poniedziałek, 28 września 2009

Czego uczą nas społecznościówki?

Tego, że ludzka głupota i naiwność chyba nigdy się nie skończą. I że – choćbyśmy nie wiadomo jak byli przygotowani na zderzenie z nimi – te dwie panie zawsze nas zaskoczą.

Ostatni przykład – Śledzik na Naszej Klasie. Zwykły mikroblog, z niezłym potencjałem (tylu potencjalnych użytkowników…) oraz funkcjami nieco uboższymi niż Blip. Można z nim żyć, można i bez niego. Ale nagle okazało się, ze nasi znajomi, zdawać by się mogło sympatyczni i inteligentni ludzie (niektórzy nawet z wykształceniem technicznym) zaczynają praktykować sieciową magię i wklejają łańcuszki. Wiele łańcuszków.

Ktoś to zapoczątkował – znajdźcie go i zabijcie.

Jak to skomentowała moja koleżanka (na Śledziku oczywiście) – ile ci ludzie musieli kupić Abgymników?:)

Okazuje się także, że Nasza Klasa to miejsce przyciągające w magiczny sposób niesamowite rzesze dziwaków. I nie chodzi mi o gimnazjalistki lansujące się w toalecie, ale o ludzi, którzy zakładają np. takie profile.

Następna będzie głowica atomowa pod wezwaniem św. Jerzego.

Ale walenie w NK jest takie proste… Zajrzyjmy w szeroki świat – Facebook. Od czasu, jak twórcy udostępnili możliwość pisania dowolnych aplikacji na FB, masowo zaczęły pojawiać się głupawe testy. Kiedyś śmiałem się, że wkrótce pojawi się test “czy jesteś dziwką”, ale to, co zobaczyłem dziś, rozłożyło mnie na obie łopatki.

Jak z kreskówki tworzonej na psychotropach.

Facebook nigdy nie potrafił mnie do siebie przekonać – a teraz odrzuca jeszcze bardziej. Choć muszę przyznać, ze z jednej aplikacji korzystam – z gry Mafia Wars. Ale nie po to, aby tworzyć rodziny i zabijać oponentów, ale aby patrzeć na stopę zwrotu z nieruchomości, w które można lokować kasę zdobytą na rozbojach. Ot, takie zboczenie zawodowe…

piątek, 25 września 2009

Głupota nie boli

Na krótko, bo ludzka głupota (albo brak dobrej woli) zawsze doprowadzają mnie do podenerwowania.

Wracałem dziś do domu taką drogą, że musiałem przejść przez pętlę tramwajową na Zaspie. Pętlę kilka lat temu odremontowano, zrobiono ładne przystanki i przejścia…  No właśnie, przejścia. Gdy doszedłem do torów, tuż przed 18, moim oczom ukazał się taki widok:

Ta pani w czerwonym to motorniczy owego tramwaju.

Trzy tramwaje stały sobie radośnie w korku (czy też czekając na swój czas), blokując przejście przez tory. Oczywiście, mogłem nadłożyć drogi i obejść całą trójkę (ostatecznie przepiratowałem się przez tory, choć gdybym miał wózek z dzieckiem, to bym sobie biegał…), ale nie o to chodzi. Te trzy tramwaje wyglądały tak:

Ja rozumiem, że punktualność w gdańskiej komunikacji jest pojęciem czysto teoretycznym (kto zna linię 227, ten wie, o czym mówię). Że w wyniku dziwnego absurdu za tramwajem linii 4 mogły stać DWA tramwaje linii 12. Że tramwaje miały czekać grzecznie na swój czas, w związku z czym motorniczy też człowiek i może sobie porozmawiać.

Ale teraz zagadka logiczna – oto, jak wygląda pętla na Zaspie:


Pokaż Bez tytułu na większej mapie

Te niebieskie kreski symbolizują tramwaje – niebieskie 12 i czerwona 4.

Czy tylko ja wpadłem na pomysł, że tramwaje mogłyby wykorzystać fakt, że stoją na pętli i ją objechać – w rezultacie tego karkołomnego manewru tramwaj linii 4 stałby tam, gdzie stoi, a obie “dwunastki” czekałyby grzecznie po drugiej stronie pętli, nie tarasując torowiska? A jeśli nie tylko ja na to wpadłem, to dlaczego nie wpadł na to nikt z motorniczych?

