje zyczenie, aby święta byy białe, spełni się tak szybko...
Nagły atak zimy zaskoczył wszystkich, paraliżując ruch na obwodnicy i znacznie spowalniając jazdę w centrum .Ok 8 korek w stronę Wrzeszcza sięgał od Bramy Oliwskiej do Miszewskiego... Korek z Pruszcza do Gdańska również ciągnął się niemiłosiernie. Miałem szczęście, że jechałem w przeciwną stronę.
Tak wyglądało rano skrzyżowanie przy Galerii Bałtyckiej:

Stworzone w programie przeglądarka Flock
 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com