piątek, 26 marca 2010

“The Box. Pułapka” – jeśli lubisz takie klimaty…

Dzięki ^allegro, które zorganizowało na Blipie szybki konkurs, mogłem obejrzeć w gdańskim Multikinie film “The Box. Pułapka”. Na samym początku chylę czoła przed słynną polską szkołą tłumaczy filmowych. Zgaduję, że “Pudełko” nie oddawałoby grozy sytuacji, stąd dodatek w postaci “Pułapki”. Mała podpowiedź dla tłumaczy – obecnie większość ludzi wie, na co chce iść do kina, więc nie trzeba im tłumaczyć jak krowie na miedzy, co to za film. Ale w końcu “Dirty Dancing” to “Wirujący seks”, więc pewnie się czepiam bez powodu.

Film jest adaptacją opowiadania Richarda Mathesona, który największy rozgłos zyskał dzięki książce “Jestem legendą” (notabene sfilmowanej trzykrotnie, o ile dobrze kojarzę). Tamtego filmu nie widziałem, natomiast książkę mogę polecić z czystym sumieniem – kawałek świetnej prozy z dreszczykiem. Pamiętam, że przeczytałem też jeszcze jedno opowiadanie Mathesona, ale – aż wstyd – nie pamiętam jego tytułu, a próba podparcia się fabułą mogłaby zepsuć Wam ewentualną przyjemność, więc nie będę ciągnął tego wątku. Opowiadania “Button, button”, na podstawie którego powstał “The Box” nie czytałem, ale mam wielką ochotę.

Bo film, mówiąc kolokwialnie, narobił mi apetytu.

I to nie według zasady “film tak słaby, że książka musi być lepsza” – ale z chęci zestawienia niezłego kina z literackim pierwowzorem.

Pokrótce o filmie – młode małżeństwo, lata siedemdziesiąte, problemy finansowe, tajemniczy gość i oferta. Oferta bardzo podejrzana moralnie. Wystarczy wcisnąć guzik na małym pudełku, o otrzymamy milion dolarów. Milion! W 1976! Ale jest też haczyk – w tej samej chwili gdzieś, ktoś umrze. Czy można decydować o życiu kogoś, kogo nie znamy, za dużą sumę? Czy zapach zielonych uspokoi nasze sumienie? I właściwie dlaczego to nam złożono taką ofertę? Więcej zdradzać nie będę (no, może tylko to, że Bruce Willis w “Szóstym zmyśle” jest…nie, taki nie będę:)), ale z zamieszczonego poniżej trailera wywnioskujecie, że nie jest to film przepełniony filozoficznymi rozważaniami o moralności, a sprawnie zrealizowany thriller (z grubsza), gdzie nieprzygotowani bohaterowie muszą stawić czoła przerastającej ich sytuacji.

Podobała mi się w tym filmie Cameron Diaz – nie spodziewałem się, że potrafi zagrać zmęczoną, przestraszoną kobietę, z początkami zmarszczek i dylematami moralnymi. Z drugiej strony – do tej pory kojarzyłem ją tylko z jakichś lekkich komedii.

Film trzyma w napięciu, ze dwa razy udało mi się nawet podskoczyć – ale to ze względu na gwałtowność danej sceny. Od strony realizatorskiej nic nie można obrazowi zarzucić, ale to kino zza Wielkiej Wody, a rzemieślników tam mają przednich. Liczy się więc historia, a ta – w przeciwieństwie do opisywanego ostatnio “Tricku” – jest nie tylko dobra, ale i świetnie opowiedziana. Do samego końca nie możemy być pewnie, jak film się skończy, a gdzieś z tyłu głowy, nawet po wyjściu z kina, tłuc się będą pytania “ale dlaczego, jak?”. I to nie jest wynikiem pominięcia pewnych wątków, a raczej niezwykłości opowiadanej historii.

Osobiście lubię takie nierealne klimaty, zwłaszcza, jeśli mają choć cień przesłania. Dlatego na “Pułapce” bawiłem się (o ile można tak powiedzieć) dobrze, bo to ani sensacja, ani horror, ani mroczny thriller, a pewna mieszanka wszystkich wymienionych. Polecam więc wybranie się do najbliższego kina, jeśli macie ochotę na niezłą rozrywkę z dreszczykiem. Dla rzetelności jednak muszę nadmienić, że mojej Narzeczonej film się nie podobał.

De gustibus…

I jak zwykle – trailer. Oraz pytanie dla tych, którzy film już widzieli – ile scen ze zwiastuna nie pojawiło się w wersji ostatecznej?

