sobota, 27 lutego 2010

Jak dożyć stu lat

Dziś na krótko - każdy powinien obejrzeć ten film i zastanowić się nad jego przesłaniem. Nieistotne, czy uda Wam się wdrożyć tego typu postępowanie, nieważne, czy to zadziała poza Okinawą czy Sardynią. Po prostu zastanówcie się.
I jeszcze refleksja na temat wykładów z konferencji TED - jeśli gdziekolwiek widzicie materiał z tym logiem, a temat interesuje Was choćby w małym stopniu - poświęćcie kilka minut i zapoznajcie się z nim. Zaręczam, że nie będziecie żałować.

PS: po zakończonej prezentacji jest krótka reklama IBM - nie wyłączajcie jej, tylko obejrzyjcie - i również zastanówcie się, dlaczego u nas nie może być tak, jak w Sztokholmie.

piątek, 26 lutego 2010

Wilq 1 – 2 – 3 - 4

Wreszcie udało mi się położyć łapki na pięknym, kolorowym wydaniu pierwszych czterech albumów komiksu “Wilq”. A trzeba Wam wiedzieć, że przejść z tym wydawnictwem miałem sporo.

Album był dostępny jedynie na zamówienie w przedsprzedaży, a rozprowadzany tylko przez dwa sklepy w Polsce. Z nostalgią wspominając pierwszy raz, gdy przeczytałem o przygodach opolskiego bohatera (a było to jakoś na początku studiów), zamówiłem jeden egzemplarz. Nie wierząc w przesyłki Poczty Polskiej ani firm kurierskich, wybrałem opcję odbioru osobistego. Wprawdzie owe księgarnie (komiksarnie) są w Warszawie, a ja w Gdańsku, ale wiedziałem, że prędzej czy później będę w “stolycy” – to i okazja do odbioru się nadarzy.

Wkrótce (to jest jesienią minionego roku) pojechałem do Warszawy. Poszedłem do sklepu i…wyszedłem z niczym. Jakimś wielce tajemniczym sposobem do tego konkretnego punktu dotarła tylko połowa partii, która rozeszła się na pniu. A dla mnie (i dla drugiej połowy zamawiających) zabrakło. Żal, smutek, frustracja – tymi słowami moglibyśmy określić mój ówczesny stan, gdyby nie dominowało potężne uczucie wku…zdenerwowania.

Umówiłem się ze sprzedawcą, że gdy tylko druga partia dotrze – da mi znać na maila (niezwłocznie), a ja poślę kogoś po odbiór komiksu. Jednocześnie napisałem do autorów i w zadziwiająco kulturalny sposób poprosiłem ich o wyjaśnienie zaistniałej sytuacji. Odpowiedź nadeszła prawie błyskawicznie – komiksy zostały wysłane.

Jak to – i ja nic o tym nie wiem?

Telefon do sklepu upewnił mnie w tym, że umawianie się ze sprzedawcami jest metodą równie zaufaną co wysyłanie pocztą kartek świątecznych. Ale najważniejsze – Wilq był już w zasięgu ręki. Wysłana przeze mnie osoba komiks odebrała i – zamiast poczekać grzecznie na mój następny pobyt w Warszawie – wysłała mi go.

Pocztą Polską.

Gdzie ta przesyłka była, co widziała, kogo spotkała i jakie przygody przeżyła – o tym prawdopodobnie dowiedzielibyśmy się, gdyby koperty potrafiły mówić. Choć nie, przepraszam. Ta konkretne koperta nie powiedziałaby zbyt wiele. Bo byłaby martwa. Koperta dotarła w stanie agonalnym – rozdarta na krawędziach i poklejona na szybko taśmą klejącą. Oraz opatrzona eleganckim stemplem Poczty Polskiej, że zniszczenie zostało spowodowane przez automatyczny system sortowania przesyłek.

Niewiele brakowało, a uwierzyłbym, że nasza poczta ma taki system.

Sam komiks ostał się nienaruszony. Co mnie szalenie ucieszyło – aż strach pomyśleć, że mogłoby mu się coś stać – i mogłem natychmiast zasiąść do delektowania się historyjkami o prawdziwym superbohaterze (“a nie kimś takim, jak ta ciota Spawn” – cytując autorów). Jak oceniam ten wyjątkowy, kolekcjonerski wręcz album? W telegraficznym skrócie:

  • twarda okładka – plus,
  • obwoluta – minus (obwoluty się z czasem niszczą, zawsze),
  • rysunek na obwolucie – plus, mógłby być osobną historyjką,
  • brak tego rysunku na okładce, pod obwolutą – minus (a jak obwoluta się zniszczy – a niszczą się zawsze),
  • Wilq wreszcie jest w kolorze – duży plus, barwy dodały nowy wymiar do historii, na niektórych kadrach dramatyzm, na innych – komizm, a na jeszcze innych – fragmenty historii, których bez kolorów nigdy byśmy nie poznali (zwróćcie uwagę na witraże w kościele w Mielnie),
  • brak opowiadań “Ciemna strona Słońca” – dla mnie plus, nigdy tego nie czytałem:),
  • brak żartów obrazkowych – duży minus, przecież to spośród tych żartów (wprawdzie z późniejszych albumów) wywodzi się najlepszy polski żart rysunkowy 2008 (wg “Tygodnika Powszechnego”),
  • kilka dodatkowych, króciutkich historyjek – plus,
  • to nadal stary, dobry Wilq – olbrzymi plus.