Przedłuż sobie weekend

Ach, jak fajnie by to było, gdyby weekend miał choć jeden dzień dłużej… Choć pół! Ile byśmy wtedy zrobili, że nie wspomnę o tym, jak bardzo moglibyśmy odpocząć… Niestety, kodeks pracy i nasi krwiożerczy pracodawcy nie pozwalają nam relaksować się tak, jak byśmy chcieli. Musimy być na zawsze przywiązani do strasznego, pięciodniowego tygodnia pracy?

Czyżby?

Pozwolę sobie zaproponować dwa sposoby, aby weekend – choć nadal dwudniowy – wydawał się nieco dłuższy.

Pierwszy z nich to zwykłe oszukanie swojego ciała i umysłu – ale w moim przypadku skutkuje. Otóż od jakiegoś czasu chodzimy w czwartki po pracy na basen. Niby nic, zwykła forma rekreacji – ale zauważyliśmy, że już w czwartek rano, po niechętnym wstaniu z łóżka, cieszymy się na samą myśl o wieczornym pływaniu. Dodatkowo w czwartek jesteśmy już na tyle zmęczeni (psychicznie), że ta godzina relaksu pozwala nam odbudować siły i stanąć do walki z piątkiem. Kiedyś chodziliśmy na basen w poniedziałki, ale nie miało to takiego efektu. Gdzie tkwi powodzenie tego małego oszustwa?

Lubimy pływać. Robimy to raz w tygodniu, więc wyczekujemy tego (trochę jak jakiegoś wyjątkowego wydarzenia. Relaksujemy się podczas pływania. I zawsze po basenie wychodzimy bardziej uśmiechnięci – a potem lepiej śpimy. I to właśnie Wam polecam – znajdźcie czas w czwartki wieczorem na coś, co sprawi Wam przyjemność, pozwoli się odprężyć i nabrać sił, a dodatkowo – będzie przypisane tylko do czwartkowych wieczorów. Nic z przymusu, zwykłe sprawienie sobie przyjemności. Dodatkowo sugeruję, aby była to właśnie jakaś aktywność fizyczna. W ten sposób już w czwartkowy poranek będziecie podekscytowani jak w piątek, zregenerujecie siły tuż przed końcem tygodnia, a sama praca w piątek to będzie – cytując reklamę – pan Pikuś, dzięki siłom nabranym poprzedniego wieczora.

Drugi sposób jest nieco bardziej skomplikowany, może nie być dostępny dla wszystkich z Was (choć wydaje mi się, że to tylko kwestia dobrej woli) i wymagać może nieco więcej zaangażowania. Ale warto!

Zgodnie z prawem pracy (a pewnie także regulaminami w waszych zakładach) musimy pracować czterdzieści godzin w tygodniu. Są też podane warunki, ile godzin przerwy musi być pomiędzy poszczególnymi dniami pracy albo ile godzin dziennie pracować można. Nie podam teraz tych danych, bo prawo pracy zawsze było dla mnie małą tajemnicą, ale można się tego wszystkiego swobodnie dowiedzieć z sieci. Przy takim prawie przyjęło się stosować ośmiogodzinny dzień pracy. Ale czy codziennie wychodzicie punktualnie po ośmiu godzinach? Nie zdarzyło Wam się nigdy zostać nieco dłużej? A gdybyście musieli zostawać niewiele dłużej codziennie, czy byłoby to aż tak straszne?

W mojej pracy zasada jest taka – codziennie, od poniedziałku do czwartku, pracuje się po osiem i pół godziny, ale w piątek – tylko sześć! Dzięki temu tydzień pracy trwa czterdzieści godzin, a te pół godziny dłużej dziennie jest prawie nieodczuwalne – zawsze to można zrobić coś więcej w pracy, a także wyruszyć do domu nieco później, gdy pierwsza fala ludzi juz przejdzie. Z kolei w piątek, gdy wychodzi się wcześniej, można spokojnie załatwić coś w urzędzie, zrobić zakupy, gdy nie ma tłumów – lub po prostu zacząć weekend! Proste i skuteczne. Uważam, że warto porozmawiać ze swoim szefem, czy nie zgodziłby się na podobne warunki pracy. Często mamy obecnie elastyczne godziny pracy – dlaczego nie wykorzystać tego dla własnej wygody?

A Wy – macie jakieś sposoby na przedłużenie weekendu?

Foto: Flickr.com; autor: siworking2, na licencji CC.

 
www.speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com