No dobrze, żeby nie było zbyt różowo – jeszcze jedna uwaga do dystrybutora. Że tytuł filmu jest, jaki jest – trudno, tak MUSI być. Ale mam prośbę, aby przed wypuszczeniem filmu do kina zatrudnić korektora do sprawdzenia napisów. Bo jak zobaczyłem zdanie “podziwiam twój chart ducha”, to dopiero mi się włos zjeżył na głowie.

wtorek, 23 marca 2010

Wiosna, panie blogerze! Niech się mury pną do góry!

Za oknem ani śladu śniegu, od czasu do czasu nieśmiało przebija się słońce, jest cieplej, zaczął padać deszcz. Niechybny to znak, że zaczęła się wiosna. Co może cieszyć, a i owszem, bo to i dni dłuższe, i ubrania lżejsze, i po chodnikach łatwiej się chodzi. Tzn. – będzie się łatwiej chodziło, jak spłyną wszystkie pozimowe “przebiśniegi”, pozostawione przez psy bezmyślnych właścicieli.

Lada moment – podejrzewam – wszystko dokoła się zazieleni (ciekawe, jak mój dąb na balkonie przeżył swoją pierwszą zimę), ptaki będą śpiewać (inaczej niż ponurym krakaniem – choć widok około tysiąca rozkrzyczanych gawronów przelatujących nad Sopotem jest niezapomniany), kwiatki – pachnąć, a młodzież zacznie się obściskiwać i całować po ławkach w parku.

Tak, to może też wkurzać.

Dla mnie jednak, zwierzęcia typowo miejskiego, z trudem potrafiącego rozpoznać modrzew z dużej odległości – wiosna ma jeszcze coś. Może to, co powiem, będzie odebrane jako perwersyjne, może kilka osób popuka się palcem w czoło, ale cóż poradzę na to, że w mieście z wiosną, a zwłaszcza z wiosennymi deszczami, nadciąga pewien specyficzny zapach. Zapach, który możliwy jest do uzyskania tylko wiosną, gdy temperatury nie są zbyt wysokie, nie są zbyt niskie – o, takie w sam raz.

Zapach mokrego asfaltu.

Może to nie jest tak, że jak myślę “wiosna”, to ten zapach uderza w moja podświadomość, ale wiosna i mokre chodniki jakoś łączą się w mojej głowie. Przyznajcie się – jak czujecie ten specyficzny zapach, to z całą pewnością nie ma dokoła zimy czy jesieni (czasem może być lato, ale to osobna historia).

OK, odejdźmy od moich osobistych perwersji wiosennych – bo mam jeszcze jedną refleksję. W ostatni weekend, po części zawodowo, po części hobbystycznie, dzięki darmowej wejściówce, wybrałem się na oglądanie targów nieruchomości w Gdańsku. I ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie było interesujących ofert – gdybym miał obecnie kupować lokum, miałbym ciężki orzech do zgryzienia. Owszem, buduje się Garnizon we Wrzeszczu…

Na targach reprezentowany przez gigantyczną makietę

…ale – według informacji uzyskanych od przedstawicielki Hossy, budowa potrwa jakieś 15 lat. I nie wiadomo, czy wpierw powstanie mieszkaniówka, czy może biurowce od strony Słowackiego i Grunwaldzkiej. Niemniej – całość jawi się jako smaczny kąsek – małe miasteczko w centrum, z wysoką wieżą, nowymi biurowcami (w tym takim śmiesznie skręconym – na zdjęciu po prawej), starymi budynkami przekształconymi na biura, własnym strumieniem (ponoć miasto planuje przełożyć Strzyżę w związku z przebudową Słowackiego – już raz była przekładana przy okazji Galerii Bałtyckiej) i całą masą zieleni. Obecnie istnieje jeden biurowiec, budują się też mieszkania, w tym kilka bloków z tzw. soft-loftami (mieszkania w stylu loftów, ale bez owego surowego klimatu, budowane od nowa, z wysokimi sufitami, wielopoziomowe). Całość sprawia wrażenia nieźle rozplanowanego, przyjaznego miejsca, w którym dobrze będzie się mieszkać.

A wszędzie będą chodzić takie małe, kolorowe ludziki

Niestety – tereny po koszarach są duże, ale nie na tyle duże, aby nie mieć świadomości mieszkania przez 15 lat na placu budowy. Reszta ofert – jak już mówiłem – bez szału. Jedno osiedle w Oliwie, jedno w Jelitkowie – i nic więcej, co byłoby zbieżnego z naszymi zamierzeniami mieszkaniowymi. Z całych targów i tak najbardziej podobał mi się salonik VIP, gdzie na wielkim telewizorze wyświetlano koncert Shakiry:)

Trochę to smutne, że w tak dużej aglomeracji, jaką jest Trójmiasto, trudno znaleźć nowe inwestycje w mieście, nie będące pionowymi falowcami. Widać taki trend, ale jeśli to się utrzyma, to chyba sam będę musiał jakiś blok wybudować:)

Po więcej zdjęć – zapraszam do mojego albumu na fmix.pl, choć uprzedzam, że dominuje Garnizon…

niedziela, 21 marca 2010

“Trick” – dobry samochód, ale zła droga

W kinie byłem. Na filmie – polskim. A tam, jak głosi kultowa wypowiedź z kultowego filmu “nic się nie dzieje”.