Widać, że plusy przeważają – dziwnym nie jest. Komiks już przeczytałem od deski do deski (nie wiem, czy wypada mi to zaliczyć do akcji “52 książki”), co znacząco wpłynęło na poprawę mojego humoru (i to pomimo umierania na katar). Przypomniałem sobie też wszystkie odzywki z tych starych albumów, co skutkuje tym ryzykiem, że przez pewien czas mogę być Mistrzem Ciętej Riposty.

Album mógłbym z czystym sumieniem polecić każdemu, gdyby nie fakt, że obecnie dostanie go jest z pewnością niezłym wyzwaniem. Ale – i niech ten cytat będzie zakończeniem mojego wywodu – chcieć to móc, człowieku, chcieć to móc.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Moje małe, domowe voodoo

Nie jestem przesadny. Nie wierzę w magię. Nie czytam horoskopów, nie omijam czarnych kotów, dość długo regularnie wstawałem lewą nogą z łóżka, sól rozsypuję kilka razy w tygodniu. Gdybym miał się łapać za guzik za każdym razem, gdy widzę kominiarza, pewnie nawet koszule nosiłbym zapinane na zamek błyskawiczny.

Mówiąc krótko – zazwyczaj stoję na stanowisku agentki Scully z “Archiwum X” i z uporem godnym lepszej sprawy twierdzę, że “there has got to be an explanation”.

Niemniej czasem zdarzy się coś takiego, co podważa tę moją niezachwianą zdawałoby się wiarę – i wtedy zmieniam się w Muldera.

Znany jest Wam termin “złośliwość przedmiotów martwych”? Kompletny absurd – coś, co potrafiłbym rozłożyć na części, do najmniejszej śrubki (ale nie zrobię tego, bo w składaniu juz nie mam takich umiejętności), nie może mieć żadnych uczuć. A już z pewnością uczuć tak złożonych i wysokich jak złośliwość.

Niemniej czasem można zaobserwować coś, co zdaje się potwierdzać wredną naturę otaczających nas sprzętów. Jeżeli spieszymy się na autobus – rozwiąże się nam but. Jeśli widzimy lecące UFO – prawdopodobnie padnie bateria w naszym aparacie. Jeśli kobieta zrobi sobie manicure (tak się mówi? “zrobić sobie manicure”?), to z pewnością jakaś puszka, ołówek albo nawet jej własna torebka złamie jej najdłuższy z paznokci.

Można rozmawiać o tym, czy jest to pech, czy tylko nieuwaga i nad wyraz ciekawy zbieg okoliczności, ale to fakt – czasem stoimy na przegranej pozycji w starciu z materią nieożywioną.

Jako przykład może posłużyć kuchenka mikrofalowa z naszego domu. Pewnego razu rozmawialiśmy o tym, że można ją wymienić – ma już swoje lata. Nasz błąd polegał na tym, że rozmawialiśmy o tym przy niej… Kuchenka odmówiła posłuszeństwa po kilku dniach. Co ciekawe – uderzona z odpowiednią siłą zmusiła się do współpracy. Szczegółowe dochodzenie wykazało, że winne są drzwiczki, które nie zawsze dokładnie się zamykają, niemniej – takie zbiegi okoliczności pozwalają nam wierzyć w jakieś tajemne życie przedmiotów.

Jednak historii z minionego weekendu nie da się nijak wyjaśnić.

Przy okazji różnej maści ostatnich robótek domowych potrzebna nam była miarka. Taka zwykła, stalowa, zwijana. Dokładnie taka, jaką kupiliśmy dawno temu i jaka ładnie wisiała w szafce z narzędziami. Niestety, miarka zniknęła. Szukaliśmy, wołaliśmy, przetrząsnęliśmy wszystkie mroczne zakamarki kilkakrotnie – w tym oczywiście szafkę z narzędziami i biurko. Bez efektu. Miarka przepadła jak kamień w wodę. Musieliśmy radzić sobie zwykłą linijką (odmierzcie dwa metry trzydziestocentymetrową linijką).

W sobotę na zakupach podjęliśmy istotną decyzję i za porażającą kwotę kilku złotych kupiliśmy nową miarkę. Elegancką, gumowaną, prze-pię-kną.

W niedzielę odnalazła się stara miarka. W szafce z narzędziami. W miejscu, na które patrzyliśmy kilkakrotnie.

Mówi się “diabeł ogonem nakrył”. Tym razem nakrył małą figurką.

Wolę mówić, że to jakaś magia – bo do gapiostwa się nie przyznam:)

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com