No, nie do końca nic. Coś jednak drgnęło i możemy się z tego cieszyć.

Rzeczony film to “Trick” Jana Hryniaka. Obraz reklamowany jako komedia sensacyjna. Gdzieś nawet natrafiłem na stwierdzenie, że w Polsce nie było takiego filmu od czasów “Vabanku” Machulskiego. Czy jest to prawdą? Czy faktycznie udało się stworzyć kino wybitne?

Nie.

“Trick” przede wszystkim jest kolejnym polskim filmem, który nie rozczarował mnie od strony realizacji. Słychać aktorów, a nie muzykę, dobre zdjęcia, porządny montaż (technicznie – o montażu jeszcze będzie), nawet jakieś śladowe efekty specjalne – nie ma się czego wstydzić. Do tego plejada rewelacyjnych aktorów (Chyra, Trela, Adamczyk, Więckiewicz – no nich mi ktoś powie, że oni nie są najzwyczajniej w świecie dobrzy…) i całkiem znośna historia. Na moje oko – materiał na mały hit. Polski “Ocean’s 11”. Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Bo te składniki źle wymieszano, a przez to zupa nie może być smaczna. Zacznijmy od prostej kwestii. Scenariusz – historia zdolnego fałszerza, który zmuszony jest do pracy dla gliniarza odpowiedzialnego za wsadzenie go do więzienia. Opowieść o ucieczce z więzienia i zemście. Trochę political fiction. Brzmi rewelacyjnie, a jednak bez żalu kilka wątków można skasować, ewentualnie znacząco przebudować (jak chociażby kwestię dziewczyny głównego bohatera – tak mdłej postaci już dawno nie widziałem). Kilka zaś przydałoby się rozbudować, jak choćby ową zemstę na dawnym wspólniku, bo takie opowieści to samograje.

Dalej – skoro pomimo tego mamy kilka niezłych wątków, to czemu nie zrobić ich autentycznymi? Jak? Za pomocą lepszych dialogów. Dbałości o szczegóły. Jakiejś spójności, logiki – bo np. miałem wrażenie (może tylko ja), że nagłą propozycja współpracy przy fałszowaniu dolarów była od dawna uwzględniona w planie ucieczki z więzienia… No i te dialogi – nawet, jeśli były z krwi i kości, to krew już powoli krzepła, a połamane kości przebijały się przez skórę.

Ale nawet jeśli scenariusz mamy taki, jaki mamy, to może udałoby się go ciekawiej pokazać?  Zapewne udałoby się, ale do tego potrzebny jest dynamiczniejszy montaż. Olanie chronologii i pokazanie wszystkiego jak nieustającego teledysku – z chwytliwą muzyczką. Dokładnie tak, jak w “Ocean’s 11”. Mamy akcję – mamy puentę – mamy wyjaśnienie przekrętu. I tak w kółko. A takie coś zostało pokazane raz. Owszem, w takim wypadku film byłby krótszy, ale to daje pole do popisu przy moich dwóch pierwszych zarzutach.

Podsumowując – chciałbym oglądać coraz więcej polskich filmów, które są tak realizowane. Na szczęście to już chyba staje się normą, więc teraz jedynie możemy sobie życzyć – a to lepszych piosenek, a to bardziej widowiskowych efektów specjalnych, ot – drobiazgów. No, może ten montaż…ale to już zależy od reżysera. Na aktorstwo też narzekać nie możemy (w konkretnych przypadkach, mówię jednak o aktorach, a nie o drewnach z takiego jednego serialu). Czekamy zatem na porywające scenariusze, z odlotowymi historiami. No i reżyserów, którzy udźwigną tego typu wyzwania. Jakby ktoś szukał czegoś konkretnego, to jeden scenariusz wala się u mnie na dysku od kilku lat. Doszlifować go trzeba. Z reżyserią też dałbym radę, jakby wyjścia nie było:)

I wtedy będzie “Ocean’s 11”. A nawet, 12, 13 czy 44. Bo teraz to zostaje nam tylko Oceans Four (przynajmniej w Gdańsku).

Poniżej – trailer “Tricku”, zawierający smaczniejsze kawałki z filmu i zdecydowanie lepiej zmontowany.

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com